Katarzyna Grochola - Najpopularniejsza polska pisarka

Ma dom z basenem i 18-hektarową posiadłość – tego najpopularniejsza polska pisarka dowiedziała się z Internetu. Nie ma. Ale może będzie miała.
/ 15.07.2009 12:18
Krystyna Pytlakowska: Wyjdzie Pani za mąż?
Katarzyna Grochola: Tak. W swoim czasie.

– Wnioskuję z tego, że jest Pani szczęśliwa?
Bardzo. Ale obiektywnie – na świecie jest niewiele szczęścia. Dlatego nie oglądam dzienników i nie czytam prasy.

– Jak podejmuje Pani decyzje?
Czasami rzucam monetą.

– A jak upada nie po Pani myśli?
Świat się nie kończy. Jest tak skonstruowany, że zawsze daje nam to, co jest nam potrzebne, choć niekoniecznie to, co akurat chcemy. Dopiero później się okazuje, że tak było lepiej.

– Czytałam w poważnej gazecie, że jest Pani nieszczęśliwa w związku z mężczyzną, bo on Pani nie przytula. Moneta źle wskazała?
He, he, czasem czytam z zadziwieniem, że urodziłam się na przykład 1 kwietnia, choć moja matka upiera się, że 18 lipca, o czym świadczy mój akt urodzenia. Więc ostatnio wierzę tylko w słowo pisane przez siebie. Po pierwsze – przytula. Po drugie – jestem szczęśliwa, bywam szczęśliwa. Po trzecie – nie jestem po ślubie, ale ciągle przed. Aha, i nie mam 18-hektarowej posiadłości z basenem, jak wyczytałam w Internecie. Pomyślałam, że nie będę komentować takiej plotki, bo skoro zostało to napisane, pewnie będę ten basen miała. Musiałabym być pisarką w Anglii, żeby mnie było stać na basen.

– Pani książki w Anglii nie były tłumaczone?
Nie. Ale były na dziewięć języków: włoski, niemiecki, rosyjski, litewski, dalej nie pamiętam. Jak miło zaczęłyśmy rozmowę – od szczęścia i bogactwa.

– Ciekawe, jak wygląda szczęście według Katarzyny Grocholi.
Siedzieć w domu przy kominku, siedzieć w ogrodzie przy mojej cudownej lipie. Szczęściem jest, że pies nie zachorował na wredną chorobę odkleszczową, tylko się czymś banalnie zatruł. Szczęściem jest mój pięcioletni wnuczek, który mi podpowiada teksty do książek. Szczęściem jest, że mój znaleziony na peronie kotek przeżył wycieczkę do sąsiadów, gdzie trzy wilczury próbowały go zeżreć. Dużo mam tych szczęść.

– A miłość?
Miłość na początku.

– I pieniądze?
Ważne, żeby być dobrze zabezpieczonym, ale za pieniądze nie można kupić ani minuty życia. Ktoś mądry powiedział, że za pieniądze można mieć budynek, ale nie dom, zegarek, ale nie czas, stanowisko, ale nie szacunek, seks, ale nie miłość. Bogu dzięki, nie jestem aż tak bogata, jakby wskazywała na to moja popularność.

– Ile Pani książek zostało sprzedanych?
Chyba około miliona. Może więcej.

– Rzuciła Pani kiedyś wszystko na jedną szalę dla pisania.
Mam niemiły zwyczaj rzucania wszystkiego na jedną szalę. Ryzyko podejmujemy codziennie. Nawet dokonując wyboru, czy jechać autobusem, czy kolejką.

– Z mężczyzną Pani życia to też było ryzyko.
Zaryzykowaliśmy oboje. Po dwóch herbatach i sześciu godzinach znajomości. Ale jakoś nie narzekamy.

– To już prawie trzy lata. Wystarczy, by poznać człowieka?
Nawet trzydzieści nie wystarczy. Miłość to chyba chęć poznawania siebie każdego dnia.

– Jaki jest Krzysztof, Pani partner życiowy? Pracowity jak Pani?
Krzysztof jest w sam raz. Nie chcę o nim opowiadać, bo można zapeszyć. Dużo par się rozpada, gdy dają wywiady do prasy. Mamy to szczęście, że robimy to, co lubimy. Robiłam tyle różnych rzeczy. Byłam na przykład sprzątaczką w Anglii. Pamiętam, jak moja ukochana świętej pamięci ciotka mówiła: "Jedną ręką szoruj kibel, a drugą trzymaj koronę, żeby ci z głowy nie spadła". Nie było łatwo trzydziestolatce z ułomnym angielskim znaleźć przyjemność w szorowaniu kibli. Pomyślałam jednak, że musi być z tego, kurczę, przyjemność. I odczyściłam piekarnik. Za własne dwa i pół funta kupiłam płyn do mycia piecyków. Zrobiłam to tylko po to, by udowodnić, że Polka potrafi. Bo pani domu powiedziała, że ten piekarnik jest nie do odszorowania.

