Kinga Rusin

„Małżeństwo miało być portem w czasie burzy, a okazało się burzą w porcie”, mówi Kinga Rusin, gwiazda IV edycji „Tańca z gwiazdami”.
kinga1.jpgDlaczego zgodziła się Pani wziąć udział w „Tańcu z gwiazdami”?
Też się nad tym zastanawiałam. Najlepszy dowód, że umowę z TVN podpisałam dopiero na 20 minut przed konferencją prasową. Myślę, że to potrzeba zmiany.

– Można i później.
Nie można, bo z wiekiem traci się na atrakcyjności. No i mój kręgosłup, który nadwerężyłam na nartach, mając 15 lat, mógłby już nie wytrzymać. Miałam jednak wątpliwości. Gdy poprzednio zaproponowano mi udział w tym programie, zdecydowanie odmówiłam.

– Dlaczego zmieniła Pani zdanie?
Mam ochotę na szaleństwo. Może taniec pozwoli mi wrócić do tej kobiecości, która kiedyś była we mnie? Ostatnio słyszałam, że coraz więcej jest we mnie mężczyzny.

– Mężczyzny? Przybija Pani gwoździe, wkręca śruby?
Nie, nie. Mężczyzny w sensie emocjonalnym – takie zamykanie się na kobiece emocje, taka męska twardość głowy rodziny. Te cechy zaczęły u mnie dominować.

– I przestraszyła się Pani?
Może... Przyszedł moment, gdy pomyślałam, że w końcu muszę zrobić coś dla siebie. Taniec to jak nauka nowego języka. Ciałem można powiedzieć więcej niż słowami.

– Chce Pani wyzwolić swoje ciało spod kontroli?
Mnie to fascynuje, podoba mi się swoboda w tańcu, urzekają tancerze.

– Na przykład Włoch Stefano, z którym Pani tańczy?
On ma w sobie ogromny optymizm.

– A Pani nie?
Mam parcie do przodu, ale jeśli coś mi nie wychodzi, zostawiam to. Stefano cały czas się śmieje, ma pozytywną energię, chociaż już wie, że trafił na trudny egzemplarz. Obserwuje mnie i mówi: „Poznasz swoje prawdziwe ja i jeszcze się zdziwisz”.

– Jest coś, co Panią może w sobie zdziwić?
Może okaże się, że potrafię w tańcu wyrazić uczucia, których nawet nie czuję? To wyzwanie, a przy okazji to szkoła dla mojej wytrwałości. Będę musiała pokonać swoje słabości. Chciałabym także wyzwolić w sobie luz.

– Dlaczego go Pani straciła?
Ponieważ dosyć szybko weszłam w dorosłe życie. Wyszłam za mąż i stałam się gospodynią, organizatorką życia, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Z dziewczyny, która uwielbiała się bawić, przeobraziłam się w uporządkowaną osobę, która umie zorganizować przyjęcie, naprawić odkurzacz. I stałam się sztywna, mało spontaniczna.

– Wszystko było pod kontrolą?
Chyba zbyt się przejmowałam swoją rolą i liczyłam z oceną innych. Wie pani, był taki moment, parę lat temu, gdy wydawało mi się, że w moim życiu już nic się nie zmieni i tak zostanie: śniadanie, obiad, kolacja. I nic się już nie wydarzy.

– Można się udusić?
Można.

kinga02.jpg
– I mówi to kobieta, która w trzy dni po ślubie wyjechała do Ameryki jako żona korespondenta, nie wiedząc, co ją tam czeka. Trzeba chyba dużej odwagi, by podjąć taką decyzję?
Czy mając 23 lata można mówić o odwadze? To raczej brak wyobraźni, zaślepienie uczuciem, przeświadczenie, że razem pokona się wszelkie trudności. To także chęć spędzania z człowiekiem, którego się kocha, 24 godziny na dobę. Wtedy perspektywa wyjazdu, urządzania pierwszego wspólnego domu wydaje się rajem. Ta decyzja była bardzo spontaniczna. Dziś nazwałabym to młodzieńczą głupotą.

