Magda Mołek

Ta rozmowa wydawała się niemożliwa. Od czasu rozstania z mężem Magda Mołek konsekwentnie odmawiała odpowiedzi na pytania o życie prywatne.
/ 20.04.2011 11:45
Ta rozmowa wydawała się niemożliwa. Od czasu rozstania z mężem Magda Mołek konsekwentnie odmawiała odpowiedzi na pytania o życie prywatne. Co się teraz zmieniło, że opowiedziała Krystynie Pytlakowskiej nie tylko o związku z Remigiuszem Kasztelnikiem, ale i o tym, jak trudno żyć w przekonaniu, że skrzywdziło się drugą kobietę?

Krystyna Pytlakowska: Jak by Pani zaczęła wywiad z samą sobą?
Magda Mołek: Zapytałabym, kto jest dla mnie najważniejszym człowiekiem w życiu.

– Kto więc?
Za 10 lat odpowiedziałabym pewnie, że mój mężczyzna i moje dzieci.

– A 10 lat temu?
Rodzice, bracia, moja serdeczna przyjaciółka z liceum – Agata.

– Kiedy rozmawiałyśmy dwa i pół roku temu, rozstawała się Pani z mężem. Zadawałam wtedy trudne pytania. I czułam, że może zbyt brutalnie wchodzę w Pani duszę.
Byłam wtedy w tarapatach emocjonalnych, chciałam zamknąć się przed wszystkim i wszystkimi.

– Mówiła Pani, że chce być sama, że ma Pani przyjaciół i to wystarczy. Ale czułam, że jest Pani przybita.
Dopiero teraz mogę ocenić sytuację, w jakiej wówczas się znalazłam. Tak naprawdę byłam sama, mimo obecności przyjaciół i bliskich, którzy deklarowali swoje poparcie. Ale każdy człowiek na życiowym zakręcie jest sam. A szczególnie w takich momentach, kiedy jesteśmy odtrąceni, rozczarowani, załamani. Ja to przeżyłam.

– Cały czas wtedy podświadomie czeka się na coś – nowe uczucie, nowego partnera?
Najpierw czeka się na koniec złych emocji.

– Pisano wtedy, że dla Pani to małżeństwo było ciężarem, a rozwód – wyzwoleniem.
Pisano, co chciano. Cały kłopot w tym, że jestem introwertyczką. Niełatwo mi się zwierzać z moich uczuć, a kolorowe gazety korzystają z tego. Musiałabym być bardzo cyniczna, gdybym chciała wtedy kupczyć swoimi uczuciami, opowiadać o nich na prawo i lewo. Zapewne słusznie odbierano by to jako próbę wybielenia się, usprawiedliwiania, że to nie moja wina, że nic się nie stało, że takie jest życie. A ja... byłam wtedy cała w strzępach.

– Miała Pani z powodu tego rozstania wyrzuty sumienia?
Straszne i bardzo długo. Nie da się ich w żaden sposób zadusić, odsunąć od siebie.

– W dodatku zawodowo też była Pani wtedy na rozdrożu, odchodząc z telewizji publicznej do TVN?
Ostatnio widziałam powtórkę programu „Moja krew”, który prowadziłam zaraz po przejściu do TVN. To był taki pozytywny program, pełen zabawnych anegdot z życia gwiazdorskich rodzin. Pamiętam, że na planie bardzo się starałam, żeby nikt nie zauważył, jak jest mi ciężko. Śmiałam się razem z innymi, ale to był chyba śmiech przez łzy. Wniosek? Słaba ze mnie aktorka... Teraz chyba wyglądam całkiem inaczej?

– Ma Pani w oczach radość. Wtedy to były oczy smutnej kobiety.
Byłam przerażona. Tamtym życiem, tamtym okresem. Mnie to wszystko przerosło.

– Miała pani zaledwie 27 lat. W tym wieku często dziewczyny dopiero zaczynają dorosłe życie.
Ja byłam inna. Jak tylko skończyłam liceum, czułam, że moje miejsce jest gdzie indziej, poza domem.

