Katarzyna i Marek Kamińscy

Opowiadają po raz pierwszy o swojej miłości i o tym, jakimi są rodzicami.
Słynny podróżnik i biznesmen zakochał się w kobiecie swojego życia na gorącej wyspie Rodos. Zdobyli razem biegun północny, teraz kolejne wyzwanie: wychowanie córki Poli.

Kiedy spotkaliśmy się rok temu, w sierpniu, nic nie powiedzieliście, że Kasia jest w ciąży. Żeby nie zapeszyć?
Marek Kamiński: Ale napomknęliśmy, że mamy pewną tajemnicę, o której powiemy za jakiś czas.
Katarzyna Kamińska: Bo to było dla nas samych jeszcze czymś bardzo nowym. Musieliśmy się do tej myśli przyzwyczaić.
M. K.: Ja sam wiedziałem o tym od niedawna.

- Jak mówi się mężczyźnie, że zostanie ojcem?
M. K.: Spacerowaliśmy po Sopocie i zwierzyłem się Kasi, że mam taki pomysł, żeby z Jasiem Melą wybrać się na Antarktydę. A Kasia jakoś dziwnie posmutniała. Ale jeszcze nic mi nie powiedziała.
K. K.: Powiedziałam mu dopiero w domu.
M. K.: Jak wróciliśmy, Kasia usiadła przy stole, popatrzyła na mnie i mówi, że będziemy mieli dziecko. To było niesamowite.

- Jaka była Pana pierwsza myśl?
M. K.: Czy iść na tę Antarktydę.
K. K.: Bałam się zostać sama i powiedziałam o tym Markowi. Ale potem doszliśmy do wniosku, że nie powinien rezygnować. Niech idzie.
M. K.: Przedyskutowaliśmy to. Zgodziliśmy się oboje, że ten miesiąc szybko zleci. I że nie ma prawa wydarzyć się nic złego. I że koniecznie muszę wrócić na poród.
K. K.: W sumie nie chciałam, żeby Marek zmieniał swoje plany. Pragnęłam, żeby dokończył wyprawę, którą zaczął planować dwa lata wcześniej. By jego projekty miały swój ciąg.
M. K.: A potem cały wrzesień spędziliśmy w domku na Kaszubach. Kasia malowała obrazy, ja pisałem książkę. I rozmawialiśmy o tym, jakimi będziemy rodzicami.
K. K.: Nie wybiegaliśmy myślami za daleko w przyszłość. Jeśli na czymś mi zależało, to głównie na tym, żeby Marek zdążył wrócić na poród.
M. K.: Chciałem być przy Kasi wtedy. Bardzo.


- I zdążył Pan.
M. K.: Zdążyłem. Pierwsze trzy godziny życia Poli spędziłem z nią. Nie oddałbym za nic tego wzruszenia, kiedy popatrzyła na mnie uważnie i uśmiechnęła się.
K. K.: Marek powiedział, że pojawiła się jakby z kosmosu.
M. K.: Bo tak to poczułem - nie było i nagle jest. (Uśmiech).

- Kto wybrał imię?
M. K.: Ja. Od razu dla córki. Pola to takie imię symboliczne. Kojarzy się trochę z biegunami - po angielsku "pole", a trochę z Polską.
K. K.: Od razu mi się spodobało, no bo była Pola Negri, Pola Raksa jest. Marusię wszyscy lubili.
M. K.: Zastanawialiśmy się, czy nie powinna być Pola Natasza, ale w końcu została sama Pola.

- Wiedzieliście, że to będzie córka?
M. K.: Do końca pozostało to dla nas tajemnicą.
K. K.: Tak jest chyba lepiej.
M. K.: Chciałem, żeby to była dziewczynka. Lekarz, który odbierał poród, nasz dobry znajomy, tuż przed przyjściem Poli na świat zapytał: "No, kogo chcecie - syna czy córkę?" Powiedziałem, że wszyscy stawiają na syna, ale ja wolałbym córkę i że imię mamy wybrane dla córki.
K. K.: A on zażartował: "To już następnym razem".
M. K.: No, ale mieliśmy szczęście. Trafiliśmy od razu w dziesiątkę. Mój kolega trzy razy celował, za każdym razem rodził się syn. A chciał dziewczynkę.

