Kate Moss fot. ONS

Kate Moss nie chce do nieba

Kate Moss robiła wszystko, żeby zrujnować karierę. I co? Chociaż ma już 35 lat, wciąż króluje w świecie mody. Mimo krzywych nóg, nie najlepszej figury i cellulitu.
/ 05.05.2009 13:05
Kate Moss fot. ONS
Dopiero dziś naprawdę czuję się kobietą”, mówi Kate Moss i pokazuje się na okładce „NY Mag” bez retuszu. To jest coś! – krzyczy zadufany w sobie nowojorski świat mody. Oto Kate: 35 lat, wokół oczu pierwsze delikatne zmarszczki i te głębsze, całkiem dobrze już widoczne, prowadzące od nosa do ust. Piegi, krzywy nos i zęby. Na udach lekki cellulit. Na zdjęciach Kate udaje poważną, ale tak naprawdę śmieje się wszystkim w nos. Proszę, oto ja. Modelka wszech czasów. Ikona stylu. Taką też mnie kochacie?

„Jesteś w ciąży, Kate?”, krzyczą nagłówki gazet. „Nie, po prostu przytyłam parę kilogramów”, zżyma się i z dumą odsłania „otłuszczony” według niektórych brzuch i delikatnie zaokrąglone (jak na siebie!) biodra. „Za mało kokainy, która hamuje apetyt, proszę, napatrzcie się do woli”, zdaje się mówić jej nonszalancka mina. „Mnie taka sesja w niczym nie zaszkodzi, ale wam – może”, mówią jej półprzymknięte oczy. W ślady Kate natychmiast poszły inne gwiazdy. Na okładce kwietniowego francuskiego „Elle” – Monica Bellucci, Sophie Marceau i Eva Herzigova. Tak samo – bez specjalnego makijażu, bez retuszu, bez nadmiernej stylizacji. Ale co wolno wojewodzie... Nie każdy może wszystko. Sesją w „NY Mag” Kate promowała najnowszą kolekcję dla Topshopu, który właśnie otworzył swój pierwszy sklep na Manhattanie. Mówiono o niej przynajmniej przez tydzień. Jak na Nowy Jork, to bardzo, bardzo długo.

Kate królowa

Minęło 20 lat od czasu, kiedy Kate Moss została wyłowiona przez agentkę Storm Model na nowojorskim lotnisku JFK. Miała 14 lat i razem z rodzicami wracała właśnie z wakacji. Nowy Jork był tylko portem przesiadkowym. Moss pochodzi z Wielkiej Brytanii. Rok później jej twarz po raz pierwszy pokazano na okładce magazynu „The Face”. Niedługo potem podpisała kontrakt z Calvinem Kleinem. I co? Minęło tyle lat, a Kate wciąż jest na topie. Wciąż w pierwszej trójce najlepiej zarabiających modelek na świecie. Tylko w ubiegłym roku zarobiła osiem milionów dolarów. Claudia Schiffer, Cindy Crawford czy Linda Evangelista – supermodelki, które były na szczycie, kiedy zaczynała Kate, i wydawało się, że nigdy z niego nie zejdą, nie łapią się nawet do pierwszej dziesiątki. Zestarzały się. Nie, nie fizycznie. Wciąż są piękne, zgrabne, zadbane. I takie z pewnością będą jeszcze długo – wiedzą, jak zatrzymać młodość. Ale są nudne! Z dziećmi, mężami, wakacjami spędzanymi na ekskluzywnych jachtach przyjaciół. Z ciągłymi wydumanymi organicznymi dietami i systemami ćwiczeń, które mają zapewnić im zdrowie i urodę. Z wywiadami, w których opowiadają, jak odnalazły się w roli matki, żony, kochanki i jak zrozumiały, co w życiu jest naprawdę ważne. Stały się przewidywalne – największa wada w show-biznesie. Ale nie Kate Moss, która milczy, bo nie cierpi wywiadów. Nie chwali się, nie żali i nie skarży. Nikomu z niczego nie tłumaczy i do nikogo nie należy. Nie stosuje diet. Nie pije wody z cytryną tuż po przebudzeniu. Nie ćwiczy. Za to pali papierosy, pije alkohol i bawi się do rana. Czyli robi wszystko, co jest zakazane w świecie modelingu.


