Księżniczka inna niż wszystkie

Jedyna córka Elżbiety II, księżniczka Anna w Polsce była aż trzy dni.
/ 16.03.2006 16:57
 
Jedna z najciężej pracujących księżniczek na świecie właśnie odwiedziła Polskę. Rocznie tylko w celach charytatywnych odbywa 600 spotkań w Wielkiej Brytanii i ponad 150 podróży zagranicznych. Mimo to Anna nigdy nie zyskała nawet odrobiny tej sympatii, jaką zaskarbiła sobie Diana. Dlaczego?

Mało było relacji z wizyty jedynej córki Elżbiety II, księżniczki Anny w Polsce choć była u nas aż trzy dni i odbyła dziesiątki spotkań. Tylko w Warszawie widziała się między innymi z parą prezydencką, złożyła wieniec pod Grobem Nieznanego Żołnierza, odwiedziła Fundację Pomocy Dzieciom Niepełnosprawnym Hipoterapia. Następnie zwiedziła Muzeum Powstania Warszawskiego i wzięła udział w nadaniu skwerowi w dzielnicy Ochota imienia Sue Ryder, kobiety, która zasłynęła z działalności charytatywnej na rzecz osób starszych i pomocy wywiadowi AK podczas II wojny światowej. Następnego dnia, już w Gdańsku, została matką chrzestną statku, spotkała się z Lechem Wałęsą i złożyła kwiaty pod pomnikiem Poległych Stoczniowców.

W przeciwieństwie do wielu osób działających charytatywnie Anna nie udziela wywiadów, nie fotografuje się z tymi, którym pomaga. Nawet w Fundacji Hipoterapia ograniczyła się do rozmowy z pracownikami placówki i przekazania darowizny w wysokości 1500 funtów. Nie było żadnych spotkań z dziećmi, a tym bardziej typowych w takich okolicznościach czułości czy pocałunków. Jakby to, co robi z takim oddaniem od wielu lat, robiła z obowiązku, a nie z potrzeby serca. To jednak pozory.

Nieszczęsne stworzenie
Rzeczywiście Anna od małego miała problemy w kontaktach z ludźmi, nawet ze zwykłą pogawędką. Niektórzy uważają, że to z powodu braku czułości w dzieciństwie. Podobnie jak jej trzej bracia, Anna wychowywała się z dala od matki. Królowa świetnie sprawdzała się w roli monarchini i bardziej czuła się odpowiedzialna za los kraju niż własnych dzieci. Pierwszy raz Anna trafiła w ręce opiekunek w grudniu 1950 roku jako czteromiesięczne niemowlę. Elżbieta II zdecydowała bowiem dołączyć do męża, księcia Filipa, który jako oficer marynarki stacjonował na Malcie. Anna nie miała kontaktu z matką aż do lipca. I tak było nieustannie. Gdy Anna podrosła, trafiła do szkół z internatem. W 1962 roku księżniczka została wysłana do Francji, a po roku do Beneden School w hrabstwie Kent.

Już jako dziesięciolatka nienawidziła oficjalnych spotkań, szczególnie zaś pozowania do fotografii. Cecil Beaton, nadworny fotograf Windsorów z tamtych czasów, wspomina, że stawała do zdjęć skurczona, z nadąsaną buzią i pogardą w oczach. „Robiła wrażenie bardzo nieszczęsnego stworzenia”, wspomina. Życie na świeczniku tylko pogłębiło te problemy. Gdy w wieku 18 lat zakończyła naukę i zaczęła reprezentować rodzinę, zachowywała się trochę jak dzikuska. Podczas wizyty rodziny królewskiej w USA w 1970 roku nie obyło się bez zjadliwych komentarzy w prasie. „Washington News” nazwał ją bez ogródek „najbardziej snobistyczną, nadąsaną, rozwydrzoną, wynudzoną, posępną i pełną pogardy dla innych księżniczką na świecie”. Zaś ze względu na strój – „księżniczką bezguścia”.


Końskie maniery
Jednak w przeciwieństwie do braci, a w szczególności Karola, który bardzo cierpiał z powodu braku matki, Anna znosiła taką sytuację bardzo dobrze. Nie uważała, by Elżbieta w jakiś sposób zaniedbywała ją czy jej braci. Po latach w wywiadzie, jakiego udzieliła BBC, stwierdziła, że nie ma najmniejszych podstaw, by sugerować, iż królowa nie dbała o nich jak należy. „Oczywiście już jako dzieci rozumieliśmy ograniczenia czasowe związane ze stanowiskiem i odpowiedzialnością, jaką wzięła na siebie. Nie byliśmy więc zbyt wymagający. Ale wierzę, że dbała o nas równie dobrze, jak każda inna matka dba o swoje potomstwo”.

