Leonardo DiCaprio

Za rolę w filmie „Krwawy diament” został nominowany do Oscara. W rozmowie z „Vivą!” tłumaczy, dlaczego chce zerwać z wizerunkiem jasnowłosego młodzieńca z „Titanica”.
Porywczy, zamknięty w sobie. Prawdziwy Skorpion. Jeśli potwierdzą się pogłoski o jego rozstaniu z modelką Bar Rafaeli, wkrótce może być jednym z najbardziej pożądanych singli na świecie. Na ekrany kin wchodzi właśnie „Krwawy diament”. Za rolę w tym filmie DiCaprio został nominowany do Oscara. W rozmowie z „Vivą!” tłumaczy, dlaczego chce zerwać z wizerunkiem jasnowłosego młodzieńca z „Titanica”.

Na popularnej witrynie internetowej youtube.com znajduje się filmik z wywiadu, którego Leonardo DiCaprio udzielił jednej z amerykańskich dziennikarek. Wydekoltowana, długowłosa kobieta uparcie wpatruje się w aktora. W końcu mówi: „Tak wspaniale grałeś w ostatnim filmie. Wiesz, gdybym tylko mogła, poderwałabym cię. Jesteś w moim typie”. DiCaprio z trudem się opanowuje. Nietrudno jednak dostrzec, jak bardzo jest wściekły. „Dziękuję”, odpowiada tylko przez zaciśnięte zęby. Tutaj filmik się kończy. Wywiad zresztą pewnie też, bo DiCaprio wielokrotnie już powtarzał, że nie znosi wpatrzonych w siebie maślanych oczu kobiet. W ogóle najchętniej nie udzielałby wywiadów. Jednak kontrakt, który podpisał, podejmując się pracy na planie swego najnowszego filmu „Krwawy diament”, dotyczy także późniejszej promocji filmu, czyli spotykania się z dziennikarzami z całego świata.
Umówiliśmy się w ekskluzywnym hotelu Clarigde’s w samym sercu Londynu. DiCaprio na powitanie szura nogami i patrzy gdzieś w podłogę. Nie podnosi wzroku nawet wtedy, gdy podaje mi rękę. Siada przy stole i przez pierwsze kilkanaście minut bacznie obserwuje splot serwety. Na pytania odpowiada machinalnie. Podnosi głowę dopiero wtedy, gdy pytam, czy ma jakiegoś idola, aktora, na którym się wzoruje. Po chwili wahania odpowiada: „Humphrey Bogart. Podoba mi się w nim to, że potrafił grać tak złożone role i że na planie dawał z siebie wszystko, a potem, kiedy kamera przestawała pracować, znów stawał się sobą. Ze mną jest podobnie. Rozgraniczam swoje życie prywatne od pracy i denerwuje mnie to, że ludzie ciągle myślą, że postać, którą gram, ma coś wspólnego ze mną samym. Nie ma. Film to film, a życie to życie. Ja potrafię to zrozumieć, a paparazzi i niektórzy dziennikarze nie”. Słuchając jego narzekań, nie mogę się powstrzymać i żartem pytam: „W ostatnim filmie grasz przemytnika diamentów. Naprawdę nigdy nie zdarzyło ci się ukraść w Afryce jakiegoś kamienia i przeszmuglować go przez granicę do Stanów?” DiCaprio przez chwilę milczy. A potem po raz pierwszy się uśmiecha.

