Kate Winslet fot. ONS

Kate Winslet - Ta niegrzeczna Angielka

Wiek: 33 lata. Stan cywilny: mężatka. Dzieci: dwoje. Znak rozpoznawczy: zero pruderii.
/ 05.10.2009 11:03
Kate Winslet fot. ONS
Kate Winslet jest zawsze naga. Leży w wannie, siedzi na sedesie albo biega z biustem na wierzchu. Chciałabym tak dobrze czuć się w swoim ciele”, z zazdrością wzdycha Halle Berry. Eva Mendes chętnie podkradłaby jej jakąś rolę, ale niestety, za wysokie progi... Nicole Kidman otwiera oczy ze zdumienia, kiedy Kate z uśmiechem chwali się przed dziennikarzami zmarszczkami na czole i wokół ust.

Tak, Kate Winslet jest unikatowa. Nie chce się odchudzać. Nie chodzi na botoks. Nie ma prywatnego trenera, a siłownia według niej śmierdzi i nie chce spędzać tam popołudni. Od czasu „Titanica” zgarnia najlepsze, najbardziej wymagające role, chociaż nie należy do hollywoodzkiego światka. Od przyjęć woli rodzinne wieczory z mężem, amerykańskim reżyserem Samem Mendesem, i dwójką dzieci – Mią i Joe. Mieszkają trochę w Nowym Jorku, a trochę w Cottswolds pod Londynem. I co z tego? Do dobrej aktorki reżyserzy sami znajdą drogę. Kate ma dopiero 33 lata, a na swoim koncie pięć oscarowych nominacji. W  tym roku doszła jeszcze jedna – za rolę Hanny Schmitz w „Zaklinaczu słów”. A Kate nie wstydzi się tej odrobiny próżności i otwarcie przyznaje, że złota statuetka pana Oscara od dawna jej się marzy...

– Schudłaś.
Kate Winslet:
Ja? Wydaje ci się. To niemożliwe.

– Dlaczego?
Kate Winslet:
Bo uwielbiam jeść. Za chleb z masłem, tylko tak grubo posmarowany, dałabym się pokroić. W kuchni czasem sterczę godzinami. Kroję, siekam, robię dzieciom kanapki do szkoły. Gotowanie mnie relaksuje, a jedzenie daje ogromne poczucie szczęścia. Nie mogłabym się głodzić.

– Nie czujesz presji?
Kate Winslet:
Jakiej?

– Żeby być chudą. Prawie wszystkie aktorki są jak patyki, bo kamera dodaje kilogramów. O Tobie dziennikarze piszą, że jesteś krągła.
Kate Winslet:
Widzisz w tym coś złego?

– Ja nie, ale przypuszczam, że wiele Twoich koleżanek po takim przymiotniku wynajęłoby dietetyka i trenera, żeby zrzucić kilka kilogramów.
Kate Winslet:
Ale ja się świetnie czuję w swoim ciele i mam w nosie to, co myślą inni. Dieta nie jest w moim stylu. Nie chcę spełniać oczekiwań innych. Nie jestem konformistką. Nigdy nie byłam.

– To znaczy?
Kate Winslet:
Nie potrafię wpasować się w cudze wymagania. Nie głodzę się, bo kocham jeść, palę papierosy, bo lubię, klnę jak szewc, bo mnie to odpręża. OK, nie robię tego przy dzieciach, ale na pewno nie jestem delikatną i eteryczną kobietką. Nie potrafię rezygnować z siebie w imię „wyższego dobra”. I wiesz co? Jestem szczęśliwa, że mogę żyć tak, jak chcę, bez naginania się. Jest tyle kobiet, które nie mogą sobie na to pozwolić, bo są zbyt wrażliwe na opinie innych. Brakuje im wiary w siebie, żeby powiedzieć: „Pieprzę, co masz na ten temat do powiedzenia, chcę dzisiaj nosić właśnie tę sukienkę i mam w nosie, że tobie się nie podoba”. Oczywiście, to powierzchowny poziom, ale o to chodzi. W życiu musisz być w zgodzie głównie sama ze sobą.

– Ale to czasem trudne.
Kate Winslet:
Jak cholera. Ludzie uwielbiają wydawać krzywdzące opinie. Popatrz na to, co się dzieje w świecie celebrity. Ale kiedy wchodzisz w kompromis z samym sobą, powoli zaczynasz wariować.