– Teraz postąpiłaby Pani tak samo?
Nie żałuję niczego, co się tam wydarzyło. Musiałam nauczyć się wielu rzeczy. Na przykład oszczędzania. Nasze życie w Ameryce było bardzo skromne. Ale poznałam tam wspaniałych przyjaciół. Utrzymuję z nimi bliski kontakt do tej pory. Cieszę się, że zadała mi pani to pytanie, bo uświadomiłam sobie dzięki niemu, że moja fantazja w tym wykalkulowanym świecie nie zaginęła.

– Fantazję można tylko uśpić, ale ma się ją do śmierci.
To prawda. Najlepszy dowód, że nadal lubię przygody i lubię swoją fantazję.

– Więc właściwie rozstanie z mężczyzną jest inspirujące? I nie trzeba bić się w piersi, przeżywać tego jako klęski?
Nie mam powodu do bicia się w piersi. To zależy od tego, jak ludzie się rozstają i dlaczego.

– Życie jednak nie jest bajką o księżniczce i księciu?
Nie jest. Co nie znaczy, że nie tęsknię do takiego klimatu. Myślę, że dopóki żył mój tata, nie miałam potrzeby szukania idealnego związku i idealnego mężczyzny, który będzie mnie bezgranicznie kochał, akceptował, doceniał każdą moją decyzję, rozpieszczał aż do bólu, obsypywał prezentami. A dopóki ma się kogoś takiego blisko siebie, to szuka się dla kontrastu kogoś innego. I pozwala się działać feromonom. Natomiast taka bezwarunkowa miłość jest możliwa chyba tylko w przypadku ojca i córki.

– Bo nie ma takich facetów, którzy są jednocześnie i męscy, i czuli we właściwych proporcjach?
Bardzo trudno takich znaleźć. W każdym razie mój tata uwielbiał się ze mną spotykać, rozmawiać.

– Pani rodzice byli rozwiedzeni?
Tak, ale zostali przyjaciółmi do ostatnich chwil życia mojego taty. Raz w tygodniu spotykali się na brydżu, umawiali się na kawę. Partnerkę mojego ojca bardzo lubimy, przyjaźnimy się z nią. To wspaniałe, że ludzie po rozstaniu mogą się przyjaźnić i szanować. Chciałabym zagwarantować moim córkom podobne relacje między rodzicami. Bo nawet gdy uczucie wygasa, to może zostać wzajemny szacunek.

– Bez wrogości? Mogłaby się Pani z byłym mężem przyjaźnić?
(Chwila zastanowienia). Myślę, że tak, w odpowiednich okolicznościach. Uważam, że to jeden z najinteligentniejszych ludzi, jakich znam. Bardzo ciekawa osobowość.

– I dlatego się Pani w nim kiedyś zakochała?
(Śmiech). Jak się ma 23 lata, nie zakochuje się w inteligencji. Działają hormony, uroda, sposób mówienia, patrzenia. Ta cała magia między dwojgiem ludzi. Ale oczywiście jest bardzo ważne, że mężczyzna ma coś do powiedzenia, ma zainteresowania, imponuje kobiecie. A w moim mężu było wszystko, co mogło kobiecie imponować. Tak, myślę, że Tomek jest dobrym kandydatem na przyjaciela, z którym można wieść ciekawe rozmowy.

– Pewnie lepszym niż na męża?
Hmm...

– Wróćmy jednak do Pani wyjazdu do USA. Rodzice nie odwodzili Pani od niego?
Byli przyzwyczajeni do moich różnych dziwnych posunięć. Kiedy miałam 18 lat, dostałam od taty pierwszy samochód. Oświadczyłam rodzicom, że wybieram się w podróż dookoła Europy. Maluchem. Teraz uważam, że ktoś tam nade mną czuwał, bo nie spotkało mnie nic złego. To była podróż życia. I sama naprawiłam pasek klinowy.

