Maciej Dowbor

Syn znanej prezenterki Katarzyny Dowbor opuścił telewizję publiczną. Przeszedł do Polsatu.

Krystyna Pytlakowska:
Lubi Pan to, co ekstremalne?
Maciej Dowbor: Co pani ma na myśli?

– Adrenalinę, jaką dają niebezpieczne sytuacje.
Adrenalinę na pewno, ale bez zbędnego ryzyka. Jak mawiają himalaiści: nie sztuką jest być wariatem i skoczyć na głowę z trzeciego piętra. Sztuką jest tak skoczyć, żeby przeżyć.

– I tak Pan właśnie skacze?
Myślę, że robię wszystko, żeby się nie zabić.

– Dlaczego Pan odszedł z telewizji publicznej?
Otrzymałem bardzo ciekawą propozycję z Polsatu. To było najlepsze, co mnie mogło spotkać. Mam na myśli perspektywy, szansę zaistnienia, robienia programów, które naprawdę się liczą w ramówce. Trochę doskwierał mi też fakt, iż pracowałem w tej samej stacji, co mama.

– To takie trudne być tam, gdzie matka?
Na pewno od dłuższego czasu mi to przeszkadzało.

– Jej pewnie też.
Chyba mniej, bo jej pozycja jest o wiele bardziej ugruntowana. Nie jest uzależniona od chwilowych kaprysów widza, tego, że ktoś powie: „Zrobiłaś coś źle”. Trudno ją zniszczyć.

– Sądzę, że najbardziej chyba doskwiera posądzenie o protekcję? A to za Panem się ciągnęło.
I będzie się ciągnąć jeszcze długo. Zdawałem sobie wcześniej sprawę z tego, jak trudna będzie moja kariera w mediach.


– Z uwagi na nazwisko?
Na nazwisko też, chociaż nie będę ukrywał, że na początku mi ono pomogło. Cały czas jednak jestem poddawany weryfikacji. Tych parę lat przepracowanych w mediach uświadomiło mi, że nigdy nie będę lubiany przez wszystkich, nieustannie rozpieszczany i że zawsze znajdzie się parę osób, które będą uważały, że to, co robię, jest niedobre. Nie można się podobać każdemu, teraz już to wiem.

– A kiedyś?
Kiedyś musiałem być najlepszy, bardzo przeżywałem każdą krytykę.

– Decyzję o pracy w telewizji podjął Pan z premedytacją?
Nic nie robię z premedytacją. Przedtem kilka lat pracowałem w radiu, właśnie dlatego, żeby nie być kojarzonym z nazwiskiem mamy.

– Radio nie daje takiej popularności?
Wcale o nią nie zabiegam. Ona nie jest celem samym w sobie. Trzeba być bardzo próżnym i zakompleksionym, żeby za wszelką cenę dążyć do zdobycia popularności. Gdyby naprawdę mi na niej zależało, zabrałbym się do tego inaczej.

– Ale trafił Pan do telewizji.
Grzegorz Miecugow chodził po korytarzach radiowej Trójki, w której wtedy pracowałem, i namawiał młodych dziennikarzy: „Chodźcie, będziecie robić coś fajnego, czego jeszcze w Polsce nie było”. I pytał: „Chcecie spróbować pracy w kanale informacyjnym?”. Każdy chciał. No i tak trafiłem do TVN24. Telewizja zawsze była większym magnesem niż radio. Prawdę mówiąc, radia mało słuchałem, głównie w samochodzie. A potem z TVN przeniosłem się do publicznej Dwójki.


– A teraz krąży po mieście informacja, że nie odszedł Pan z własnej woli.
Przecież rzecznik prasowy telewizji dementował te plotki. Moje odejście z telewizji publicznej do Polsatu odbyło się w bardzo kulturalny sposób, w atmosferze wręcz przyjacielskiej i to ja podjąłem tę decyzję. Żadnego płaczu, żadnego trzaskania drzwiami. Jest mi przykro, że ktoś w ten sposób szkalował moje dobre imię i podważał profesjonalizm. Wyrzucenie z pracy oznacza brak fachowości albo że zrobiło się coś złego. A ja niczego złego nie zrobiłem.

– Mówiono, że wyleciał Pan za alkohol.
Absurd. Można mi zarzucić wiele, ale na pewno nie korzystanie z używek. Oczywiście od czasu do czasu wypiję szklaneczkę whisky czy piwo, ale nie jestem od niczego uzależniony. Jeśli ktoś ma jakieś wątpliwości, zapraszam go do jakiejś konkurencji sportowej.

– Położy go Pan na rękę?
Z tym może byłoby gorzej. Ale uprawiam wiele innych sportów: piłkę nożną, tenis, pływanie. Z przyjemnością pozwolę się zbadać na obecność w organizmie anabolików czy alkoholu. Okazałoby się, że ani z narkotykami, ani z alkoholem nie mam do czynienia.

– Jak Pan sądzi, skąd biorą się takie plotki?
Sam się nad tym zastanawiam. Polska zawiść? Nie lubimy chyba ludzi, którym coś się udaje.