Niedostatki uczuciowe Anna rekompensowała sobie w kontaktach ze zwierzętami. Odkąd w wieku trzech lat pierwszy raz dosiadła konia, w jej życiu nie liczyło się już nic innego. „Tylko podczas jazdy konnej byłam zupełnie zrelaksowana i szczęśliwa”, mówiła. Zamiast dbać o strój i flirtować z chłopakami, każdą wolną chwilę spędzała w siodle. Odnosiła znaczące sukcesy, przynosząc Anglii i Windsorom wielką chlubę. W 1971 roku wygrała zawody w Burghley, a BBC wybrała ją sportową osobistością roku. Dwa lata później została już członkiem kadry brytyjskiej na europejskie zawody w Kijowie. W 1975 roku w Niemczech wywalczyła aż dwa srebrne medale w konkursie indywidualnym i zespołowym. Brała także udział w olimpiadzie w Montrealu w 1976 roku. Jej pasja była do tego stopnia znana na świecie, że nawet Ewa Bem śpiewała w jednej z piosenek „I znów księżniczka Anna spadła z konia”. Rzadko jednak wspominano o tym, że Anna potrafiła obrzucić wyzwiskami fotografów, którzy chcieli jej zrobić zdjęcie na koniu. „Kiedy szykuję się do jazdy lub skoku i migają flesze, tylko koń jest tym, który nie wie, że jestem księżniczką”, tłumaczyła swoje zachowanie.

Wielkie nadzieje
Brat Anny, Karol, żartował: „Gdyby było to możliwe, wyszłaby za mąż za swojego konia”. Nie było jednak obaw, że zostanie starą panną. W młodości nie brakowało jej adoratorów. W 1973 roku Anna wyszła za mąż za przystojnego porucznika kawalerii Marka Phillipsa. Bajeczny ślub w katedrze westminsterskiej transmitowano niemal na cały świat. Anna i Mark, który też kochał konie (zdobył w 1972 roku złoty medal na Olimpiadzie w Monachium), wydawali się być stworzeni dla siebie. Młodzi małżonkowie zamieszkali w niewielkim apartamencie w Londynie.

W 1974 roku usiłowano porwać Annę. Para wracała właśnie ulicą Pall Mall z charytatywnego pokazu filmowego, gdy nagle jakiś samochód zajechał im drogę. Mężczyzna, który wyskoczył z niego, zaczął najpierw strzelać na oślep, po czym wskoczył do samochodu Anny i Marka. Przystawił lufę pistoletu do brzucha księżniczki i powiedział, że zamierza ją porwać. Na szczęście jeden z ochroniarzy zranił i obezwładnił napastnika. Księżniczka nie doznała wtedy żadnych obrażeń i nawet nie za bardzo się przestraszyła. Podobno krzyknęła do porywacza tylko: „Not bloody likely!”, czyli w wolnym tłumaczeniu: „Ni diabła!” i w przeciwieństwie do sparaliżowanego strachem Marka zamierzała go uderzyć torebką.

Wkrótce po tym incydencie Anna i Mark przeprowadzili się do posiadłości w Gatcombe Park w Gloucestershire podarowanej im przez królową. Po rezygnacji ze służby wojskowej Mark miał się zająć rolnictwem i hodowlą koni, Anna – prowadzeniem domu i wychowywaniem dzieci.

Zimny chów
Życie na łonie natury nie przyniosło im jednak szczęścia, tak jak się spodziewali. Anna nie mogła się odnaleźć w życiu rodzinnym. Szczególnie zaś w macierzyństwie. Już pierwsza ciąża była dla niej utrapieniem. „To straszny stan, przeraźliwa nuda”, mówiła. W 1977 roku urodziła syna Petera, a w 1981 córkę Zarę. Ani przez chwilę jednak nie kryła, że nie lubi dzieci i określała je jako „nieustające zagrożenie dla małżeństwa”.
Wysłała oboje najpierw do przedszkoli, potem szkół, i to nie elitarnych, ale państwowych i koedukacyjnych, by „jak najwcześniej nauczyły się chodzić po ziemi”. To, że w dość wczesnym wieku dała dzieciom ogromną swobodę, tłumaczyła tym, że „każdy człowiek ma prawo do szukania własnej drogi i popełniania błędów”. Sama zaś coraz bardziej poświęcała się pracy w organizacjach charytatywnych.

Coraz mniej czasu Phillipsowie spędzali razem i pomału rodzina zaczęła się rozpadać. Jeszcze przez kilka lat Anna i Mark udawali zgrany tandem, choć każde żyło już własnym życiem. Nawet na igrzyska olimpijskie do Los Angeles w 1984 roku polecieli razem, lecz mieszkali osobno. Mark romansował z wieloma kobietami, między innymi z dziennikarką BBC Angelą Rippor, dziennikarką kanadyjskiej telewizji Kathy Birks czy modelką Pamelą Bordes. Anna była mocno zaangażowana w związek z dworzaninem królowej, Timothym Laurence’em, cichym panem bez zobowiązań.
W 1992 roku roku Anna i Mark wzięli rozwód, pierwszy w rodzinie Windsorów. Królowa nie protestowała. Wolała, żeby Mark i Anna mieli dobre stosunki ze sobą i dziećmi, niż żyli w czworokącie. Prasa tylko czekała na moment, by przyłapać gdzieś kochanków. Kilka miesięcy później Anna wyszła za mąż za Timothy’ego. Tyle że tym razem po cichu, w kościele Crathie, nieopodal Balmoral, w asyście 30 osób.