– Wtedy wyszły z Pani już te męskie cechy?
Wychodziły już wcześniej. Niedawno ktoś przy okazji „Tańca z gwiazdami” powiedział: „Kinga da sobie radę, jest twarda”. Zachowuję pozory twardości, ponieważ nie znoszę okazywać publicznie słabości. W środku jednak jestem wrażliwa, łatwo mnie zranić, ale też i łatwo na pewne sprawy przymykać oczy, godzić się na kompromisy. Jestem cała złożona z emocji.

– Ameryka była więc dla Pani szkołą przetrwania? Tam nie można było uciec z płaczem?
W tej chwili, po 12 latach, zastanawiam się, jak wytrzymałam. Nie czekał tam na nas pałac i otwarte ramiona znajomych. Nie było do kogo zadzwonić, z kim się spotkać. Ale mieliśmy siebie. I to nas uratowało. Gdyby policzyć średnią czasu, jaką młodzi ludzie spędzają ze sobą w dużym mieście, to mieliśmy chyba trzy razy dłuższy staż małżeński niż tych 12 lat.

kinga01.jpg
– Nauczyła się tam Pani pracy na własny rachunek?
Założyłam firmę producencką, w której byłam reżyserką, scenarzystką, montażystką i specjalistką od public relations. Pierwszy program wyprodukowałam za pożyczone pieniądze, nie mając gwarancji, że ktoś to ode mnie kupi. Kupił WOT i Nina Terentiew dla telewizyjnej Dwójki. Potem robiłam materiały dla „Teleexpresu”.

– I zaszła Pani w ciążę. Pierwsza córka, Pola, urodziła się w Stanach?
Tak. Obliczyłam sobie, że jak pojadę na Oscary, to będę w trzecim miesiącu i jeszcze nie będzie widać. A jak urodzę dziecko, to pojadę na następną galę, bo już będę mogła je na chwilę zostawić. Udało się pogodzić życie rodzinne i pracę.

– A potem powrót do Polski i cisza?
Powrót do Polski i... Okazało się, że nikt nie chce korzystać z tego, czego się tam przez cztery lata nauczyłam.

– Z zazdrości?
W telewizji publicznej ukarano mnie za decyzję Tomka, którą zresztą podjęliśmy wspólnie, o przejściu do TVN. Nie miałam tam czego szukać. Wycofałam się i zajęłam szykowaniem domu. No i zwrócił się do mnie Marek Kondrat, żebym pomogła mu w promocji filmu „Operacja Samum”. Rozwijałam własną firmę, zajmującą się public relations.

– Nie mogła Pani poleżeć sobie i popachnieć?
Nie mogłam. Lubię być niezależna. A praca daje pieniądze i poczucie własnej wartości.

– Mąż włączył się w budowę domu?
Nie, ale to nie było złe, bo uniknęliśmy awantur o kolor kafelków.

– Pani nie lubi, gdy ktoś się wtrąca?
Nie lubię. Mnie tak naprawdę jest ze sobą całkiem dobrze, cenię swoją niezależność. Wieczorami biorę książkę, oglądam film. Życie w układzie partnerskim wymaga poświęcenia.

– A Pani nie lubi poświęcenia?
To nie tak. Jeśli trzeba, to poświęcę się bez reszty. Etap kompromisów jednak mam już za sobą. Teraz widzę, że w wielu sprawach szłam na ugodę, robiąc coś, co nie sprawiało mi przyjemności. Na wiele się godziłam, bo to naprawdę trudna sztuka żyć z drugim człowiekiem, poznawać go od tej gorszej strony. Na początku przecież znamy tylko tę dobrą.

– Ale to działa w obie strony.
Nie twierdzę, że jestem ideałem. Budowałam małżeństwo z wyobrażeń, bez konkretnego wzorca. Myślę, że to problem wszystkich dzieci rozwiedzionych rodziców. U mnie w domu mama i ojciec nigdy nie mówili podniesionym głosem, gdy się spotkali. Wydawało mi się, że w małżeństwie musi być tak samo, tylko 50 razy lepiej. Myślę dziś, że nie sprawdziłam się w tej konfrontacji ideału z rzeczywistością. Tak naprawdę nie byłam przygotowana do małżeństwa. I było widać po mnie, że jestem zawiedziona.

