Małgorzata Kalicińska fot. REMIGIUSZ KOZDRA/ METALUNA

Małgorzata Kalicińska - Łzami niczego nie zmienisz

Życie jak z powieści - niezwykłe losy autorki "Domu nad rozlewiskiem"
/ 25.12.2009 16:16
Małgorzata Kalicińska fot. REMIGIUSZ KOZDRA/ METALUNA
– Jak smakuje sława?
Małgorzata Kalicińska:
Popularność? Słodko-gorzko. W moim wieku ta cała pianka: wywiady, sesje zdjęciowe nie mają już boskiego smaku ambrozji. Może 15 lat temu byłyby pyszne? W końcu każda dziewczyna marzy, żeby być księżniczką, błyszczeć w centrum zainteresowania. Teraz mam do tego pragmatyczny stosunek. Myślę sobie: to wszystko służy temu, żeby moja starość miała dobry smak. To element mojego finansowego zabezpieczenia. Trzeba pojechać nocą do radia albo wstać rano w niedzielę, żeby gadać w telewizji, zamiast poleżeć sobie w łóżku; tłuc się pociągami lub pekaesem w dalekie strony.

– Dlatego mieszka Pani w Warszawie, zamiast wyjechać na Mazury?
Małgorzata Kalicińska:
Mazury straciłam bezpowrotnie. Prowadziłam tam pensjonat i zbankrutowałam. Teraz buduję się pod Warszawą, ponieważ moje dzieci powiedziały: „Mamo, 200 kilometrów na rosół to za dużo”. My się po prostu bardzo lubimy,
a ja jestem matka karmiąca.

– Ile mają lat?
Małgorzata Kalicińska:
Syn Stasiek ma 31, córka Basia – 27. Pracują w reklamie, zresztą podobnie jak synowa i zięć. Chciałam kupić dom w Grecji, ale córka wylała mi kubeł zimnej wody na głowę: „Mamo, za daleko, będziemy widywać się raz w roku”. Mało mi serce nie pękło. Racja! Przecież są jeszcze dzieciaki mojego partnera, dla których oczywiście też mamy miejsce. O! Stół musi być spory i kilka pokoi gościnnych.

– Święta razem?
Małgorzata Kalicińska:
Jeszcze nie. Będę wtedy w Korei Południowej, u swojego mężczyzny. Jest inżynierem, w stoczni nadzoruje budowę statków. Wracam wiosną, z ptaszkami.

– Jak się znaleźliście?
Małgorzata Kalicińska:
W największym parku świata: w Internecie.

– Samotni do Internetu, nie rozpaczać?
Małgorzata Kalicińska:
Mam koleżanki, które narzekają: „A gdzie ja spotkam kogoś? Nie chodzę do pubów”. Mówię: „A chciałabyś kawiarnianego lowelasa?”. Wszędzie możesz na kogoś trafić: na stacji benzynowej, w sklepie. A Internet jest dokładnie takim samym miejscem. Nawet lepszym. Bo w kawiarni w czasie półgodzinnej randki niewiele się o sobie dowiecie. A e-maile pisze się długo, zastanawia nad słowami. Nasze e-maile były obfite i o wszystkim.

– Ale w końcu trzeba się spotkać. Ktoś musiał polecieć?
Małgorzata Kalicińska:
On przyleciał na urlop do Polski. Spotkanie w realu było jeszcze ciekawsze niż to w rzeczywistości wirtualnej. Dlatego spędziłam już u niego pół roku.

– I tak już będzie zawsze: pół roku w Polsce, pół w Korei?
Małgorzata Kalicińska:
Jeszcze trochę. Za parę lat on przejdzie na emeryturę i będzie mógł wrócić. Na razie ja jeżdżę do niego, bo jest tam sam. Siedem lat. 

– Zrobiła Pani wcześniej – jak Pani bohaterka – kukiełkę mężczyzny, żeby poznać kogoś?
Małgorzata Kalicińska:
Nie musiałam, na szczęście. Ale, proszę sobie wyobrazić, napisała do mnie młoda dziewczyna, że jej przyjaciółka po kolejnym złamanym sercu poprzysięgła singlizm. Ona czytała „Dom nad rozlewiskiem”, więc postanowiła z koleżankami zrobić dla niej „lalka”. I po dwóch tygodniach ta porzucona spotkała kogoś i miłość kwitnie. Dlatego dziewczyna, która do mnie napisała, chce z koleżankami zrobić więcej „kukiełków” i wystawiać na Allegro.

