Katarzyna i Marcin Mellerowie

Kasia – prezes Fundacji Nagrody Literackiej NIKE i Marcin – naczelny miesięcznika „Playboy”. Są rodzeństwem, ale kłócą się, bawią i wspierają niemal jak dobre małżeństwo.
/ 16.03.2006 16:57
Liliana Śnieg-Czaplewska: Uchodzicie za tak zgrane rodzeństwo, że ze świecą szukać. To obrazek na pokaz czy szczera prawda?
Katarzyna Meller: Nas jest więcej, troje! W rodzinie jest jeszcze Andrzej, mój brat bliźniak. Gdy porównuję nas ze wszystkimi znanymi mi rodzeństwami, uważam, że jesteśmy całkiem niezłym trio.
Marcin Meller: Stanowimy trójkąt, w którym każdy bok to niepowtarzalne, zupełnie wyjątkowe połączenie. Kaśka z Andrzejem – bo bliźniaki – mają zupełnie kosmiczne porozumienie, ja z Andrzejem – bo dwaj faceci, ja z Kaśką – bo starszy brat z młodszą siostrą. Naprawdę jesteśmy ze sobą blisko. Czy pani uwierzy, że my codziennie rozmawiamy ze sobą przez telefon od dwóch do siedmiu razy?! W sumie włoskie klimaty.

– Starszy brat to same korzyści – jest autorytetem, ma fajnych kolegów. Ideał taki, że najlepiej, gdyby przyszły mąż był do niego podobny.
K. M.: Z tym mężem pani przesadziła, ale co do reszty – rzeczywiście tak było. Marcin był dla mnie wzorcem absolutnym. Do czasu.

– Na dodatek Marcin – ksywka Warszawka – wszystkich zna. Dusza towarzystwa, z którą nie sposób się nudzić.
K. M.: Teraz, gdy jestem dorosła, nie jest to takie atrakcyjne, jak było wtedy, gdy po rocznym pobycie w USA wróciłam do Warszawy, by pójść do pierwszej klasy liceum. To wtedy Marcin zdecydował, że już dorosłam, żeby mnie po raz pierwszy wziąć na przyjęcie do swoich znajomych. A wszystko dlatego, że jego kolega, choć świetnie mnie wcześniej znał, pomylił się i wziął mnie za jego kolejną dziewczynę.
M. M.: Przez rok Kasia z dziecka stała się kobietą.

– Sylwestry Mellera były słynne.
M. M.: Głównie doroczne bale przebierańców. Kaśka z koleżankami zawsze miały osobną pulę zaproszeń. Razem z Andrzejem zapewniali „świeżą krew”, bo gdy ja z kolegami mieliśmy po 28 lat, oni – po 20. A rozstrzał wiekowy na tych imprezach był od liceum do czterdziestoparolatków.

– Ostatnio coraz częściej pokazujecie się razem na imprezach. Brat się chyba zwyczajnie chwali śliczną siostrą?
M. M.: Lubimy wspólnie spędzać czas, a wyjście rodzeństwa na bankiet jest idealne. Bo jak wychodzi mężczyzna z kobietą, to trzeba zajmować się tą drugą osobą, ktoś o kogoś jest zazdrosny albo obserwuje, co ta druga osoba robi. A jak się idzie z Kaśką, można odbić w lewo, można w prawo, można wspólnie się z kimś gdzieś napić, zrobić rundkę i wrócić, można też wcześniej wyjść. Ale zawsze jest zabawnie. Zawsze.
K. M.: No, żebyś ty kiedyś wcześniej wyszedł, to ja nie pamiętam.

– Zdarzało się, że opieka starszego brata bywała uciążliwa?
K. M.: Przychodzi mi na myśl pewne zdarzenie, gdy miałam 15 lat. Marcin miał wtedy okres nadopiekuńczości.
M. M.: Kaśka, zaraz cię huknę.
K. M.: Odganiał ode mnie wszystkich kolegów, kontrolował najmniejsze ilości wypitego wina i naprawdę było to bardzo męczące. Pewnego razu na Mazurach wieczór zaczął się tak samo. Na szczęście na horyzoncie pojawiła się bardzo atrakcyjna dziewczyna, nieznana mojemu bratu. Po chwili wziął mnie na bok: „Kaśka, masz gdzie spać? Nie? Ale znajdziesz sobie coś w razie czego, prawda?” Zapewniłam go, że dam sobie jakoś radę. Od tamtego czasu mieliśmy umowę, że każdy dba sam o siebie.