Drugi De Niro
Ostatnie lata były dla DiCaprio wyjątkowo trudne. Po roli w „Titanicu” w 1997 roku cały świat widział w nim romantycznego młodzieńca, który w imię miłości potrafi poświęcić własne życie. „Kiedy wychodziłem na ulicę, miałem wrażenie, że wszystkie oczy skierowane są tylko na mnie. Ludzie przyglądali mi się jak kawałkowi mięsa na targu. Nie potrafiłem sobie z tym poradzić. Chciało mi się krzyczeć”. Dziś o tamtych czasach opowiada już bez emocji. Przytacza nawet historyjkę, jak to któregoś razu wylądował na lotnisku w Paryżu i jak zwykle wzbudził ogromne zainteresowanie tłumu. W pewnym momencie nastoletnia dziewczynka uklękła przed nim i, nie chcąc go puścić, wbiła się paznokciami w jego łydkę. „Strasznie mnie to zabolało, ale nachyliłem się nad nią spokojnie i powiedziałem, że mogę z nią porozmawiać chwilkę, jeśli chce, ale musi mnie puścić. A potem wytłumaczyłem jej, że nie jestem wcale takim jak w »Titanicu«, i że tamta moja rola to był inny świat, który nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Dziś jestem tego pewien, że moje życie dzieli się na dwa etapy: ten przed filmem o wielkiej łodzi i ten już po nim”.
„Mam wrażenie, jakby od tamtego czasu dzieliły mnie całe lata świetlne, a tak naprawdę minęła zaledwie dekada. Teraz, kiedy jestem już po trzydziestce, patrzę na to inaczej. Kiedyś powiedziałem, że żałuję, że zagrałem w »Titanicu«. Teraz już bym tak nie powiedział. No ale kiedyś nie wiedziałem, że dane mi będzie zagrać u Martina Scorsese’a. To zawsze było moje największe marzenie. Nie wierzyłem jednak, że się kiedykolwiek ziści”.
W ubiegłym roku aktor zagrał u Scorsese’a już po raz trzeci, w filmie „Infiltracja”. Dziennikarze piszą, że reżyser widzi w nim drugiego Roberta De Niro. DiCaprio uśmiecha się: „Na razie Scorsese nazywa mnie dzieciakiem. I dobrze. Najważniejsze, że znajduje we mnie coś, co sprawia, że ciągle chce mnie angażować”.

Diamenty dla mamy
DiCaprio mówi, że w jego życiu najważniejsza jest praca. Że nic go tak nie napędza i nie daje takiej energii, jak wymagająca rola. Żaden temat nie wzbudza w nim tyle żywych reakcji. Chyba że mowa o jego... matce. Irmalin, z pochodzenia Niemka, w Los Angeles pracowała w kancelarii prawniczej. Kiedy wyszła za George’a DiCaprio, Amerykanina włoskiego pochodzenia, marzyła o szczęśliwej rodzinie. Jednak mąż, sprzedawca komiksów, nie zapewnił żonie finansowego bezpieczeństwa. Rok po urodzeniu Leo rodzice zdecydowali, że się rozstają. Matka zadbała jednak, aby chłopiec miał kontakt z ojcem.
„Matka jest najwspanialszą kobietą, jaką znam. Jest dla mnie najważniejszą osobą na świecie. Nauczyła mnie miłości, wiary w siebie i odwagi. Wielokrotnie udowodniła, że mogę na nią liczyć”. Kiedy Leonardo mówi o matce, cały się rozpromienia. Jego wyznanie brzmi jednak dziwnie, biorąc pod uwagę, że od blisko roku związany jest z izraelską modelką, 21-letnią Bar Rafaeli. Poznał ją w czasie świąt Bożego Narodzenia w 2005 roku w Los Angeles. Rafaeli, której rodzice są właścicielami stadniny koni pod Tel Awiwem, stała się znana dzięki kampanii bielizny Victoria’s Secret. A aktor o swoich związkach z kobietami nie mówi. Twierdzi, że jeśli będzie opowiadał o swoich miłościach, to widzowie jego filmów będą oceniali jego grę przez pryzmat życia prywatnego. Jednak rano, kilka godzin przed naszym wywiadem, w Wielkiej Brytanii reklamowano tabloid „The Sun”, w którym ukazał się tekst o rzekomej kłótni telefonicznej pomiędzy DiCaprio i jego dziewczyną. Podobno do późnej nocy siedział w londyńskim klubie Aura z twarzą schowaną w dłoniach. „Nie chcę tego komentować. Takie teksty to nawet nie jest dziennikarstwo”, mówi teraz.
Czy Bar Rafaeli to dla niego ktoś wyjątkowy? DiCaprio nie odpowiada. Mówi jedynie, że wiele się od niej uczy i że nie jest to przypadkowa znajomość. Tymczasem w Hollywood ciągle traktowany jest jak kobieciarz. W ostatnich tygodniach jego nazwisko łączono z Sienną Miller i Lindsay Lohan, ale amerykańscy dziennikarze pewni są tego, że Leo tak naprawdę kochał tylko jedną kobietę – brazylijską piękność Gisele Bündchen. Złośliwi twierdzą, że Rafaeli do złudzenia ją przypomina. Z Gisele Leo był prawie pięć lat. W 2004 roku magazyn „People” uznał ich za najpiękniejszą parę roku. Jednak pod koniec 2005 Gisele z hukiem wyprowadziła się z hollywoodzkiego domu DiCaprio.
Dziennikarzom powiedziała, że nie miała już ochoty czekać na to, czy „boski Leo” w końcu zdecyduje się jej oświadczyć. A DiCaprio, mimo że wcześniej tak zakochany, nie starał się jej odzyskać. Po rozstaniu do swego domu zaprosił mamę i przy niej leczył zranione serce. Amerykańska prasa dokuczała mu, że wybrał matkę, bo boi się, że przy każdej innej kobiecie straci kontrolę nad swoim życiem. Teraz aktor wzrusza ramionami i mówi, że najbardziej zależy mu na tym, aby to matce sprawiać przyjemność. „Wracając do »Krwawego diamentu«, to prawdziwe diamenty kupiłem w życiu tylko raz – w prezencie dla mamy”.