Porozmawiajmy o gwiazdach - forum >>


– „Dom nad rozlewiskiem” powstał, gdy straciła Pani pensjonat na Mazurach. To bankructwo – emocjonalnie – było najtrudniejszym przeżyciem?
Małgorzata Kalicińska:
Z powodu empatii dla męża – tak. Strata dorobku życia jest gorsza dla mężczyzny. Mężczyzna jest zdobywcą, opiekunem. Kiedy wszystko wywala w kosmos, to straszne. Więc dla mnie również, bo przejmowałam się jego klęską. Mnie najbardziej bolało, że muszę wyrwać korzenie, które tam zapuściłam. Sprzedać drzewa, które sadziłam, rozstać się z przyjaznymi  ludźmi. Długo byłam głęboko nieszczęśliwa, łaziłam i płakałam. Ale przyszedł moment opamiętania. Któregoś razu przyjechał kupiec ze swoim ojcem. Ojciec, zażywny 80-latek, pyta: „Dziecko, co się takiego stało, żeście zbankrutowali?”. Machnęłam ręką: „A wie pan, już mi się nie chce o tym mówić. W zasadzie straciliśmy tylko pieniądze”. Powiedział: „Dzieciaku, świetnie, że ty tak to ujmujesz. To są tylko pieniądze. A życie idzie dalej”.

– Chyba nie tylko pieniądze Pani straciła. Czy ten mazurski „wypadek” nie był gwoździem do trumny Waszego małżeństwa?
Małgorzata Kalicińska:
Nie. Myśmy już wcześniej zaczęli rozmijać się ze sobą. Próbowaliśmy to wszystko posklejać. Na próżno. Nazywam to zetleniem materiału. Coś popękało i nie dało się tego scerować. Natomiast zostały takie rzeczy, które pozwalają nam dzisiaj być o wiele lepszymi przyjaciółmi niż małżeństwem. Rozstaliśmy się formalnie i dogadali jak para przyjaciół.

– Tak spokojnie – „kochanie, nareszcie koniec”?
Małgorzata Kalicińska:
Ale my już byliśmy po serii dzikich awantur. To po co to wszystko powtarzać?

– Wychodzi na to, że właśnie bankructwo pomogło Wam się rozstać?
Małgorzata Kalicińska:
W pewnym sensie. Dzięki temu odkryłam, że potrafię pisać. A po sukcesie „Domu nad rozlewiskiem” zdobyłam więcej wiary w siebie. Zobaczyłam, że mogę jeszcze sporo zrobić – jeszcze zatańczę, jeszcze zaśpiewam. Doszło do bardzo oczyszczającej rozmowy, w czasie której stwierdziliśmy, że zamykamy ten rozdział. I dalej jest fajnie. Utrzymała się rodzina, nie wyszarpaliśmy sobie aorty.

– Gdzie Pani mieszka?
Małgorzata Kalicińska:
Pod Warszawą, jeszcze razem z byłym mężem. To spory dom, a nas jest tylko dwoje. Więc jak się ma 160 metrów na dwie osoby, kota i psa, a nie toczy się między sobą wojen, to po jakie licho mamy się wyprowadzać? Kiedy zbuduję dom, wtedy się wyniosę. Teraz nie ma potrzeby. Nie zamykamy sobie lodówek na kłódki.

– Macie osobne wejścia?
Małgorzata Kalicińska:
Nie, nie przeszkadzamy sobie.

– Jak długo byliście razem?
Małgorzata Kalicińska:
Prawie 30 lat. Ale jeszcze każde z nas ma przed sobą furę przeżyć. Szkoda to marnować. 

– A przysięga w kościele?
Małgorzata Kalicińska:
Nie jestem katoliczką. Mój Bóg mówi:  „Zrób wszystko, żebyś była szczęśliwa, wtedy możesz rozdawać szczęście innym”. Natomiast katolicki Bóg mówi: „Jesteś nieszczęśliwa? Nic mnie to nie obchodzi. Masz siedzieć, bo przysięgałaś”. To mi się nie podoba.


