Katarzyna i Marek Kamińscy

Opowiadają po raz pierwszy o swojej miłości i o tym, jakimi są rodzicami.
/ 16.03.2006 16:57
Słynny podróżnik i biznesmen zakochał się w kobiecie swojego życia na gorącej wyspie Rodos. Zdobyli razem biegun północny, teraz kolejne wyzwanie: wychowanie córki Poli.

Kiedy spotkaliśmy się rok temu, w sierpniu, nic nie powiedzieliście, że Kasia jest w ciąży. Żeby nie zapeszyć?
Marek Kamiński: Ale napomknęliśmy, że mamy pewną tajemnicę, o której powiemy za jakiś czas.
Katarzyna Kamińska: Bo to było dla nas samych jeszcze czymś bardzo nowym. Musieliśmy się do tej myśli przyzwyczaić.
M. K.: Ja sam wiedziałem o tym od niedawna.

- Jak mówi się mężczyźnie, że zostanie ojcem?
M. K.: Spacerowaliśmy po Sopocie i zwierzyłem się Kasi, że mam taki pomysł, żeby z Jasiem Melą wybrać się na Antarktydę. A Kasia jakoś dziwnie posmutniała. Ale jeszcze nic mi nie powiedziała.
K. K.: Powiedziałam mu dopiero w domu.
M. K.: Jak wróciliśmy, Kasia usiadła przy stole, popatrzyła na mnie i mówi, że będziemy mieli dziecko. To było niesamowite.

- Jaka była Pana pierwsza myśl?
M. K.: Czy iść na tę Antarktydę.
K. K.: Bałam się zostać sama i powiedziałam o tym Markowi. Ale potem doszliśmy do wniosku, że nie powinien rezygnować. Niech idzie.
M. K.: Przedyskutowaliśmy to. Zgodziliśmy się oboje, że ten miesiąc szybko zleci. I że nie ma prawa wydarzyć się nic złego. I że koniecznie muszę wrócić na poród.
K. K.: W sumie nie chciałam, żeby Marek zmieniał swoje plany. Pragnęłam, żeby dokończył wyprawę, którą zaczął planować dwa lata wcześniej. By jego projekty miały swój ciąg.
M. K.: A potem cały wrzesień spędziliśmy w domku na Kaszubach. Kasia malowała obrazy, ja pisałem książkę. I rozmawialiśmy o tym, jakimi będziemy rodzicami.
K. K.: Nie wybiegaliśmy myślami za daleko w przyszłość. Jeśli na czymś mi zależało, to głównie na tym, żeby Marek zdążył wrócić na poród.
M. K.: Chciałem być przy Kasi wtedy. Bardzo.


- I zdążył Pan.
M. K.: Zdążyłem. Pierwsze trzy godziny życia Poli spędziłem z nią. Nie oddałbym za nic tego wzruszenia, kiedy popatrzyła na mnie uważnie i uśmiechnęła się.
K. K.: Marek powiedział, że pojawiła się jakby z kosmosu.
M. K.: Bo tak to poczułem - nie było i nagle jest. (Uśmiech).

- Kto wybrał imię?
M. K.: Ja. Od razu dla córki. Pola to takie imię symboliczne. Kojarzy się trochę z biegunami - po angielsku "pole", a trochę z Polską.
K. K.: Od razu mi się spodobało, no bo była Pola Negri, Pola Raksa jest. Marusię wszyscy lubili.
M. K.: Zastanawialiśmy się, czy nie powinna być Pola Natasza, ale w końcu została sama Pola.

- Wiedzieliście, że to będzie córka?
M. K.: Do końca pozostało to dla nas tajemnicą.
K. K.: Tak jest chyba lepiej.
M. K.: Chciałem, żeby to była dziewczynka. Lekarz, który odbierał poród, nasz dobry znajomy, tuż przed przyjściem Poli na świat zapytał: "No, kogo chcecie - syna czy córkę?" Powiedziałem, że wszyscy stawiają na syna, ale ja wolałbym córkę i że imię mamy wybrane dla córki.
K. K.: A on zażartował: "To już następnym razem".
M. K.: No, ale mieliśmy szczęście. Trafiliśmy od razu w dziesiątkę. Mój kolega trzy razy celował, za każdym razem rodził się syn. A chciał dziewczynkę.