– Teraz wygląda Pani o niebo ładniej niż w trakcie związku.
Wiele osób mi to mówi. Wie pani, że na pewnym etapie czułam się starą kobietą? Byłam włożona w strasznie poważne życie, poważne tematy, poważne dziennikarstwo. Nie było miejsca na...

– Bycie trochę dzieckiem?
Mało jest kobiet, które nie pragną być czasem małymi dziewczynkami. Żadna nie chce być babochłopem. A ja uświadomiłam sobie, że jestem nim, że nawet rękę podaję jak facet. Za dużo było na mojej głowie. Mam koleżanki, które nie jeżdżą na stację, by zatankować samochód. Bo to zajęcie niegodne kobiety. Akurat tu bym się zbuntowała, bo trzeba być samodzielną. Ale gdyby czasem ktoś zaproponował: „Pojadę zatankować ci benzynę”, to nie odmówiłabym.

– Jestem przekonana, że po tym wywiadzie dostanie Pani tysiąc takich propozycji.
(Śmiech). Kiedyś stłukłam lusterko w samochodzie. Spotkałam kolegę: „O, wymieniłaś lusterko”. Mówię: „Nie ja, wymienili mi w warsztacie”. „Sama pojechałaś do warsztatu? Nie wyobrażam sobie, żeby moja żona to zrobiła”.

– Pozazdrościła jej Pani?
Pomyślałam: „Jakie to miłe”. Ale teraz nie mam wyjścia – wymieniam, nalewam. I ustaliłam z dziećmi, że kupimy psa i kota. To przełomowy moment w moim życiu. Pies uczy odpowiedzialności. I okazuje uczucia bezinteresownie, uczy ludzi tego samego. Chciałabym, żeby moje dzieci tak okazywały emocje.

– Jakie są Pani córki?
Są trudne, ale inteligentni ludzie nie mogą być łatwi. Dla mnie są wyjątkowe, wspaniałe.

– Pola bardziej podobna do ojca?
Cały Tomek. Zadzwoniła do mnie wczoraj, skarżąc się: „Mamo, babcia nie pozwala mi oglądać »Faktów«”. Moja mama mówi: „Mamy jeden telewizor, Iga chce obejrzeć dobranockę”. Tłumaczę Poli, że może potem zobaczyć „Wiadomości”. A ona z płaczem: „Jak to »Wiadomości«? A z czym je potem porównam?” Ma niecałe 10 lat. Moje córki nie są mimozami. Mówię im, że nie ingeruję do pierwszej krwi. Kochają się, kłócą i godzą. Mam nadzieję, że będą się ze mną przyjaźnić, jak ja z moją mamą.

– Zrozumiały, co się stało w Waszym małżeństwie?
Na pewno małe dziecko tego nie rozumie. To matka wyznacza azymut. Emocje matki są emocjami dziecka. Dlatego trzeba uważać na własne reakcje. Dzieci nie powinny patrzeć na huśtawkę uczuciową.

– Pani jednak trzymała zawsze „twarz”, jak pamiętam.
Jeśli nawiązuje pani do rozpadu mojego małżeństwa, to uważam, że nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Mimo że jestem bardzo emocjonalną Rybą, to w pewnych sytuacjach staję się Rybą zimną, nie rozklejam się, nie rozpamiętuję. Stało się, trudno, idziemy do przodu. Rozpad jakiegokolwiek związku czy też układu między ludźmi to załamanie świata wartości, który sobie kiedyś stworzyliśmy. Cała trudność polega na tym, w jaki sposób formować potem świat wartości dziecka, jak mu powiedzieć, że to, w co wierzyliśmy, przestało istnieć.