- Szczęście w ogóle Wam sprzyja. Przede wszystkim chyba już to, że się w ogóle odnaleźliście. Nie tak łatwo o żonę dla "szalonego" podróżnika?
M. K.: Poznaliśmy się na Rodos. Już to mówi za siebie.
K. K.: Poznawałam wtedy Grecję dzięki siostrze Ewie, która była tam pilotem.
M. K.: Ja też byłem z siostrą Ewą.
K. K.: Mieliśmy więc już coś wspólnego: siostry Ewy.
M. K.: To był 1997 rok.


- Siedem lat przed ślubem. Magiczna cyfra?
M. K.: Wystarczająca, żeby się lepiej poznać. Pójść razem na wyprawę. I to niejedną.
K. K.: Razem z Markiem uczyłam się nurkować w Morzu Czerwonym, przemierzałam lodowe przestrzenie, wspinałam się po skałach, dotarłam nawet do źródeł Amazonki.
M. K.: Czasami jednak było mi przykro, że mężczyźni nie zauważają kobiet na takich wyprawach, myślą tylko o sobie i widzą tylko siebie. A przecież Kasia była pierwszą Polką na biegunie północnym.

- Miała Pani odwagę wejść w ten męski świat?
K. K.: Tak. I nie żałuję. Było niezwykle.
M. K.: Myślę, że zdobyła doświadczenie w pokonywaniu trudności. Człowiek czuje, że coś jest trudne, ale że może to zrobić, bo nie przerasta to jego możliwości.
K. K.: Świat wypraw mnie wciągnął. Dzięki podróżom dowiadujemy się wiele o nas samych.
M. K.: Ja nie odważyłbym się na przykład startować w konkursie tańca.
K. K.: Ale może jeszcze kiedyś razem zatańczymy tango.

- Jaki okazał się ten świat przypisywany głównie facetom?
K. K.: Zaskakujący.
M. K.: Ja bym nie dzielił go na męski i kobiecy, chociaż natura płci na pewno się różni. Dla kobiety ważniejsze jest poczucie bezpieczeństwa, stałość, dom. Natomiast mężczyźni lubią wyzwania, trudno usiedzieć im w jednym miejscu. Ale są kobiety, które też się wspinają.
K. K.: Tylko że ja wcześniej nie wspinałam się wyczynowo.
M. K.: Wiedziałem, że jest odważna. Jeszcze tam, na Rodos, popłynęliśmy daleko w morze. Poznaliśmy się na dzień przed wyjazdem. Najpierw przejechaliśmy się motocyklem, a potem popłynęliśmy daleko w morze.


- Chciał Pan Kasię przetestować?
M. K.: Nie. Motocykl i tak chciałem wypożyczyć i pojeździć sobie.
K. K.: Gdyby mnie wtedy siostra nie poprosiła i nie zeszłabym na dół, pewnie jeździłby sam.
M. K.: Siedziałem wieczorem z siostrą Kasi i z innymi Polakami. Zaprosiła mnie, żeby trochę pogawędzić. I nagle pojawiła się Kasia. Podobno dość długo się opierała, żeby zejść do nas. Tyle się wydarzyło od tamtej pory, ale ten moment dobrze pamiętamy.
K. K.: Poznawaliśmy się powoli. Nie jestem kobietą, która rzuca się mężczyźnie na szyję.
M. K.: Jestem bardziej naturalny. A Kasia zachowuje dystans.