- Szczęście w ogóle Wam sprzyja. Przede wszystkim chyba już to, że się w ogóle odnaleźliście. Nie tak łatwo o żonę dla "szalonego" podróżnika?
M. K.: Poznaliśmy się na Rodos. Już to mówi za siebie.
K. K.: Poznawałam wtedy Grecję dzięki siostrze Ewie, która była tam pilotem.
M. K.: Ja też byłem z siostrą Ewą.
K. K.: Mieliśmy więc już coś wspólnego: siostry Ewy.
M. K.: To był 1997 rok.


- Siedem lat przed ślubem. Magiczna cyfra?
M. K.: Wystarczająca, żeby się lepiej poznać. Pójść razem na wyprawę. I to niejedną.
K. K.: Razem z Markiem uczyłam się nurkować w Morzu Czerwonym, przemierzałam lodowe przestrzenie, wspinałam się po skałach, dotarłam nawet do źródeł Amazonki.
M. K.: Czasami jednak było mi przykro, że mężczyźni nie zauważają kobiet na takich wyprawach, myślą tylko o sobie i widzą tylko siebie. A przecież Kasia była pierwszą Polką na biegunie północnym.

- Miała Pani odwagę wejść w ten męski świat?
K. K.: Tak. I nie żałuję. Było niezwykle.
M. K.: Myślę, że zdobyła doświadczenie w pokonywaniu trudności. Człowiek czuje, że coś jest trudne, ale że może to zrobić, bo nie przerasta to jego możliwości.
K. K.: Świat wypraw mnie wciągnął. Dzięki podróżom dowiadujemy się wiele o nas samych.
M. K.: Ja nie odważyłbym się na przykład startować w konkursie tańca.
K. K.: Ale może jeszcze kiedyś razem zatańczymy tango.

- Jaki okazał się ten świat przypisywany głównie facetom?
K. K.: Zaskakujący.
M. K.: Ja bym nie dzielił go na męski i kobiecy, chociaż natura płci na pewno się różni. Dla kobiety ważniejsze jest poczucie bezpieczeństwa, stałość, dom. Natomiast mężczyźni lubią wyzwania, trudno usiedzieć im w jednym miejscu. Ale są kobiety, które też się wspinają.
K. K.: Tylko że ja wcześniej nie wspinałam się wyczynowo.
M. K.: Wiedziałem, że jest odważna. Jeszcze tam, na Rodos, popłynęliśmy daleko w morze. Poznaliśmy się na dzień przed wyjazdem. Najpierw przejechaliśmy się motocyklem, a potem popłynęliśmy daleko w morze.


- Chciał Pan Kasię przetestować?
M. K.: Nie. Motocykl i tak chciałem wypożyczyć i pojeździć sobie.
K. K.: Gdyby mnie wtedy siostra nie poprosiła i nie zeszłabym na dół, pewnie jeździłby sam.
M. K.: Siedziałem wieczorem z siostrą Kasi i z innymi Polakami. Zaprosiła mnie, żeby trochę pogawędzić. I nagle pojawiła się Kasia. Podobno dość długo się opierała, żeby zejść do nas. Tyle się wydarzyło od tamtej pory, ale ten moment dobrze pamiętamy.
K. K.: Poznawaliśmy się powoli. Nie jestem kobietą, która rzuca się mężczyźnie na szyję.
M. K.: Jestem bardziej naturalny. A Kasia zachowuje dystans.