– Może miała Pani nadopiekuńczą mamę?
Myślę, że bardzo normalną. Zawsze powtarza, że to cudownie mieć córkę. Ja mam jeszcze dwóch braci. Moja mama ma taką teorię, że córka w życiu kobiety to wielki dar.

– Lubi Remigiusza?
Bardzo. Myślę, że on ma najwięcej punktów w skali Apgar ze wszystkich dotychczasowych moich partnerów. Zresztą moja mama wszystkich moich poprzednich mężczyzn bardzo szanowała i bardzo lubiła.

– Dużo ich było?
Nie. Jestem długodystansowcem.

– Teraz widzę kobietę szczęśliwą. Na ekranie też to widać. Nie można chyba podzielić życia na sferę zawodową i prywatną?
Dziś wiem, że one się ściśle łączą. Dawniej moje życie rozpadało się na różne sfery: studiowałam, pracowałam, prowadziłam bogate życie towarzyskie. Porównując moją aktywność towarzyską wtedy i dziś, teraz żyję w ascezie. Dawni znajomi pozakładali rodziny, mają dzieci i całkiem inne sprawy na głowie.

– Pani zaczyna się też przygotowywać do takich zmian?
Myślę, że na radykalne zmiany nigdy nie jesteśmy w pełni gotowi.

– A jednak dziennikarze ciągle Panią pytają, czy już jest Pani w ciąży.
Oj, wcale nie pytają, tylko piszą, bo udają, że wiedzą. Był taki moment, że co tydzień nowa dziennikarka telewizyjna według brukowców była w ciąży. Widać panowała wtedy taka moda.

– Uchodzi Pani za kobietę nie do zdobycia.
Kolejny mit na mój temat. Powiedziałam kiedyś żartem, że być może jestem Królową Śniegu. I poszło w świat! Ustalono, że jestem kobietą poza zasięgiem.

– Wielu mężczyzn tak Panią odbiera.
Na szczęście kobiety odbierają mnie tak, jak trzeba. W sumie jak pani sądzi: to wada czy zaleta?

– Gdy ktoś jest zbyt otwarty, często obrywa. Może więc zaleta?
Na pewno trudno mnie otworzyć, namówić na coś, wmanewrować, a potem oszukać. Nie jestem naiwna.

– Ale komuś się Pani zwierza?
Jasne. Przyjaciołom: Remkowi, mamie, Oli.

– Dobrze móc tak nazywać mężczyznę, z którym jest się dłuższy czas.
Dłuższy? Raptem dwa lata. Śmiałam się ostatnio, że zbliżamy się po okresie zakochania do okresu rozczarowania. Różni naukowcy dowodzą, że związki po jakimś czasie przechodzą kryzys. Bo zakochanie to latanie parę centymetrów nad ziemią. A prędzej czy później kontakt z tą ziemią musi nastąpić i to zawsze jest bolesne. Im wyżej fruwamy, tym mocniej upadamy.

– Bo zaczyna się szara rzeczywistość: praca, wynoszenie śmieci, zakupy, a dla siebie już nie mamy czasu. Można się przed tym uchronić?
Jak pokazuje moja historia, nie mogę być w tych sprawach wyrocznią (śmiech). Wydaje mi się jednak, że ratunkiem jest nieustanna ciężka praca nad związkiem. Trzeba umieć prostymi metodami – uśmiechem, sposobem, rozładowywać gęstą atmosferę, żeby wzajemne pretensje nie urosły w wysoki mur.

– Pomaga mówienie, że się kocha?
Jestem zwolenniczką czynów, a nie słów. Co nie oznacza, że kilka razy dziennie to słodkie, urocze i zwalające z nóg „kocham cię” jakoś strasznie mi przeszkadza. Przyznaję, że zdarza mi się strofować narzeczonego: „Nie mów mi tego tak często”. A on na to, że będzie, bo tak jest, ma taką potrzebę i koniec. Ale każdy ma swoją receptę. Najważniejsze to rozmawiać ze sobą.

– A wy rozmawiacie?
Bardzo dużo. Nie ma tematów, których byśmy nie poruszali. Nie o wszystkim mamy to samo zdanie. Potrafimy się poróżnić. Ale nie pokłócić. Od początku – powiem jak polityk – nasza współpraca układa się pomyślnie.