– Trzeba dużej mądrości, żeby nie wciągać dzieci w rozgrywki między dorosłymi.
Kiedy bajka przestaje nią być, dziecko traci swoją słodką naiwność, czyli to, co powinno zachować jak najdłużej. Moje córki weszły w dorosłe życie za wcześnie. I to mnie boli. Ale myślę, że nieźle sobie radzimy. Wróciłam trochę do takiego życia, jak dawniej. Muszę wszystko obliczać z ołówkiem w ręku.

– Chodzi o pieniądze?
Również. Pierwszy raz od wielu lat nie wyjechałam latem za granicę. Pojechałyśmy na Mazury i moje córki powiedziały, że to były najwspanialsze wakacje. Nie tęskniłam wcale za słońcem greckich wysp.

– Policzmy więc Pani aktywa – te niematerialne.
Mam samodzielność, odzyskałam wiarę w siebie i swoje możliwości.

– A straciła Pani?
Były takie okresy, gdy ta wiara w siebie nie była mi specjalnie potrzebna. Na pewno jednak nie czuję się gorsza jako kobieta samotna. Jestem zapraszana przez znajomych. Wielu ludzi pyta mnie, czy już jestem otwarta na nowy związek. A ja się przecież nigdy nie zamknęłam.

– Nawet jakieś zdjęcia zostały opublikowane: Pani i zarys mężczyzny.
Byliśmy we trójkę, z moją przyjaciółką. Przyjaciółkę odcięli. Różnych śmiesznych rzeczy można się o sobie dowiedzieć.

– Podoba się Pani teraz sobie?
Nie jestem w sobie zakochana, ale dobrze się czuję w swojej skórze. Są chwile, kiedy się sobie nawet podobam. I właściwie niczego się nie boję. Chciałabym tylko móc poświęcić sobie więcej czasu. Żebym nie musiała ciągle patrzeć na zegarek.

– Powiedziała Pani w jednym z wywiadów, że zamknęła poprzednie życie. Udaje się całkiem zatrzasnąć za czymś drzwi?
Nie. Życie mam jedno. Po prostu skończył się pewien etap. Małżeństwo miało być portem w czasie burzy, a okazało się burzą w porcie. Tego nie da się wymazać. To dni, miesiące i lata doświadczeń, często wspaniałych. To 12 lat kształtowania mojej osobowości, poznawania ludzi. Kilka osób zmieniło bieg mojego życia o 180 stopni. Na korzyść.

– Doznała też Pani zawodów?
Doznałam. Są ludzie, którzy w moim sercu już nigdy nie znajdą miejsca, co nie znaczy, że skażę ich na banicję. Po prostu nie odzyskają mojego zaufania. Ja lubię dobrze żyć ze wszystkimi i mieć naiwną wiarę w to, że jeśli ktoś okazuje mi swoją przyjaźń, życzliwość, to jest to szczere, bez udawania.

– To doświadczenie niektórzy nazywają dorastaniem. Nie da się chyba dorastać bezboleśnie?
Dorastamy wtedy, gdy już pora umierać. A niektórzy i wtedy nie. Gdy patrzę na mojego kolegę i partnera z programu w TVN Marcina Mellera, dochodzę do wniosku, że są egzemplarze, które nigdy nie dorosną, na szczęście. Meller dojrzały absolutnie nie wchodzi w rachubę (śmiech).

Rozmawiała Krystyna Pytlakowska
Zdjęcia Beata Wielgosz
Stylizacja Jola Czaja
Makijaż Sergiusz Osmański/Sephora
Fryzury Adam Szaro
Scenografia Ewa Iwańczuk
Produkcja Ewa Opalińska
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (47)
/12 lat temu
wyglada pani przeslicznie pani kingo,zycze wszelkiej pomyslnosci,zarowno w zyciu osoboistym jak i zawodowym.justyna ny
/13 lat temu
Powodzenia i dużo sukcesów dla pani Rusin-lis
/13 lat temu
SUPER BABKA TEN LIS to CHYBA ŚLEPY JEST TAKA FAJNA LASKA A SMOKTUNOWICZ TO OKROPNA BABA
POKAŻ KOMENTARZE (44)