– Znajomi odebrali krytycznie Pani decyzję?
Małgorzata Kalicińska:
Krytycznie nie, ale patrzą ze zdziwieniem. Powiem tak: sporo znanych mi związków około pięćdziesiątki to emocjonalny Spitsbergen. Jeżeli tak ma być do samej śmierci, to ja dziękuję.  Mam 53 lata, jestem w bardzo dobrym stanie zdrowia, czeka mnie jeszcze ze 30 lat życia. Dlaczego mam je spędzić za kręgiem polarnym?

– I te wszystkie zmiany przez jedną książkę?
Małgorzata Kalicińska:
Tak, nowy zawód, który zdobyłam, to był moment zwycięstwa nad sobą, marazmem. Odkryłam pasję, która daje mi satysfakcję i stabilizację finansową. Brylanty nie są najlepszym przyjacielem kobiety. Tylko stała praca, pensja. Wtedy mogą patrzeć na mężczyznę jak na człowieka, nie bankomat. Dlatego cieszę się, że moja córka i synowa mają ambicje zawodowe, nie wiszą na mężach. Robią to tylko w określonych sytuacjach: „Ach, kochanie, mysz!”. Nawet jak to udawane i jest to element gry wstępnej – to jest super.

– To właśnie córka namówiła Panią do pisania?
Małgorzata Kalicińska:
Gdy zawalił się mój świat na Mazurach, powiedziała: „Mamo, już dość, tego łzami nie zmienisz!”. Poprosiła, żebym spisała dzieje rodzinne. Zaczęłam to robić, a jak się rozpisałam, rzuciłam się do mojej pierwszej powieści.

– Te rodzinne wspomnienia wydała Pani niedawno pod tytułem „Fikołki na trzepaku”?
Małgorzata Kalicińska:
Opisując nasze dzieje, odkryłam, że mam niezwykłą pamięć do detali, do dupereli. Lubię zagłębiać się we wspomnienia. Jak smakował żurek merdany kijkiem u starej baby na skraju osiedla? Kiedy ojciec kupował mi pyzy z dziurką na bazarze Różyckiego? Wzięła się z tego opowieść o dzieciństwie ludzi mojego pokolenia. Międzynarodowa, ulica, przy której mieszkałam w Warszawie, szkoła – to wszystko był świat oswojony i kompletnie bez strachu. Dziś tego strasznie brakuje.

– Była Pani córeczką tatusia?
Małgorzata Kalicińska:
Tak. Ojciec miał dwóch synów z poprzedniego małżeństwa. A ja byłam ta wyjątkowa. Jego prawa ręka. Dosłownie. Był saperem, stracił w czasie wojny prawą rękę. Byłam jego kuchennym pomagierem: „Małgosiu, pokrój to w kosteczkę, wytrybuj kości”. Strasznie mi to imponowało, bo miałam siedem lat i byłam niezbędna!

– Mama nie gotowała?
Małgorzata Kalicińska:
Była w pracy lub siedziała w pokoju i poprawiała klasówki. Była polonistką. Poza tym nie lubiła gotować. Gdy byłam licealistką, nie miałam z nią babskiej konfidencji. I gdy krwawiło mi serce z powodu zakochania się bez wzajemności – a gdy człowiek jest bardzo młody, to zakochuje się głównie bez wzajemności – to ojciec zbierał na koszulę moje łzy dziewczęce. Często chodziliśmy na spacery, co jest rzadkie, gdy dziewczynka ma 12–14 lat. Ojciec obejmował mnie wpół, ja jego, i byliśmy zagadani na sto tysięcy tematów. Ale i żarliśmy się do mięsa i krwi.


