POLECAMY

Królowa ekranu: Elizabeth Taylor

Zgasła jedna z ostatnich gwiazd starego Hollywood. Choć nie epatowała seksapilem jak Marilyn Monroe, nie była uosobieniem elegancji jak Grace Kelly czy Audrey Hepburn, dzięki olśniewającej urodzie oraz znakomitym kreacjom w wielu wspaniałych filmach na trwałe zapisała się w historii kina.

Zgasła jedna z ostatnich gwiazd starego Hollywood. Choć nie epatowała seksapilem jak Marilyn Monroe, nie była uosobieniem elegancji jak Grace Kelly czy Audrey Hepburn, dzięki olśniewającej urodzie oraz znakomitym kreacjom w wielu wspaniałych filmach na trwałe zapisała się w historii kina.

Elizabeth Taylor na swój sukces pracowała od najmłodszych lat. Pomagała jej w tym przedsiębiorcza matka, która była zdeterminowana, aby uczynić swojego aniołka o fiołkowych oczach, alabastrowej cerze i hebanowych włosach wielką gwiazdą filmową. Hollywood stanęło przed nią otworem, gdy mając jedenaście lat wystąpiła w najsłynniejszej adaptacji książki Erica Knighta „Lassie, wróć!” (1943).

Fot. blackandsheep.blogspot.com

Ledwo zaczęła swoją karierę, a już doznała kontuzji, która wiele lat poźniej wpędziła ją w uzależnienie od leków przeciwbólowych oraz alkoholu. Do wypadku doszło na planie familijnej produkcji o młodych dżokejkach „Wielka nagroda” Clarence’a Browna z 1944 roku (reżyser słynnej „Anny Kareniny” z Gretą Garbo). Dwunastoletnia Liz spadając z konia uszkodziła trzy kręgi szyjne. Jako, że show must go on, zdjęcia dokończono. Choć obraz przyniósł spore zyski i zaowocował dla Liz lukratywnymi kontraktami, aktorka opłaciła ten sukces poważnym uszczerbkiem na zdrowiu. Już nigdy nie udało się jej odzyskać pełnej sprawności.

Jej gwiazda najjaśniej błyszczała w latach 50-tych oraz 60-tych. Pierwszą nominację do Oscara otrzymała za melodramat „W poszukiwaniu deszczowego drzewa” Edwarda Dmytryka (1957), który z uwagi na zawiłe losy dwójki bohaterów, a także epicki rozmach można porównać z „Przeminęło z wiatrem” (1939). Pomimo tego, że obrazowi Dmytryka daleko do wiekopomnego dzieła Fleminga, elektryzujący występ Taylor można postawić na równi z rolą Vivien Leigh. Kolejne dwie nominacje przyszły za role w ekranizacjach sztuk Tennessee Williamsa – „Kotka na gorącym, blaszanym dachu” Richarda Brooksa (1958), w którym Liz partnerowała niezapomnianemu, szaleńczo przystojnemu Paulowi Newmanowi oraz w niepokojącym obrazie „Nagle, zeszłego lata” Josepha L. Mankiewicza (1959), w którym obok Liz zobaczyliśmy także inną hollywoodzką diwę – Katherine Hepburn.

Fot. iloveartificial.blogspot.com, vintagefashionguild.blogspot.com

Na świetną kreację Taylor w „Kotce...” wpłynęła poniekąd tragiczna śmierć jej męża Mike’a Todda, który zginął w katastrofie lotniczej. Aktorka przelała na Maggie zebraną w sercu gorycz i wykreowała jedną z najlepszych ról w swojej karierze. Walkę o statuetkę przegrała jednak z Susan Hayward, którą doceniono za udział w poruszającym obrazie „Chcę żyć!” Roberta Wise. Przez wiele lat mówiło się, że aktorka zrobiła wielką karierę dzięki niezwykłej urodzie i seksapilowi. Owszem, widok Taylor odzianej w kostium kąpielowy w obrazie „Nagle, zeszłego lata” zniewala z nóg, wyławiająca się z wody piękność być może była pierwowzorem bohaterki granej przez Ursulę Andress w pierwszym filmie o przygodach słynnego agenta 007, nie zmienia to jednak faktu, że Liz była jedną z najlepszych dramatycznych aktorek w historii kina i myślę, że dowiodła tego kolejnymi rolami, które przyniosły jej upragnionego Oscara.