Tylko bez czułości
To, że Anna nie odnalazła się w życiu rodzinnym, nie świadczy jednak o braku uczuć. Po drugim ślubie Anna jeszcze bardziej oddała się pracy na rzecz innych, którą do tej pory mogła wykonywać tylko dorywczo.
Zaczęła od zmiany wizerunku. W jej szafie, obok ulubionych bryczesów i tweedowych marynarek, pojawiły się garsonki i buty na obcasach. Włosy zaczęła czesać w utapirowany kok. Brytyjska prasa nie tylko wyśmiała fryzurę, którą szybko ochrzczono mianem „puddingu”, lecz także ubrania, które wprawdzie eleganckie, miały pozostać nieśmiertelne. Żartowano, że tylko Anna chodzi tak długo w tych samych rzeczach, aż wracają do mody. Na co ona ripostowała: „Ubrania powinny być praktyczne. Kostium, który ma klasyczny krój, nie starzeje się nigdy. Uważam kupno nowych ubrań za niepotrzebne, o ile stare są bardzo dobre”.

Po czym zaangażowała się w tyle przedsięwzięć, w ile tylko dała radę. To, że udaje jej się wszystkiemu podołać, zawdzięcza tylko samodyscyplinie i znakomitej organizacji. Stworzyła sztab młodych wolontariuszy, którzy wychwalają jej zaangażowanie i konsekwencję. „Mówimy, że księżniczka korzysta chyba z baterii firmy Duracell, bo jej energia jest niewyczerpana. Nienawidzi, gdy sprawy się wloką. Kiedy coś zaczyna, szybko to kończy”, zdradził jeden z nich.
Wśród licznych fundacji, które zakładała lub wspierała, jak Princess Royal’s Trust for Carers, Transaid oraz Riders for Health, najbardziej oddała się stworzonej w 1970 roku fundacji Save the Children, której została prezesem. I jeździ tam, gdzie inne księżniczki już nie docierają. W najniebezpieczniejsze rejony świata, nie żądając dla siebie żadnych przywilejów. No, może z wyjątkiem coca-coli, bo, jak twierdzi: „Tylko cola zabija kłopoty żołądkowe w czasie zagranicznych wojaży”.

Kłopoty z prawem
Dopiero więc od kilku lat Brytyjczycy zaczynają doceniać Annę. Choć i tak wciąż mało mówi się o dobrych rzeczach, jakie robi. Jak o tym, że 50-letniego elektryka, Briana Dickinsona, który kilka lat temu dostał na terenie jej posiadłości zawału serca, sama zataszczyła do samochodu i zawiozła na pogotowie. I naprawdę ciężko przeżyła to, że mężczyzna zmarł w szpitalu. Nie mówi się też o tym, ilu osobom pomogła lub wręcz uratowała życie.
Wypomina za to słowa, które wypowiedziała bez zastanowienia.
Kiedy cztery lata temu w Boże Narodzenie przed kościołem w Sandrigham Anna odbierała koszyk z kwiatami i wiktuałami od 75-letniej kobiety, która przyjechała z daleka i czekała na tę chwilę na mrozie pięć godzin, stwierdziła: „Co za kretyństwo”. Zdaniem brytyjskiej prasy skandaliczne było też zachowanie Anny w 2002 roku, kiedy to jej suka rasy bulterier, Dorothy, pogryzła dwóch chłopców, 7- i 12-latka. Bardziej przejęta była wówczas losem suki i tym, że sąd może kazać ją uśpić, niż tym, co przeszli chłopcy. Księżniczka przyznała się do winy i przyjęła karę z godnością. Zapłaciła grzywnę w wysokości 500 funtów, po 250 funtów odszkodowania na każde z dzieci, oraz pokryła koszty sądowe.

Jestem, jaka jestem
Nieustannie też przytacza się jej wypowiedzi na temat dzieci. To, że bez zażenowania twierdzi: „Nie trzeba kochać dzieci. Wystarczy się o nie troszczyć”. Wylewność, z jaką Diana traktowała obcych, w szczególności zaś dzieci, Anna uważa za niestosowną. „Nikt nie twierdzi, że przytulanie nie jest czymś ważnym. Jednak przeświadczenie, że wszystkie dzieci chcą być przytulane przez obcych, w dodatku przed obiektywami aparatów, jest dla mnie zadziwiające. Dziecko to też człowiek, który ma swoje potrzeby i zdanie”.
W dobie wszechobecnego PR taka osoba jak ona, która bez pompy i afektacji prowadzi tak rozległą działalność charytatywną, to anachronizm. Anna nie chce jednak się zmieniać. „Ona jest po prostu niereformowalna”, stwierdził niedawno „The Daily Telegraph”. I jest w tym dużo prawdy. Anna nawet nie przejmuje się tymi opiniami. „No cóż, jestem, jaka jestem. Zawsze jestem sobą i uważam, że lepiej będzie, jeśli taka już zostanę. Wierzcie mi, gdybym udawała kogoś, kim nie jestem, byłoby znacznie gorzej”, mówi z przekonaniem. I pewnie ma rację.

Magda Łuków/ Viva!
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)