– A co się Panu udało?
Chyba „Pytanie na śniadanie”. Prawdziwy, spontaniczny program na żywo, który dawał satysfakcję i pozwolił mi zaistnieć. Kiedyś był wydarzeniem, ale po jakimś czasie mi go zabrano. Powiedziano mi, że prowadzący powinien być starszy, bo audycja oglądana jest przez ludzi w wieku dojrzałym.


– Chyba niełatwo pogodzić się z utratą programu?
Wprawdzie go nie stworzyłem, ale utożsamiałem się z nim i niektórzy telewidzowie mnie z nim kojarzyli. Świadomość, że już tam nie pracuję, uwierała mnie. Ale z drugiej strony to normalne reguły gry. Ludzie życzliwi, moi wychowawcy zawodowi ostrzegali, żebym się przygotował na fale wznoszące i opadające.

– Nawet wiedząc, że fortuna kołem się toczy, trudno przyjmować takie sytuacje bez buntu.
Wie pani, to jest tak, że młody człowiek, który zaczyna od zera, ciągle odkrywa Amerykę i zdaje mu się, że idzie do góry, i tak zawsze będzie. Aż w końcu za 30 lat zostanie prezesem telewizji. Tymczasem szybko dostaje po nosie. Prawdę mówiąc, zawodowo ostatni rok nie był zbyt udany.

– Jest Pan rozgoryczony?
Nawet nie. Na pewno nie przyjmowałem postawy roszczeniowej. Najzwyczajniej bolało mnie, że nie pracuję tyle, ile bym chciał, ale nie miałem o to do nikogo pretensji.

– Propozycja z Polsatu przyszła więc we właściwym momencie?
Pierwsze rozmowy z Polsatem odbyłem już kilka miesięcy wcześniej. Zdawałem sobie sprawę, że muszę podjąć jakieś kroki. Mam w sobie dużo energii oraz chęci do pracy i wreszcie chciałbym pokazać swoje pełne telewizyjne możliwości. W Polsacie będę mógł zrealizować moje wielkie zawodowe marzenie. Poprowadzę program pod roboczym tytułem „Granica strachu” – reality show, którego bohaterowie są mistrzami sportów ekstremalnych, ale nie tylko sprawność sportowa decyduje o zwycięstwie. To dla mnie zupełnie nowe doświadczenie. Jestem prowadzącym, ale poprzez współpracę z psychologiem i doświadczoną ekipą w dużej mierze wpływam także na przebieg rywalizacji. Dodatkowym wyzwaniem jest fakt, że nasz program w jesiennej ramówce stacji ma odgrywać bardzo istotną rolę.

– Przełoży się to na większe pieniądze?
Nie lubię rozmów o pieniądzach.

– Jak znosicie zainteresowanie mediów – mówię o panu i Joannie Koroniewskiej – najpopularniejszej parze roku.
Za taką popularność płaci się wysoką cenę. Wychodzę z domu, a zza rogu wysuwa się ogromny teleobiektyw. I to nie japońskiego turysty, a polskiego paparazzi.

– Nieustannie pod obstrzałem?
Przywykłem już, że fotografuje się mnie z torbą sportową, gdy wracam z treningu, a potem czytam, że wyprowadziłem się z domu, ale skruszony wróciłem – syn marnotrawny. I tak dalej, i tak dalej.

– Nie sądził Pan kiedyś, że tak będzie? Pana mama też ciągle była obserwowana.
Tak, ale to były inne czasy. Teraz to przybiera na sile, właściwie nie ma prywatności.

– Może więc warto powiedzieć o sobie wszystko i będzie spokój?
A co ja mogę powiedzieć? Żyję całkiem normalnie. Jak każdy człowiek – śpię, jem, robię zakupy.

– Jak Pan regeneruje siły?
Uprawiając sport.

– A całkiem prywatnie?
Wychodząc rano z psem na spacer. To moja wielka miłość. Ma sześć miesięcy.

– Rozumiem, że chodzi o tę piękną labradorkę.
Właśnie. Właściwie mało się z nią rozstaję. Teraz jednak będę musiał, bo jadę na miesiąc do Włoch nagrywać cały cykl nowego programu.

– Czuje się Pan szczęśliwy?
Prawdę mówiąc, nigdy nie czułem się specjalnie nieszczęśliwy. Ale teraz będę robić coś, co mnie bardzo kręci. I to jest szczęście dla dziennikarza, no, powiedzmy już nie początkującego, ale nadal pełnego energii. Znowu czuję, że telewizja czegoś ode mnie oczekuje.

Sierpień, 2005
Rozmawiała Krystyna Pytlakowska
Zdjęcie Rafał Masłow/Melon
Stylizacja Jola Czaja
Charakteryzacja Ala Stempniewicz
Produkcja sesji Elżbieta Czaja
Sesja zdjęciowa została zrealizowana na terenie Piaskarni Bielany przy ul. Wybrzeże Gdańskie. Redakcja dziękuje za pomoc w realizacji sesji.
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)