- Czy to był Pani pomysł, by wziąć udział w wyprawie z Markiem?
K. K.: To Markowi przyszło do głowy. Nie odważyłabym się tego wymyślić i zaproponować.
M. K.: W 1999 roku wybierałem się do źródeł Amazonki. Spytałem Kasię, czy jest zainteresowana...
K. K.: Nie musiał mnie za długo przekonywać. Chodzenie po górach fascynuje mnie.
M. K.: Myślałem, że to będzie jedna z lżejszych wypraw. Ale okazała się bardzo trudna.
K. K.: Jedna osoba o mało nie zmarła.
M. K.: I to znany podróżnik. Dopadła go choroba wysokogórska. Bardzo spadło mu ciśnienie i tętno krwi. Na szczęście było z nami dwóch lekarzy i mieli tlen. Mogli zrobić reanimację.
K. K.: Byliśmy na wysokości około sześciu tysięcy metrów. Pamiętam, że było bardzo zimno.
M. K.: W nocy temperatura spadła do minus 28 stopni. Kasia była tam jedyną kobietą.
K. K.: I chyba nie wszyscy zaakceptowali to, że tam byłam. Może nawet nie chcieli, żebym sobie poradziła. A ja dość ciężko to znosiłam. Ale potem, po powrocie, okazało się, że nie byłam do końca zdrowa. Trafiłam na stół operacyjny.
M. K.: Wówczas jednak o tym nie wiedzieliśmy. Było, minęło. A na okres rekonwalescencji zabrałem Kasię na drugą wyprawę - na Kilimandżaro. Potem weszliśmy na biegun północny.
K. K.: Mój lekarz, kiedy usłyszał, że tam idziemy, złapał się za głowę. "Można spróbować - powiedział - tylko nie wiadomo, jak się to skończy".
M. K.: Kasia doskonale daje sobie radę, jeśli chodzi o wspinanie się. W ogóle nie ma lęku wysokości. Na 300-metrowych ścianach robi to bez asekuracji.


- Dlatego, żeby Markowi zaimponować?
K. K.: Nie. Imponować to mogłam wcześniej. Ale po dwóch latach? Kiedy poznaliśmy się już dobrze? Po prostu lubię wysokie góry. To nie był dla mnie żaden przymus.
M. K.: My w ogóle lubimy to samo. Mamy na przykład kajak i pływamy nim na Kaszubach.
K. K.: Lubimy czynnie wypoczywać. On nie musi mnie do niczego namawiać, przekonywać.
M. K.: Może dlatego się znaleźliśmy.

- Kiedy się kogoś kocha, chce się uczestniczyć w jego życiu?
K. K.: Chyba tak. I na pewno łatwiej znosić różne trudy. Wcześniej, zanim zaczęłam chodzić na wyprawy z Markiem, po prostu zwyczajnie studiowałam w Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi.
M. K.: Kasia jest malarką. Chcę ją namówić, żeby wróciła do malowania.
K. K.: No, teraz to na pewno nie. Pola zajmuje cały mój czas.

- Ale chyba niełatwo być z człowiekiem, który ma taką pasję?
K. K.: Niełatwo. Ale z kim jest łatwo?
M. K.: Życie jest podróżą.
K. K.: Nie chciałam być kobietą, która tylko wciąż czeka.

- Może łatwiej byłoby, gdyby kolekcjonował zegary?
K. K.: To dopiero byłoby trudno.
M. K.: Kasi wujek kolekcjonował zegary. Zebrał ich 300. 30 takich, które same biły.
K. K.: Być z podróżnikiem naprawdę nie jest tak źle.
M. K.: Wyprawy to fajny sposób na życie. Naturalny.
K. K.: Pamiętam, jak leżałam na szpitalnym łóżku, w 2000 roku, słaba jeszcze po narkozie, a Marek mówi: "Nie przejmuj się, pojedziemy na Kilimandżaro".
M. K.: Chciałem ją pocieszyć, bo tamta operacja spowodowała wyczerpanie organizmu. I Kasia się ucieszyła: "Zawsze chciałam pójść na Kilimandżaro".
K. K.: Chociaż na początku wydawało mi się to niemożliwe, byłam bardzo słaba. A potem zaczęłam rzeczywiście bardzo chcieć.