– Skąd bierzesz siłę, żeby się temu przeciwstawić?
Kate Winslet:
Chyba od rodziców. To byli normalni ludzie, mocno osadzeni w rzeczywistości. Nigdy nie mieliśmy pieniędzy. Byliśmy rodziną aktorów, którzy walczą o każdy grosz. A mimo to i mama, i tata za  każdym razem, kiedy miałam kolejny szalony pomysł, powtarzali: „Rób to, pewnie, czemu nie. A nawet jeśli ci się nie uda, to co? Nie dowiesz się, jeśli nie spróbujesz”.


– To rzadkie u rodziców.
Kate Winslet:
Wiem. Kiedy ja i moja siostra stwierdziłyśmy, że chcemy być aktorkami, ojciec powiedział tylko: „OK, jeśli to rzeczywiście jest coś, o czym marzycie. Ale wiedzcie, że łatwo nie będzie. Możecie się nie załapać”. Ale to on woził nas na castingi. Kiedy marudziłam, że nigdy nie dostanę tej roli, bo jestem za gruba, za brzydka, pocieszał mnie: „Uspokój się, co ty gadasz, nie po to tu przyszłaś. Masz zdobyć nowe doświadczenie, poznać ludzi. Baw się tym. Nie ma znaczenia, co z tego wyniknie!”. I wiesz co? Postawa „nie masz nic do stracenia” towarzyszy mi do tej pory. Aha, i jeszcze jego słowa: „Tylko nie staraj się być jak ta dziewczyna za tobą. Bądź sobą!”. I tak mi zostało.

– Właśnie tego uczysz swoje dzieci?
Kate Winslet:
Dokładnie tak. Takie wsparcie to najlepsze, co można im dać.

– Jesteś zajętą mamą. W tym roku wchodzą dwa filmy, w których grasz główne role – „Droga do szczęścia” i „Zaklinacz słów”. Co się dzieje z dziećmi, kiedy znikasz z domu?
Kate Winslet:
Nie jest tak źle, jak piszą gazety. Nie znikam na wiele tygodni. Pewnie mam więcej czasu niż ty. „Bardzo zajęta” oznacza, że miałam krótką przerwę między tymi filmami. Jakieś siedem miesięcy. Dla mnie to mało. Zazwyczaj potrzebuję około roku, żeby się zregenerować po roli. A propos znikania – na planie „Drogi do szczęścia” byliśmy wszyscy razem w Connecticut. Sam, bo przecież jest reżyserem filmu, ja i dzieci – Mia i Joe.

– Ale „Zaklinacza słów” kręciłaś w Niemczech...
Kate Winslet:
To było wyzwanie! Przecież nie mogę zabrać dzieci ze szkoły i pojechać z nimi na plan. Mają swoich przyjaciół, codzienność, to by było nie fair. Nie mogłam też zniknąć z domu na trzy miesiące. Powiedziałam jasno producentom, że muszą pomóc mi w organizacji pracy.

– I jak to wyglądało?
Kate Winslet:
Wyjeżdżałam na dwa tygodnie. Potem Sam przylatywał z dziećmi na kolejne dwa albo zostawiał dzieci i wracał do pracy. Potem zabierałam je do Nowego Jorku, bo przecież nie mogą lecieć same. Wracałam następnego dnia i prosto z samolotu szłam na plan zdjęciowy. Dobrze, że musiałam wyglądać na zmęczoną! Oszczędziłam makijażystce charakteryzacji. Dwa tygodnie to na razie nasze najdłuższe rozstanie. Potem mieliśmy dwumiesięczną przerwę w pracy, a następnie zaczęły się wakacje i Mia i Joe mogli spokojnie jechać ze mną do Kolonii. Szczerze mówiąc, w czasie tych rozstań dzieciaki trzymały się dzielnie. To ja cierpiałam z tęsknoty i zastanawiałam się, czy mają dobre kanapki w szkole, umyły zęby, przeczytały lektury... Jak wyjeżdżam, wszędzie zostawiam małe karteczki z notatkami, o czym mają pamiętać.

– Jesteś bardzo systematyczna.
Kate Winslet:
Dzieci muszą wiedzieć, co się ze mną dzieje, kiedy nie ma mnie w domu. Nawet jeśli są to tylko dwa dni, w czasie których udzielam wywiadów. Potrzebują codziennej rutyny, potrzebują wiedzieć, o której jest obiad, o której powinny iść spać. Wtedy czują się bezpiecznie.