– Odkąd wróciliście z wyjazdu na narty, gdzie każde z Was pojechało z innym partnerem?
Zamknęłam rozdział wyjazdu na „te narty”. Nie chcę już o tym mówić.

– Ale stało się. Zaczęliście się spotykać. Widocznie poprzedni związek Remigiusza nie był zbyt trwały?
Ja już to kiedyś powiedziałam, że jeśli dwoje ludzi prawdziwie się kocha, nie można między nich wbić szpilki, a co dopiero tej trzeciej osoby.

– Zaskoczyła Pani wtedy siebie?
Jestem kobietą z krwi i kości, a nie woskową lalką z muzeum. Reaguję bardzo emocjonalnie. Tamta historia nauczyła mnie czegoś zupełnie nowego: że nie jest łatwo żyć w przekonaniu, że wyrządziło się krzywdę drugiej kobiecie. Długo nie umiałam sobie z tym poradzić. Nie chciałam niczyich łez. Zwłaszcza kobiecych.

– A Pani często zalewa się łzami?
Myślę, że nieźle zawyżam średnią płaczących kobiet, ale jestem też całkiem dobra w wyrównywaniu ich poziomu śmiechem.

– Przypuszczam, że ma Pani wiele sytuacji stresujących. Zwłaszcza gdy pojawiają się pogłoski o tym, że kończy Pani pracę w TVN?
Prawo bulwarowej prasy. Wiosną ubiegłego roku przeczytałam znów w gazecie, że „wylatuję” z TVN. Zadzwonił do mnie dyrektor Edward Miszczak, mówiąc, że on nie wie, o co chodzi, że to jakaś bzdura i zaraz będziemy to prostować. Niemniej nie było to dla mnie miłe przeżycie.

– Teraz „wylatuje” Pani z TVN Style, z programu z Jolantą Kwaśniewską?
Nie „wylatuję”, tylko skończyła się nasza umowa. Będę robić nowy program. Jeszcze nie mogę zdradzić szczegółów. Mogę tylko powiedzieć, że to będzie poradnik.

– Sercowy?
Też. Ale tymi sprawami zajmą się specjaliści, a nie kobiety po przejściach (śmiech).

– Po rozwodzie zmienił się Pani stosunek do mężczyzn?
Zdałam sobie sprawę z własnych błędów. A obserwując innych, doszłam do wniosku, że to my – kobiety – tych mężczyzn zapędziłyśmy w kozi róg. Same jesteśmy jak te supermenki, więc dla nich już nie ma miejsca. Jesteśmy świetnie wykształcone, zaradne, obyte, prawie samowystarczalne. Nie dziwię się, że oni czują się wobec naszej potęgi kompletnie zagubieni.

– Każdy facet może się czuć zdominowany Pani popularnością, urodą, talentami.
Pije pani do sytuacji, w jakiej znalazł sie Remek? To ja mogę się czuć zdominowana jego obyciem z osobami z pierwszych stron gazet. Remek na co dzień od wielu lat pracuje z megagwiazdą, jaką jest Kayah. Zna ten świat od podszewki. I dobrze wie, że każda z tych osób ma swoje przyziemne sprawy, problemy i smutki. Nie ma takich, co są wyłącznie piękni i szczęśliwi.

– Ale czy to jest takie złe?
Złe? Nie, to jest prawdziwe. Życie jest jak pudełko czekoladek. Czasem trafiamy na tę, której smaku nie lubimy.

- Ponoć cierpienie uszlachetnia.
Może, choć byłabym za tym, żeby cierpienia w ogóle nie było.

– Ale z kolei wyobraźmy sobie świat bez cierpienia. Nudna kraina wiecznej szczęśliwości?
Raj biblijny. Ja myślę, że ludzi dyscyplinuje takie poczucie, że może się zdarzyć coś złego.