– Znalazłaś nocleg?
K. M.: Było tam wielu naszych znajomych, spaliśmy po siedem osób w jednym łóżku. Reszta na podłodze.

– Doradzacie sobie w trudnych sercowych zawirowaniach?
M. M.: Kaśce nie da się niczego doradzić, ani tym bardziej narzucić. Od 16. roku życia mogłem jej co najwyżej mówić, że coś głupio robi, że jakieś postępowanie jest bez sensu.
K. M.: Mam bardzo rozbudowane poczucie wolności, więc bywało ze mną trudno.
M. M.: Gdy trochę zmądrzała, miała 19–20 lat i mogliśmy rozmawiać niemal jak partnerzy. Poradnictwo działało w obie strony. Czasami było ostro. Jednocześnie wiem, że co by się akurat między nami nie działo, jak bardzo nie bylibyśmy skłóceni, gdyby coś się stało – nie ma sprawy. Północ czy trzecia nad ranem, jak trzeba pomóc, to się pomaga.

– Pomoc to podrzucenie kogoś gdzieś, pożyczenie samochodu, wsparcie pieniędzmi?
K. M.: Ach nie! Chodzi o to, aby wygadać się przede wszystkim!
M. M.: Mam na myśli pogotowie psychologiczne. Facet rozumie faceta, kobieta kobietę. Jeśli nie mogę pojąć postępowania drugiej płci, kogo spytać, jak nie siostry?

– Twardy facet, który w telewizji prowadził „Agenta”, naczelny „Playboya” zwierza się młodszej siostrze, gdy ma problemy sercowe?
M. M.: Tak jakby.
K. M.: Mogę tylko powiedzieć, że udzielam bardzo szczegółowych porad. I bardzo indywidualnych.

– Marcin decyduje, która pani jest wystarczająco ładna, aby się mogła pokazać na łamach pisma dla mężczyzn, która ma seksapil. Identyfikujesz się z jego poglądami na temat piękna, urody?
K. M.: Wykonuje taką pracę, a nie inną i musi dbać o dobro i interes pisma. A ten interes polega także na tym, że piękne kobiety z własnej, nieprzymuszonej woli rozbierają się i eksponują swoje wdzięki. Jeżeli tego chcą, jeśli to im sprawia przyjemność, wszystko jest OK.

– Gdy Twój brat mówi, że Kate Moss ma w sobie tyle seksu, co znak drogowy, a rozmiar 42 Moniki Bellucci jest jej atutem, tylko się z nim zgadzam. Niemniej kobieta w jego piśmie traktowana jest przedmiotowo.
K. M.: Ależ ja tak samo jak Marcin oceniam urodę zarówno kobiet, jak i mężczyzn, którzy mają wystąpić w roli symboli seksu. Przecież muszą spełniać określone warunki!
M. M.: Czasami siedzimy w kawiarni przy Krakowskim Przedmieściu i przyglądamy się ludziom defilującym przed nami. I co? O wiele zjadliwsze oceny wygłaszają inne panie, a nie panowie. Na przykład idzie ulicą niewiasta w ostrym mini, choć absolutnie z powodów estetycznych nie powinna. Panowie w takiej sytuacji wzruszają ramionami, panie nie zostawią na niej suchej nitki.
K. M.: Jednocześnie uważam, że kobiety bez kompleksów potrafią docenić piękno, atrakcyjność i gust innych kobiet, jak żaden mężczyzna. Bo mają lepszy zmysł szczegółu, umieją docenić grę odcieni, finezję fasonu.