Kate ścierka
Cztery lata temu niektórzy z satysfakcją obwieszczali jej koniec. W sali prób zespołu swojego ówczesnego chłopaka, Pete’a Doherty’ego, Kate została przyłapana na wciąganiu kokainy. Niby nic, każdy wie, że współczesny świat mody kokainą stoi, bo ten narkotyk zabija głód i pozwala przez wiele godzin nie czuć zmęczenia. Ale co innego szeptana tajemnica, a co innego zdjęcia, na których widać wszystko jak na dłoni. Kate znalazła się na cenzurowanym. H&M, Chanel i Burberry natychmiast rozwiązały z nią kontrakty. Moss trochę się wtedy wystraszyła. Wystosowała publiczne przeprosiny, zerwała z Pete’em i na kilka tygodni dała się zamknąć w klinice odwykowej w Arizonie. Ale to był tylko wybieg. Podstęp, który pozwolił „zmylić wroga”. Ze świata mody, z którego nagle zniknęła, powiało jedną wielką nudą. Spadła sprzedaż branżowej prasy i luksusowych produktów, które wcześniej reklamowała właśnie Kate. A ci, którym brakowało dobrego PR-u, nagle stanęli po jej stronie. Naomi Campbell, Helena Christensen, nawet diwa francuskiego kina Catherine Deneuve i były chłopak Kate Johnny Depp. „Kochamy cię, Kate”, napisał sobie na koszulce Alexander McQueen i tak wystąpił na jednym ze swoich pokazów. Nikt nie był w stanie zapełnić pustki po pannie Moss. I tak oto 12 miesięcy później Kate wróciła z wygnania. Z 18 nowymi kontraktami! Była twarzą marek Rimmel, Dior, Louis Vuitton, Roberto Cavalli, Agent Provocateur, Stella McCartney, Versace... Kiedy otworzy się „Vogue’a” czy „Har≠per’s Bazaar” z 2006/07 roku, twarz Kate patrzy na nas z co trzeciej reklamy! Jej zarobki podskoczyły o kilka milionów. Magazyn „W”, którego od lat jest muzą, poświęcił jej dziewięć okładek jednego tylko numeru! Reszta magazynów grzecznie prześcigała się w propozycjach fantastycznej współpracy. Nawet Anna Wintour, naczelna amerykańskiego „Vogue’a”, podniosła słuchawkę telefonu, żeby osobiście zaprosić Kate do udziału w modowej sesji. Dziś Kate ma na koncie 27 okładek samego tylko brytyjskiego „Vogue’a”. Gigantyczna porażka została przekuta w sukces, którego nie spodziewała się nawet ona sama. Świat ścielił jej się u stóp.

Kate groupie
Ale im lepiej Kate radzi sobie w pracy, tym gorzej na prywatnym gruncie. Tylko kto ustala kryteria lepiej–gorzej? Nigdy nie miała szczęścia do spokojnych, dojrzałych związków, ale może po prostu nigdy takich nie pragnęła? Jedynym odpowiedzialnym facetem w jej życiu był Jefferson Hack, były naczelny „Dazed & Confuzed”. Może to właśnie dlatego z nim ma dziecko, siedmioletnią dziś Lily-Rose? Kate jest pewna, że jeśli cokolwiek jej się stanie, Jefferson poradzi sobie z wychowaniem córki. Może nawet lepiej niż ona sama? Kto wie, jak skończy Kate? Jak może skończyć ktoś, kto całym życiem sprzyja maksymie „żyj szybko, kochaj mocno, umieraj młodo”? Ja dodałabym jeszcze: „I używaj wszystkiego, co człowiek stworzył, żeby się bawić”.