- Co jest najtrudniejsze na takiej wyprawie?
M. K.: Trzeba się umieć dogadywać. To nie miejsce na jakieś spory.
K. K.: Muszą być dobre relacje między ludźmi, wszystkimi uczestnikami wyprawy.
M. K.: Na wyprawach wychodzą na jaw wszystkie ukryte cechy. Kto jest słabszy, kto silniejszy. A nie chodzi o to, żeby udowadniać, że ktoś był lepszy czy gorszy. Tylko żeby był zespół i wszyscy się wspierali. Kasia pisała też o tym w pamiętniku.
K. K.: Tak. Głównie pisałam o tym, że było zimno. Chciałam potem popatrzeć na to z boku, zapamiętać wszystko.
M. K.: Najważniejsza jest sama droga. Nie moment triumfu: wszedłem, jestem tutaj. Tylko pokonywanie siebie podczas wspinaczki.
K. K.: Ale jak się już wejdzie, to wspaniałe uczucie.
M. K.: Kiedy wędrowaliśmy razem na biegun północny, było rzeczywiście bardzo zimno - minus 30 stopni, silny wiatr, a pod nogami Ocean Atlantycki - cztery tysiące metrów głębokości, Kasi ciągle marzły stopy. Rozcierałem je. Ale się nie skarżyła.
K. K.: Co pomogą skargi? Staram się nie poddawać. Zawsze wierzę, że będzie dobrze.

- Nawet czekając na Marka, gdy idzie sam?
K. K.: Wiem, że on nie naraża się bezsensownie, nie udowadnia nic nikomu. On jest sobą po prostu. Minimalizuje ryzyko i ma duże doświadczenie. Zawsze o tym pamiętam. Poza tym widziałam go podczas wyprawy.
M. K.: A Kasia zaskoczyła mnie, że potrafi tak precyzyjnie myśleć i dać sobie radę w tak różnych sytuacjach. Przeważnie ludzie myślą, że kobieta na wyprawie to bez sensu.


- Zabrał Pan ją, żeby się wciągnęła w to, co Pan robi?
M. K.: Nie, chciałem, żeby po prostu zobaczyła, spróbowała.
K. K.: Sama chciałam zobaczyć, jak to jest.
M. K.: Pomyślałem, że jak jesteśmy razem, to dlaczego nie mamy też razem podróżować?
K. K.: Może od tej pierwszej wyprawy zaczęło się nasze prawdziwe wspólne życie? Nie takie, że jest jego i moje. I że ja czekam, a on żyje, jak chce, jak lubi. Chcieliśmy iść tą samą drogą.

- Co Was w sobie przyciągnęło najbardziej?
K. K.: Nie wiem. Nigdy tego nie wiedziałam do końca.
M. K.: Coś nieokreślonego. Myślę, że nie pora jeszcze na analizy. Nie umiem nazwać słowami, dlaczego zakochałem się w Kasi. Nie pamiętam.
K. K.: To ja też powiem, że nie pamiętam (śmiech). W każdym razie Marek bardzo się zmienił, odkąd jesteśmy razem. Kiedyś nie potrafił w ogóle mówić słowa "kocham".
M. K.: Widzisz, jak na mnie dobrze działasz?
K. K.: Nauczył się też przynosić do domu świeże bułki.
M. K.: Bardzo też rozwinęliśmy się kulinarnie. Kasia robi świetne sushi.
K. K.: Kiedy wyjeżdżamy, bardzo lubimy poznawać najpierw kuchnię danego kraju.
M. K.: Ale jak Kasia coś ugotuje, robi mi się tak błogo.
K. K.: Teraz nie bardzo mam czas na gotowanie. To Pola dyktuje nasz rozkład dnia.


- Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do czasów sprzed Poli. Oświadczyny, ślub... Czemu nie na Kilimandżaro, jak przystało na podróżników?
M. K.: Mieliśmy się pobrać właśnie na Kilimandżaro albo na górze Mont Kenia. Nawet rozmawiałem z księdzem, który mógłby nam tam udzielić ślubu. Ale w końcu stwierdziliśmy, że powinniśmy być w tym dniu z przyjaciółmi.
K. K.: Na szczycie bylibyśmy sami i byłoby smutno.
M. K.: A tak to świętowaliśmy nasz ślub z wieloma osobami. Przyjechali nawet nasi znajomi polarnicy z Norwegii. Dostaliśmy dużo prezentów. Ale najważniejsze, że byliśmy razem.

- A jak Marek się Pani oświadczył?
K. K.: On się ciągle oświadczał. Umie to robić.
M. K.: W końcu się zgodziła. Zaręczyliśmy się najpierw w takim fajnym miejscu w Sopocie.
K. K.: Było romantycznie.

- Odkąd jest Pola, czujecie, że jesteście prawdziwą rodziną?
M. K.: Wcześniej też się tak czuliśmy. Nie planowaliśmy, że Pola pojawi się akurat na tym etapie naszego życia.
K. K.: Nasze życie pewnie nie ulegnie wielkiej zmianie. Marek będzie nadal chodził na wyprawy.
M. K.: Będziemy na nie zabierać Polę. Kiedy miała kilka tygodni, pojechaliśmy z nią na Hel. Jej pierwsza podróż. Zachowywała się wspaniale. A moje życie zmieniło się o tyle, że staram się zdążyć co wieczór na kąpiel. Kąpiemy Polę wspólnie.
K. K.: Staramy się robić wspólnie wiele rzeczy. Poczynając od porodu. Zastanawiałam się, czy Marek powinien w nim uczestniczyć. Nigdy nie wiadomo do końca, jak mężczyzna zareaguje. Ale w sumie to stało się dla mnie bardzo ważne, żeby jednak był przy mnie. Przy nas. Kiedy pomyślałam, że może nie wrócić na czas z wyprawy, poczułam się bardzo nieswojo.
M. K.: Miałem naszą Polę na rękach wcześniej niż Kasia, ale to ona pierwsza ją pocałowała.


- Pełnia szczęścia?
M. K.: Muszę pochwalić się Kasią. Kiedy wyruszyłem na wyprawę z Jasiem Melą, zrobiła wielki remont naszego mieszkania.
K. K.: Mama mi pomogła. Trzeba było wszystko doprowadzić do porządku i rozpakować pudła, które czekały na to od przeprowadzki.
M. K.: Pola wprowadziła w nasze życie pewien stały porządek.
K. K.: My się już tak nie liczymy, tylko ona. Przestałam się przejmować drobiazgami. Mam dystans do wielu spraw.

- Kiedy wybierzecie się we troje na wyprawę?
K. K.: Nic konkretnego jeszcze nie postanowiliśmy, ale wiemy na pewno, że wliczymy Polę w nasze plany podróżnicze. Już mając dwa miesiące, była z nami w Kopenhadze, a kiedy miała trzy, wybraliśmy się do Turcji. Ciągle gdzieś jedziemy. W tej chwili jesteśmy w Janowcu, w starym zamku nad Wisłą.
M. K.: Dobrze znosi zimno i już uczy się pływać. Jednak Antarktyda na razie odpada.
K. K.: Nie włożymy jej też teraz w torbę i nie zawieziemy do Afryki.

- Pola podobna jest do Was obojga, więc pociągnie tradycję rodzinną.
K. K.: Nie będziemy jej zmuszać, jeśli jej się to nie spodoba.
M. K.: Sama wybierze. Jak podrośnie.
K. K.: Może kiedyś z Markiem pójdziemy na biegun, a może kiedyś Pola zabierze nas na Księżyc.

Sierpień, 2005
Rozmawiała Krystyna Pytlakowska
Zdjęcie Jacek Poremba
Stylizacja Monika Apanasik
Makijaż Agnieszka Jańczyk
Fryzury Łukasz Pycior
produkcja sesji Elżbieta Czaja
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)