– Ciekawe, co by było, gdyby któregoś dnia Kasi zechciało się znaleźć na rozkładówce „Playboya”?
K. M.: Ten temat mamy szczegółowo omówiony, ponieważ padały dziesiątki takich pomysłów ze strony kolegów Marcina. Po pierwsze, nigdy bym nie chciała, po drugie Marcin by chyba dostał zawału.
M. M.: Ależ skąd, Kasieńko! Jeszcze przed zawałem zaprosiłbym bliższych i dalszych kolegów na kolegium redakcyjne, na komisyjną ocenę zdjęć. Jak mówi nasz przyjaciel: „Kasia zawsze laska była, ale wiek jej służy”. Oceny więc zapewne byłyby wysokie. Dawno temu organizowałem bal pod hasłem: „Papuasko-góralskie tańce ze śpiewami”. Moja siostra miała lat 17. I w jakiej kreacji Kasieńka wparowała? Pamiętam jak dzisiaj! W spódniczce z bananów na cieniutkich niteczkach, stanik stanowiły dwie połówki grejpfruta – rzecz się działa w końcu listopada. Jej wejście wywołało żywy przypływ krwi u panów i niezbyt przychylne reakcje u starszych pań.

– No i co?
M. M.: No i był skandal. Nie zabawiła długo, musiała umykać z powodu nadmiaru powodzenia.

– Panie Marcinie, dziewczyny nie są zazdrosne o taką komitywę z siostrą?
M. M.: Byliśmy z Kaśką tak blisko, że często stanowiło to źródło problemów. Zdarzało mi się parę razy usłyszeć złośliwości, że powinienem się z Kaśką ożenić i byłby spokój.

– Czyja to zasługa, że stanowicie tak świetne rodzeństwo?
K. M.: Myślę, że ogromna jest tu rola rodziców. Rodzaj relacji w domu rodzinnym przenosi się dalej. U znajomych ta więź jest luźniejsza. Dla mnie chłód i dystans u rodzeństwa nie jest zjawiskiem normalnym. Normalne jest właśnie to, co jest między nami.
M. M.: Były wzloty i upadki, ale generalnie wychowaliśmy się w szczęśliwym, kochającym domu. Każde wakacje, święta były wspólne. Gdy zmarła nasza mama – historyk, wicedyrektorka Muzeum Miasta Historycznego Warszawy, bliźniaki miały po 23 lata, ja byłem dorosłym człowiekiem. Nasza bliska więź była faktem. Nasi przyjaciele śmiali się, że tworzymy klan Mellerów. Mieściliśmy się w sześć osób – nasza trójka plus nasze sympatie – w moim „maluchu”. Mam nadzieję, że to przestępstwo drogowe uległo przedawnieniu.

– Oprócz bankietowania i „uczuciowego pogotowia ratunkowego” macie jeszcze wspólne zajęcia?
K. M.: Chyba nie. Ja od siedmiu lat trenuję karate. Marcin zaś trenuje picie i palenie.

– Jaki będzie klan Mellerów za 25 lat?
K. M.: Będzie zabawnie, jak się wszyscy rozmnożymy. Trójka rodzeństwa, a każde z nas chce mieć co najmniej po jednym dziecku, razem z partnerami daje to całkiem liczną grupę. Włoska rodzina.
M. M.: Nawet teraz, jak się spotykamy, to nie gadamy, a wrzeszczymy. Już jest rejwach, a co dopiero, jak będzie nas więcej? Odkąd nasza mama nie żyje, nasze wspólne celebrowane święta uległy zawieszeniu, bo tata jest na placówce w Moskwie. Ale my święta potrafimy zrobić i w końcu listopada: przyjechali nasi i naszych rodziców amerykańscy przyjaciele na Święto Dziękczynienia z wielkim indykiem. Były żarty, śmiechy, jaja jak berety. Na co dzień Kaśka dzwoni i mówi: „Zrobiłam polędwicę, może byś wpadł?” A ja wpadam albo nie wpadam. Daleko nie mam, mieszkamy na sąsiednich ulicach. Zapraszamy się spontanicznie, potrafimy toczyć ważne rozmowy w każdych warunkach. Wczoraj dwie godziny przegadaliśmy na parkingu przy Narbutta. Staliśmy i kurzyliśmy papierosy, do wyczerpania wątków.
K. M.: Spotykamy się na co dzień. Bo codzienność jest o wiele ważniejsza niż święta.

Rozmawiała: Liliana Śnieg-Czaplewska
Zdjęcia Piotr Porębski/Metaluna
Stylizacja Jola Czaja
Makijaż Kasia Rogacewicz
Fryzury Adam Szaro
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)