– „Droga do szczęścia” to film o tym, jakie koszmary fundują sobie ludzie, trwając w nieszczęśliwych związkach. Czy po roli w takim filmie wierzysz jeszcze w sens małżeństwa?
Kate Winslet:
Pewnie, że tak. Ale ja jestem szczęśliwa z Samem. April, moja bohaterka, czuje się jak w pułapce, bo jej małżeństwo, praca nie spełniają jej oczekiwań. Nie ma też nadziei na zmianę.


– Czułaś się kiedyś jak w pułapce?
Kate Winslet:
Każdy z nas czasem tak się czuje, bo każdy przechodzi przez trudne momenty. Na tym polega życie i dochodzenie do tego, kim się jest.

– Trzeba przejść przez ból, żeby być szczęśliwym?
Kate Winslet:
Musisz wiedzieć, kim jesteś i czego pragniesz w życiu. Jeśli tego nie wiesz, ciągle gonisz za jakimiś namiastkami szczęścia, szukasz nie tam, gdzie trzeba.

– A Ciebie małżeństwo z Samem uszczęśliwia?
Kate Winslet:
Jak cholera! Lubię, jak ktoś się mną zajmuje. I nie myślę tu o drogich prezentach, diamentowych pierścionkach czy wystawnych kolacjach w ekskluzywnych restauracjach. Lubię, kiedy ktoś przygotuje mi ciepłą kąpiel albo zabierze mnie na piwo do pubu. Uwielbiam letnie wypady za miasto na piknik, wielkie rodzinne zgromadzenia. I to wszystko daje mi Sam.

– Po raz pierwszy pracowaliście razem. Mówi się, że to może być niebezpieczne dla związku.
Kate Winslet:
Serio? Dla mnie to był ostatni brakujący element naszej układanki. Praca z Samem przyniosła mi spełnienie. Wreszcie na własnej skórze mogłam się przekonać, jaki jest w pracy. To było dla mnie jak poznawanie nowego człowieka.

– Spodobał Ci się ten nowy facet?
Kate Winslet:
Bardzo. Obydwoje umocniliśmy się w przekonaniu, że jest nam dobrze, bo mamy siebie.

– W „Drodze do szczęścia” sporo się z Leonardo DiCaprio całujecie, kochacie na stole. Nie czułaś się głupio, wiedząc, że za kamerą stoi Twój mąż?
Kate Winslet:
Nie.

– Serio?
Kate Winslet:
Jestem bezwstydnicą. Wszyscy już się chyba przyzwyczaili, że jeśli ktoś biega nago na ekranie albo uprawia dziki seks, to musi to być Kate (śmiech). 

– Naprawdę się z Leo przyjaźnicie?
Kate Winslet:
Jeszcze od czasów „Titanica”. Moje dzieci mówią na niego „wujek Leo”. Na planie rozumiemy się bez słów. Między nami nie ma żadnych tabu, możemy zagrać wszystko i żadne z nas nie będzie czuło się głupio. To bardzo rzadkie, wręcz unikatowe. Od dawna czekaliśmy na propozycję, żeby móc znów zagrać razem. Ale chcieliśmy, żeby to było coś ekstra.

– W tym roku masz spore szanse na Oscara. Byłaś już nominowana pięć razy, ale nigdy nie dostałaś statuetki, chociaż o prawie każdej Twojej roli mówi się, że jest przynajmniej dobra.
Kate Winslet:
Mogę mówić o prawdziwym szczęściu, bo wraz z wiekiem – dziś mam 33 lata – dostaję coraz ciekawsze i bardziej wymagające role. Byłabym zupełnie usatysfakcjonowana, gdyby role takie jak April czy Hanny Schmitz z „Zaklinacza słów” przytrafiły mi się w ciągu całej kariery aktorskiej, a ja zagrałam je w ciągu jednego roku!

– Nie marzy Ci się Oscar?
Kate Winslet:
Pewnie, że tak. Jestem tylko człowiekiem. I jeśli ktoś chce w ten sposób docenić ciężką pracę i wysiłek, który włożyłeś w budowanie postaci, to oczywiście, że ma to ogromne znaczenie. A wśród ludzi, którzy przyznają Oscary, są tacy, których podziwiam i szanuję z całego serca. Nagroda otrzymana z rąk idoli ma jeszcze większe znaczenie.

– A jeśli znów się nie uda?
Kate Winslet:
No cóż, świat się nie zawali. Po prostu znów będę siedziała na widowni z tym dziwnym grymasem na twarzy, jak mocno rozczarowany ktoś, kto udaje, że nic się nie stało. Uf, nie cierpię tej miny...

Rozmawiała Anna Rączkowska