- Czy to był Pani pomysł, by wziąć udział w wyprawie z Markiem?
K. K.: To Markowi przyszło do głowy. Nie odważyłabym się tego wymyślić i zaproponować.
M. K.: W 1999 roku wybierałem się do źródeł Amazonki. Spytałem Kasię, czy jest zainteresowana...
K. K.: Nie musiał mnie za długo przekonywać. Chodzenie po górach fascynuje mnie.
M. K.: Myślałem, że to będzie jedna z lżejszych wypraw. Ale okazała się bardzo trudna.
K. K.: Jedna osoba o mało nie zmarła.
M. K.: I to znany podróżnik. Dopadła go choroba wysokogórska. Bardzo spadło mu ciśnienie i tętno krwi. Na szczęście było z nami dwóch lekarzy i mieli tlen. Mogli zrobić reanimację.
K. K.: Byliśmy na wysokości około sześciu tysięcy metrów. Pamiętam, że było bardzo zimno.
M. K.: W nocy temperatura spadła do minus 28 stopni. Kasia była tam jedyną kobietą.
K. K.: I chyba nie wszyscy zaakceptowali to, że tam byłam. Może nawet nie chcieli, żebym sobie poradziła. A ja dość ciężko to znosiłam. Ale potem, po powrocie, okazało się, że nie byłam do końca zdrowa. Trafiłam na stół operacyjny.
M. K.: Wówczas jednak o tym nie wiedzieliśmy. Było, minęło. A na okres rekonwalescencji zabrałem Kasię na drugą wyprawę - na Kilimandżaro. Potem weszliśmy na biegun północny.
K. K.: Mój lekarz, kiedy usłyszał, że tam idziemy, złapał się za głowę. "Można spróbować - powiedział - tylko nie wiadomo, jak się to skończy".
M. K.: Kasia doskonale daje sobie radę, jeśli chodzi o wspinanie się. W ogóle nie ma lęku wysokości. Na 300-metrowych ścianach robi to bez asekuracji.


- Dlatego, żeby Markowi zaimponować?
K. K.: Nie. Imponować to mogłam wcześniej. Ale po dwóch latach? Kiedy poznaliśmy się już dobrze? Po prostu lubię wysokie góry. To nie był dla mnie żaden przymus.
M. K.: My w ogóle lubimy to samo. Mamy na przykład kajak i pływamy nim na Kaszubach.
K. K.: Lubimy czynnie wypoczywać. On nie musi mnie do niczego namawiać, przekonywać.
M. K.: Może dlatego się znaleźliśmy.

- Kiedy się kogoś kocha, chce się uczestniczyć w jego życiu?
K. K.: Chyba tak. I na pewno łatwiej znosić różne trudy. Wcześniej, zanim zaczęłam chodzić na wyprawy z Markiem, po prostu zwyczajnie studiowałam w Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi.
M. K.: Kasia jest malarką. Chcę ją namówić, żeby wróciła do malowania.
K. K.: No, teraz to na pewno nie. Pola zajmuje cały mój czas.

- Ale chyba niełatwo być z człowiekiem, który ma taką pasję?
K. K.: Niełatwo. Ale z kim jest łatwo?
M. K.: Życie jest podróżą.
K. K.: Nie chciałam być kobietą, która tylko wciąż czeka.

- Może łatwiej byłoby, gdyby kolekcjonował zegary?
K. K.: To dopiero byłoby trudno.
M. K.: Kasi wujek kolekcjonował zegary. Zebrał ich 300. 30 takich, które same biły.
K. K.: Być z podróżnikiem naprawdę nie jest tak źle.
M. K.: Wyprawy to fajny sposób na życie. Naturalny.
K. K.: Pamiętam, jak leżałam na szpitalnym łóżku, w 2000 roku, słaba jeszcze po narkozie, a Marek mówi: "Nie przejmuj się, pojedziemy na Kilimandżaro".
M. K.: Chciałem ją pocieszyć, bo tamta operacja spowodowała wyczerpanie organizmu. I Kasia się ucieszyła: "Zawsze chciałam pójść na Kilimandżaro".
K. K.: Chociaż na początku wydawało mi się to niemożliwe, byłam bardzo słaba. A potem zaczęłam rzeczywiście bardzo chcieć.