– Czuje się w Pani książce smutek z powodu braku kontaktu z mamą.
Małgorzata Kalicińska:
To prawda. Mama miała fantastyczne kontakty z uczennicami, które ją wielbiły. Była genialnym wychowawcą. A ze mną nie umiała stworzyć bliskiej relacji. Wcześnie została sierotą i nie miała dobrego wzorca matczynego. Jeszcze jakoś jej to wychodziło, gdy byłam malutka. Dziecko do pewnego stopnia jest bezpłciowe. Ale gdy dziewczęciu urosły piersi i rogi, strzeliły hormony i zaczął się okres negacji, posłużyła się najprostszą metodą – zakazów. Na wszystko słyszałem jej żelazne „nie”. Konflikt był nieunikniony. Dopiero pisząc „Dom nad rozlewiskiem”, odkryłam, że tak naprawdę archetypem matki, który w sobie nosiłam, była ciocia Basia – nasza sąsiadka na Międzynarodowej, matka mego przyjaciela Kuby. Moja córka już dawno to zauważyła i pytała: „Mamo, ty jesteś kompletnie inna niż babcia Marynka. Dlaczego?”. Wtedy nie umiałam jej odpowiedzieć. Ale to właśnie od cioci Basi czerpałam wzory. Dlatego u mnie w domu dużo się śmialiśmy i rozmawialiśmy, na więcej pozwalałam. Mama była pozbawiona poczucia humoru. Jej babcia – to było przedwojenne pokolenie – mówiła: „Nie stój tak długo przed lustrem, bo diabła zobaczysz”. Z tego powodu moja mama nie budziła we mnie kobiecości. Żadnych ładnych falbaneczek, kokardeczek, broń Boże, żebym była śliczna. Moje ubrania musiały być – nienawidziłam tego słowa – praktyczne.

– Czym zauroczyła Pani tatę ta zimna belferka?
Małgorzata Kalicińska:
Wobec mego ojca była kruchą, ciepłą. Mnie nie musiała pokazywać takiej twarzy, mnie trzeba było odpowiedzialnie wychowywać. Pięknie dbała o ojca, co mu w pewien sposób imponowało, ponieważ on był mężczyzną, żołnierzem, który powinien zadbać o cały świat. A tu obok niego kobieta, która mu poprawia kołnierzyk, przyszywa guzik, robi kanapkę, uśmiechnie się z miłym słowem i szacunkiem. Strasznie ją kochał. Do końca ich małżeństwa ojciec ze spaceru potrafił wrócić z bukietem kolorowych liści albo z bukietem fiołeczków dla żony. Albo mówił do niej wierszem, uwielbiał Gałczyńskiego. Wyrosłam w kochającym się domu i taki model życia z bliskimi w sobie noszę.

– I o miłości Pani pisze.
Małgorzata Kalicińska:
A tak. Od niej się nigdy nie odkleję. Jestem osobą, która afirmuje taki stan rzeczy, niezależnie czy to miłość do psa i kota, czy z fajnym partnerem.

– Czytelniczki czerpią od Pani ten optymizm?
Małgorzata Kalicińska: Piszą w listach, że czują, jakby ktoś otworzył im okno na stronę, której jeszcze nie widziały. Myślą sobie: kurczę, nie jest tak źle. Mnie jeszcze też coś dobrego może w życiu spotkać. Sporo mam takich e-maili, przy których beczę ze wzruszenia. Kobieta pisze: „Przeczytałam pani książkę i postanowiłam po 16 latach ciszy odezwać się do matki”. Niezwykłe, prawda?

– Wyciskacze łez te Pani historie.
Małgorzata Kalicińska:
Wzruszenia nie bolą. Byłam na spotkaniu z bibliotekarkami w Krakowie. Gadamy o literaturze, one już zmęczone, ja też. Pada pytanie: „Pani Małgosiu, o czym pani będzie teraz pisać?”. Zaswędziały mnie różki: „Teraz walnę powieść ociekającą seksem”. A one chórem: „Pisz, kobieto!”.

Rozmawiał Roman Praszyński

Zdjęcia Remigiusz kozdra/ METALUNA
Stylizacja Pola Madej-Lubera
Asystent stylistki Mateusz Farenholc
Makijaż Agnieszka jańczyk
Fryzury Daniel Muras/GOSSIP CITY
Produkcja Ania Wierzbicka

Podziękowania dla Adama i Małgorzaty Duniów z Wylągów za pomoc przy  realizacji sesji zdjęciowej.