Kate kocha rocka. I chłopaków rocka. Ze wszystkimi ich wadami i nałogami. Media już nieraz ochrzciły ją pierwszą brytyjską groupie. Ale stanie pod sceną i wpatrywanie się rozmarzonym wzrokiem w wokalistę nie jest w jej stylu. Ma wstęp na backstage zastrzeżony tylko dla artystów po koncercie. Rzadko kto jej odmawia. Ostatnio chyba chłopcy z Muse, ale zdaje się, że z czystej złośliwości. Aktualnemu chłopakowi, Jamiemu Hince’owi, liderowi grupy The Kills, oświadczyła się ponoć już po pierwszej wspólnie spędzonej nocy. Jej związek z Pete’em Dohertym, ówczesnym gitarzystą i wokalistą Babyshambles, nie schodził z pierwszych stron gazet przez trzy lata. Miłość modelki i narkomana porównywano do toksycznej miłości Sida Viciousa z Sex Pistols i Nancy i nawet przyjaciele Kate bali się, że mogą skończyć tak jak oni, czyli zaćpać się na śmierć. Na szczęście  Kate w końcu zrozumiała, że Pete to pasożyt, który potrzebował jej głównie po to, by ratowała go z narkotykowych opresji. Ma wybitne skłonności do trudnych związków, jakby zwykłe, proste szczęście wybitnie ją nudziło. Romans z Johnnym Deppem też mógł kosztować ją życie. Po rozstaniu z aktorem, które kosztowało ją kilka tysięcy dolarów, bo w kłótni doszczętnie zdemolowali hotelowy pokój, od razu zgłosiła się do kliniki. Oficjalnie z powodu wyczerpania i depresji. Nieoficjalnie – żeby stanąć na nogi, musiała odstawić wszystkie używki, których ona i Johnny potrzebowali, aby jakoś utrzymać związek. Po tej przygodzie Johnny związał się z Vanessą Paradis i dziś jest przykładnym ojcem i dojrzałym partnerem. A Kate? Niczego się nie nauczyła. I chociaż jej najbliższa przyjaciółka, Sadie Frost, uważa że Jamie Hince jest wspaniałym mężczyzną, ona sama zdaje się tego nie potwierdzać. Spokojny, ułożony, bez nałogów? Gra co prawda w kapeli, ale ewidentnie marzy o stabilizacji. I tutaj ich ścieżki się rozchodzą. Z ostatnich wakacji znów wrócili oddzielnie.

Kate ikona
„Grzeczne dziewczynki idą do nieba, niegrzeczne – tam, gdzie chcą”. Kate na pewno należy do tej drugiej grupy. Gdzie dojdzie? Pewnie sama jeszcze tego nie wie, ale właśnie za to kochają ją kobiety. Tak, właśnie one. Nigdy nie była idolką heteroseksualnych mężczyzn. Za chuda, za brzydka. Za bardzo niebanalna. Nie ma ani pięknych włosów, ani biustu, ani jędrnego ciała. Na ulicy trudno wyłowić ją z tłumu. Jej niesamowity magnetyzm wychodzi dopiero na zdjęciach. Mężczyźni wolą Cindy Crawford. Albo przynajmniej Naomi Campbell, „apetyczną czekoladkę”. A kogo kręci Kate? Niechcący stała się idolką współczesnych dziewcząt. Jest symbolem niezależności i siły. Bo żyje tak, jak chce, i nie dba o wizerunek. Bo kiedy zaczynała, miała przeciwko sobie wszystkich, a to właśnie jej się udało. Okrzyknięto ją „antymodelką”, zarzucano, że promuje niezdrowy, „heroinowy szyk”. I chociaż wszyscy wciąż czekają na każde jej potknięcie, ona nic sobie z tego nie robi. Upada, potem wstaje i za każdym razem okazuje się, że jest jeszcze bardziej pożądana. Dziewczyny ją uwielbiają, bo jak nikt inny zna się na modzie i każda szmatka wygląda na niej olśniewająco. Bo wystarczy obejrzeć kilka jej zdjęć, żeby wiedzieć, co będzie modne w przyszłym sezonie. Wytycza trendy. Skąpe szorty, wąskie rurki, dżinsowe kamizelki, rzymskie sandałki zawdzięczamy właśnie jej. A poza tym, co bardzo rzadkie w show-biznesie, Kate nigdy nie chciała być gwiazdą. W zupełności wystarcza jej rola modelki. To dlatego nie lubi dziennikarzy, wywiadów, lifestyle’owych magazynów, które chciałyby zobaczyć, jak wygląda jej dzień. Ona nie chce się tym dzielić. Nie ma swoim fanom nic do powiedzenia. Nie chce być wyrocznią w żadnej sprawie, wypowiadać na temat głodu na świecie czy sytuacji w Darfurze. Chce być... modą. I niech tak zostanie.

Anna Rączkowska / Viva
Tagi: Kate Moss