- Co jest najtrudniejsze na takiej wyprawie?
M. K.: Trzeba się umieć dogadywać. To nie miejsce na jakieś spory.
K. K.: Muszą być dobre relacje między ludźmi, wszystkimi uczestnikami wyprawy.
M. K.: Na wyprawach wychodzą na jaw wszystkie ukryte cechy. Kto jest słabszy, kto silniejszy. A nie chodzi o to, żeby udowadniać, że ktoś był lepszy czy gorszy. Tylko żeby był zespół i wszyscy się wspierali. Kasia pisała też o tym w pamiętniku.
K. K.: Tak. Głównie pisałam o tym, że było zimno. Chciałam potem popatrzeć na to z boku, zapamiętać wszystko.
M. K.: Najważniejsza jest sama droga. Nie moment triumfu: wszedłem, jestem tutaj. Tylko pokonywanie siebie podczas wspinaczki.
K. K.: Ale jak się już wejdzie, to wspaniałe uczucie.
M. K.: Kiedy wędrowaliśmy razem na biegun północny, było rzeczywiście bardzo zimno - minus 30 stopni, silny wiatr, a pod nogami Ocean Atlantycki - cztery tysiące metrów głębokości, Kasi ciągle marzły stopy. Rozcierałem je. Ale się nie skarżyła.
K. K.: Co pomogą skargi? Staram się nie poddawać. Zawsze wierzę, że będzie dobrze.

- Nawet czekając na Marka, gdy idzie sam?
K. K.: Wiem, że on nie naraża się bezsensownie, nie udowadnia nic nikomu. On jest sobą po prostu. Minimalizuje ryzyko i ma duże doświadczenie. Zawsze o tym pamiętam. Poza tym widziałam go podczas wyprawy.
M. K.: A Kasia zaskoczyła mnie, że potrafi tak precyzyjnie myśleć i dać sobie radę w tak różnych sytuacjach. Przeważnie ludzie myślą, że kobieta na wyprawie to bez sensu.


- Zabrał Pan ją, żeby się wciągnęła w to, co Pan robi?
M. K.: Nie, chciałem, żeby po prostu zobaczyła, spróbowała.
K. K.: Sama chciałam zobaczyć, jak to jest.
M. K.: Pomyślałem, że jak jesteśmy razem, to dlaczego nie mamy też razem podróżować?
K. K.: Może od tej pierwszej wyprawy zaczęło się nasze prawdziwe wspólne życie? Nie takie, że jest jego i moje. I że ja czekam, a on żyje, jak chce, jak lubi. Chcieliśmy iść tą samą drogą.

- Co Was w sobie przyciągnęło najbardziej?
K. K.: Nie wiem. Nigdy tego nie wiedziałam do końca.
M. K.: Coś nieokreślonego. Myślę, że nie pora jeszcze na analizy. Nie umiem nazwać słowami, dlaczego zakochałem się w Kasi. Nie pamiętam.
K. K.: To ja też powiem, że nie pamiętam (śmiech). W każdym razie Marek bardzo się zmienił, odkąd jesteśmy razem. Kiedyś nie potrafił w ogóle mówić słowa "kocham".
M. K.: Widzisz, jak na mnie dobrze działasz?
K. K.: Nauczył się też przynosić do domu świeże bułki.
M. K.: Bardzo też rozwinęliśmy się kulinarnie. Kasia robi świetne sushi.
K. K.: Kiedy wyjeżdżamy, bardzo lubimy poznawać najpierw kuchnię danego kraju.
M. K.: Ale jak Kasia coś ugotuje, robi mi się tak błogo.
K. K.: Teraz nie bardzo mam czas na gotowanie. To Pola dyktuje nasz rozkład dnia.


- Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do czasów sprzed Poli. Oświadczyny, ślub... Czemu nie na Kilimandżaro, jak przystało na podróżników?
M. K.: Mieliśmy się pobrać właśnie na Kilimandżaro albo na górze Mont Kenia. Nawet rozmawiałem z księdzem, który mógłby nam tam udzielić ślubu. Ale w końcu stwierdziliśmy, że powinniśmy być w tym dniu z przyjaciółmi.
K. K.: Na szczycie bylibyśmy sami i byłoby smutno.
M. K.: A tak to świętowaliśmy nasz ślub z wieloma osobami. Przyjechali nawet nasi znajomi polarnicy z Norwegii. Dostaliśmy dużo prezentów. Ale najważniejsze, że byliśmy razem.

- A jak Marek się Pani oświadczył?
K. K.: On się ciągle oświadczał. Umie to robić.
M. K.: W końcu się zgodziła. Zaręczyliśmy się najpierw w takim fajnym miejscu w Sopocie.
K. K.: Było romantycznie.

- Odkąd jest Pola, czujecie, że jesteście prawdziwą rodziną?
M. K.: Wcześniej też się tak czuliśmy. Nie planowaliśmy, że Pola pojawi się akurat na tym etapie naszego życia.
K. K.: Nasze życie pewnie nie ulegnie wielkiej zmianie. Marek będzie nadal chodził na wyprawy.
M. K.: Będziemy na nie zabierać Polę. Kiedy miała kilka tygodni, pojechaliśmy z nią na Hel. Jej pierwsza podróż. Zachowywała się wspaniale. A moje życie zmieniło się o tyle, że staram się zdążyć co wieczór na kąpiel. Kąpiemy Polę wspólnie.
K. K.: Staramy się robić wspólnie wiele rzeczy. Poczynając od porodu. Zastanawiałam się, czy Marek powinien w nim uczestniczyć. Nigdy nie wiadomo do końca, jak mężczyzna zareaguje. Ale w sumie to stało się dla mnie bardzo ważne, żeby jednak był przy mnie. Przy nas. Kiedy pomyślałam, że może nie wrócić na czas z wyprawy, poczułam się bardzo nieswojo.
M. K.: Miałem naszą Polę na rękach wcześniej niż Kasia, ale to ona pierwsza ją pocałowała.


- Pełnia szczęścia?
M. K.: Muszę pochwalić się Kasią. Kiedy wyruszyłem na wyprawę z Jasiem Melą, zrobiła wielki remont naszego mieszkania.
K. K.: Mama mi pomogła. Trzeba było wszystko doprowadzić do porządku i rozpakować pudła, które czekały na to od przeprowadzki.
M. K.: Pola wprowadziła w nasze życie pewien stały porządek.
K. K.: My się już tak nie liczymy, tylko ona. Przestałam się przejmować drobiazgami. Mam dystans do wielu spraw.

- Kiedy wybierzecie się we troje na wyprawę?
K. K.: Nic konkretnego jeszcze nie postanowiliśmy, ale wiemy na pewno, że wliczymy Polę w nasze plany podróżnicze. Już mając dwa miesiące, była z nami w Kopenhadze, a kiedy miała trzy, wybraliśmy się do Turcji. Ciągle gdzieś jedziemy. W tej chwili jesteśmy w Janowcu, w starym zamku nad Wisłą.
M. K.: Dobrze znosi zimno i już uczy się pływać. Jednak Antarktyda na razie odpada.
K. K.: Nie włożymy jej też teraz w torbę i nie zawieziemy do Afryki.

- Pola podobna jest do Was obojga, więc pociągnie tradycję rodzinną.
K. K.: Nie będziemy jej zmuszać, jeśli jej się to nie spodoba.
M. K.: Sama wybierze. Jak podrośnie.
K. K.: Może kiedyś z Markiem pójdziemy na biegun, a może kiedyś Pola zabierze nas na Księżyc.

Sierpień, 2005
Rozmawiała Krystyna Pytlakowska
Zdjęcie Jacek Poremba
Stylizacja Monika Apanasik
Makijaż Agnieszka Jańczyk
Fryzury Łukasz Pycior
produkcja sesji Elżbieta Czaja