– Podobnie jak w związku, który nigdy nie płynie na jednej fali?
W każdym związku musi się coś dziać. Myślę, że dlatego natura wymyśliła to tak, że najpierw coś między ludźmi iskrzy, są we dwoje. Potem kupują psa. Potem dochodzą dzieci. Potem trzeba zrobić remont mieszkania. Wszystko płynie, nie ma constans.

– Pani zaczęła jakby od końca: od remontu domu?
Słabo z tym remontem. Powiem szczerze, że po pierwszych doświadczeniach remontowych popatrzyliśmy na siebie porozumiewawczo i stwierdziliśmy, że może jednak pojedziemy na jakieś wakacje.

– Ale dom kupiliście – pierwszy, własny?
I on właśnie trzyma mnie w pionie. Po pierwsze – jest na kredyt. Po drugie – trzeba o niego dbać. Właśnie czeka mnie remont kuchni. Łazienkę już zrobiliśmy i jestem z niej dumna.

– I znowu będę wścibska: teraz, kiedy już jest dom, może pora na ślub i dziecko?
O dziecko łatwiej, bo nie trzeba iść do urzędu (śmiech).

– Ma Pani awersję do ślubów?
Nie, ale mam poczucie, że można budować coś naprawdę ważnego bez papierka. Widzę jednak, że dla mojego narzeczonego to sprawa priorytetowa. Kupił pierścionek i poprosił mnie o rękę już rok temu. Powiedziałam „tak”, więc nie ma odwrotu.

– Asekuruje się Pani? Boi? Chce zachować niezależność?
Czy się boję? Tak, to trochę jak z traumą po wypadku samochodowym. Musi minąć sporo czasu, zanim jeżdżenie autem nie będzie przykrym doświadczeniem. Asekuracja? Nie, raczej przeświadczenie, że nic nie jest dane na zawsze. Że wszystko w życiu może ulec zmianie.

– A może to akurat jest dane?
Może. Dlatego nie wolno zmarnować szansy, przegapić czegoś, odepchnąć. Czasem już na starcie dyskwalifikujemy jakąś osobę tylko dlatego, że chodzi w sweterku w romby. No i co z tego? Może pod tym sweterkiem ukrywa się miłość naszego życia. Trzeba ryzykować.

– Ten Pani Remek cieszy się Panią.
Bo ja jestem bardzo fajna (śmiech). Piorę, gotuję, sprzątam, prasuję.

– I mówi, że ma Pani piękne oczy?
Chociażby. Każdy mężczyzna jest odkrywcą, zdobywcą i musi tę swoją zdobycz sam przed sobą pochwalić. Remek nauczył mnie widzenia rzeczy oczami drugiej osoby. A wtedy wszystko się przewartościowało.

– Jak się patrzy na świat cudzymi oczami?
Przez różowe okulary.

Rozmawiała Krystyna Pytlakowska/ Viva!
Zdjęcia Marek Straszewski
Stylizacja Karolina Kiczko
Makijaż Tomek Kocewiak/Dvision Art dla LANCôME
Fryzury Robert Kupisz
Scenografia Michał Zommer
Produkcja sesji Elżbieta Czaja
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (7)
/25.04.2008 15:31
Całkowicie Panią rozumiem . Pomimo ,że ma się bliskich , przyjaciól ale cały czas jest sie ze sobą samemu i te uporczywe myśli, które trudno jest odgonić siebie . Najwieksza trudność przebywać wśród ludzi i starać się być takimjak kiedyś bo wszyscy sa czujni i czekaja na zwierzenia. Ja już wychodze na prosta ale było mi bardzo cięzko. Pozdrawiam i życzę szczęścia . Ewa
/11.03.2007 10:58
troche pokory sie przyda,nie lubie zarozumialych kobiet,zachowuje sie jak rozkapryszony dzieciak
/25.02.2007 17:09
Nie pragnę słodzić pani urdzie jest w pani jej wystarczająco tak wiele i nawet najlepszy komplement nie jest w stanie poprawić tak świetnego wizeru- nku.Ale,dlaczego pani sama pani Magdo,pani brzydzi samą siebie okryciami kiepskimi w telewizji tvn.Dlaczego !!!!!
POKAŻ KOMENTARZE (4)