Już nie boski
„Podczas tygodni spędzonych w Afryce, kiedy zdjęcia były odwołane lub gdy wcześniej skończyliśmy pracę, wyjeżdżałem na safari albo zwiedzałem kontynent. W trakcie jednej z moich wypraw zauważyłam wpatrzone we mnie oczy małej dziewczynki. Byłem nią zachwycony. Postanowiłem, że ją adoptuję”, opowiada DiCaprio. Tłumaczy jednak, że nie zdecydował się na taką adopcję, jak Angelina Jolie czy Madonna. „Nie zabrałem tej małej do Hollywood. Adoptowałem ją korespondencyjnie. Moja rola będzie polegała na tym, że będę jej rodzicom co miesiąc wysyłał pieniądze na jej wykształcenie i utrzymanie. To wszystko”. DiCaprio mierzwi swoje ułożone na żel włosy i zastrzega, że nie zdradzi nawet imienia afrykańskiej dziewczynki. „No bo po co?”, pyta.
Uśmiecha się niewyraźnie, kiedy mówię, że jednak w pewnym sensie został ojcem i ożywia, kiedy pytam, jaką najważniejszą rzecz przekazał mu jego własny tata. „Z moim ojcem zawsze byliśmy blisko. Jako jedyny potrafił mi pokazać inną stronę jakiegoś wydarzenia, wytłumaczyć, że to, co uważałem za jedyną prawdę, może mieć też inny wymiar. Taka świadomość i umiejętność wielorakiej oceny sytuacji bardzo pomaga mi w życiu”. „Myślisz, że ten rok będzie należał do ciebie?”, pytam na koniec wywiadu. DiCaprio odpowiada prawie natychmiast: „Chodzi ci o to, że dostanę Oscara? To nie jest dla mnie tak bardzo istotne. To, czy będę szczęśliwy, nie ma związku ze statuetką. Za każdym razem, gdy byłem nominowany do Oscara, ale go nie dostałem, ludzie nazywali mnie wielkim przegranym. A ja się tak nie czuję. Wiem, że moje szczęście zależy już wyłącznie ode mnie”.
Patrząc na jego zaciętą, poważną twarz i zmrużone niebieskie oczy, zastanawiałam się, co się stało z tym aktorem, który dziesięć lat temu wydawał się najmilszym i najweselszym chłopakiem na świecie. Odpowiedź nasunęła się sama, kiedy wstał i po pożegnaniu wprawnym ruchem zapinał guziki marynarki. DiCaprio nie jest już chłopakiem. Jest dojrzałym mężczyzną, który ostatnie lata poświęcił między innymi na to, aby określenie „boski Leo” w końcu przestało do niego pasować.

Iza Bartosz/ Viva!
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/12 lat temu
Super aktor i mega facet:)można się rozmarzyć