Fot. johngushue.typepad.com, popculturepalace.blogspot.com

Pierwszą z nich była postać prostytutki Glorii Wandrous w dosyć przeciętnym obrazie Johna Michaela Hayesa oraz Charlesa Schnee „Butterfield 8”, który zapadł w pamięci widzów jedynie dzięki brawurowej kreacji Elizabeth Taylor. Aktorka sprzątnęła statuetkę sprzed nosa Schirley MacLane, którą nominowano za „Garsonierę” i która pewnie po dziś dzień uważa, że Taylor niesłusznie otrzymała Oscara, że przyznając jej nagrodę członkowie Akademii kierowali się współczuciem do gwiazdy, która miesiąc wcześniej będąc bliską śmierci przeszła poważny zabieg tracheotomii. Druga statuetka wpadła w jej ręce za porażającą wiwisekcję rozpadu pewnego małżeństwa czyli „Kto się boi Virginii Woolf?” Mike’a Nicholsa, w którym Liza po raz pierwszy w swojej hollywoodzkiej karierze pozwoliła się na potrzeby roli oszpecić, przykuwając uwagę widza fenomenalnymi zdolnościami aktorskimi a nie przyćmiewając swój talent niewątpliwą urodą.

W międzyczasie Elizabeth Taylor otrzymała propozycję zagrania w udramatyzowanej wersji najsłynniejszego romansu hellenistycznego świata, który jak przystało na Hollywood zrealizowano z epickim rozmachem (w końcu na realizację „Kleopatry” przeznaczono 40 milionów dolarów, co uplasowało ten obraz w czołówce najdroższych filmów w historii kina). Udział w tym filmie przyniósł aktorce rekordową jak na ówczesne czasy gażę w wysokości miliona dolarów. Uczynił Taylor legendą za życia. Wspaniałe kostiumy, bogate wnętrza, spektakularne sceny bitew no i rewelacyjna kreacja Richarda Burtona przyniosły „Kleopatrze” dziewięć nominacji do Oscara. Choć w oscarowej rozgrywce pominięto aktorkę, nie ulega wątpliwości, kto był największą gwiazdą tej produkcji, kto został najsłynniejszą Kleopatrą w historii kina, swoim blaskiem przyćmiewając antyczny pierwowzór.

Fot. IMDB, ketty-doll.blogspot.com, julianstark-moviesandotherthings.blogspot.com

Sukcesy ekranowe Liz Taylor (aktorka zagrała w przeszło 60 obrazach) niestety nie szły w parze z powodzeniem w życiu osobistym. Aktorka miała na swoim koncie liczne mniej bądź bardziej burzliwe romanse oraz osiem małżeństw, w tym dwukrotne z Richardem Burtonem. Pozwoliło to opinii publicznej przypiąć jej etykietkę ladacznicy, suki, bezwstydnicy. Podobno podczas kręcenia „Kleopatry” przechodnie bez ceregieli obrzucali ją obelżywymi epitetami. Dwukrotnie próbowała odebrać sobie życie. Przeżyła śmierć kliniczną. Problemy z kręgosłupem sprawiły, że na stare lata została przykuta do wózka. Była aktywnie zaangażowana w walkę z AIDS (aby wspomóc chorych zlicytowała na aukcji pierścionek zaręczynowy od Burtona). Zmarła w wieku 79 lat na skutek niewydolności serca.

Elizabeth Taylor mierzyła zaledwie 157 cm wzrostu. W tym małym ciele krył się jednak wielki duch. Aktorka obdarzona była nieziemską urodą oraz ogromnym talentem. I taką ją zapamiętajmy. Nie poprzez skandale obyczajowe z jej udziałem, a role, które przyniosły jej status prawdziwej diwy i niekwestionowanej ikony amerykańskiej kina.

Zobacz LEKCJĘ URODY Z ELIZABETH TAYLOR

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (2)
/7 lat temu
Liz była kapitalna :-) piekna i utalentowana
/7 lat temu
Piękna kobieta -ikona filmu. Wielka szkoda.