– To było już po rozwodzie?
Tak. Temu kiblowi należy się szacunek. Zarobiłam pieniądze, żeby żyć za nie w Polsce z moją córką. No i, gdyby nie praca, powiesiłabym się z rozpaczy.

– I to było już po nowotworze?
Tak, ale przed chorobą też miałam ciągoty do uważania swojej pracy za coś specjalnego. Zawsze chciałam być redaktorem. Dostałam posadę korektorki. Wzięto mnie, bo nie zgłosiła się żadna polonistka. Napisałam świetnie dyktando i zostałam przyjęta do Krajowej Agencji Wydawniczej. Miałam dużo szczęścia w życiu, naprawdę. Pomyślałam sobie, że będę robić to, co najbardziej lubię – czytać. W domu moich rodziców było trzy tysiące książek, żadnego telewizora. Czytałam i baśnie, i książki poważne. Z baśni wybierałam to, co może mi się przydać w dorosłym życiu. Pamiętam piękną książkę Aleksandra Greena "Szkarłatne żagle". Był tam węglarz, który wozi węgiel w wiklinowym koszu. I Assol, bohaterka książki, powiedziała: "Pewnie myślisz, wożąc ten węgiel, że ten kosz ci zakwitnie". Wtedy obiecałam sobie, że moje kosze do śmieci będą kwitły, i tego się trzymam. A jeśli czasami mnie coś zezłości, obracam to w pisanie. Niczego w sobie nie tłumię, nie prokuruję sobie następnego raka i przerzutów.

– Rodzaj samoleczenia?
Nie wiem, raczej sposób na życie. To mnie zmusza do poznawania siebie. Przecież my się nieustannie zmieniamy, nie jesteśmy constans. To jak z miłością – ona też każdego dnia przynosi coś nowego.

– Obserwuje ją Pani?
Broń Boże, nie nabiorę się na jakieś testy, pierdolety interferujące, bzdury, sprawdzania. To nie ma nic wspólnego z miłością. Mój partner ma prawo zachowywać się, jak chce. A moja sprawa, to jak ja się z tym czuję. Czy na wszystko sobie pozwolę. Szczęśliwie nie mam w sobie chęci zabijania.

– Nigdy?
Jak miałam siedem lat, z młodszym bratem wymyślaliśmy, co byśmy zrobili Hitlerowi. Najstraszniejszą rzeczą dla mnie było nabicie szklanki na rękę i uderzenie go nią w twarz. Ciekawe zachowanie z punktu widzenia psychologii dziecięcej, nie uważa pani?

– Wierzy Pani, że życie nie kończy się wraz ze śmiercią?
Wierzę, że śmierć będzie przebudzeniem. Boję się i nie boję jednocześnie. Czasem ogarnia mnie paniczny lęk, a czasem spokój na myśl, że ja również umrę.

– Ma Pani doświadczenia z pogranicza, jak czytałam.
Gdy dostałam krwotoku, nie wyszłam z ciała. Zapaliłam natomiast papierosa, w sali szpitalnej, bo co mogli mi zrobić? Natomiast pamiętam, jak lęk zamienił się w absolutną harmonię. Wtedy moje życie było zagrożone. Kiedy pracowałam jako salowa, towarzyszyłam czterdziestu sześciu osobom w śmierci. Uważam to za niezwykłą łaskę. To doświadczenie nieprawdopodobnie wzbogaca i budzi wiarę.

– A gdy wyrok zostaje cofnięty i wiadomo, że jeszcze zapalimy wiele papierosów?
W związku z chorobą coś się we mnie zmieniło. Nie potrafię tego wyjaśnić, ale dużo lepiej rozmawia mi się z osobami, które przeszły przez coś podobnego. Mnie spotkało tyle zdarzeń nieprawdopodobnych. Wiem jedno: gdy przestałam się buntować, tupać nogami, a zaczęłam o tym mówić, bardzo się polepszyło.

– Popadła Pani w mistycyzm?
Nie, mocno stąpam po ziemi.

– Wie Pani, ile ma na koncie?
Nawet, ile mam w kieszeni.

– Jest Pani odważna?
Odważna ze strachu. Nie zawsze mi się odwaga opłacała, ale nauczyłam się ryzykować. Nawet głupio. Wiem, że trzeba rozważyć możliwości. Czy zostawić bezpieczną pracę za dwa tysiące złotych na rzecz czegoś nowego? Wyprowadzić się spod Suwałk w poszukiwaniu lepszego życia, czy zostać na gospodarstwie u rodziców?

– Pani wybrała niewiadomą.
Wybrałam, ale dopiero wtedy, gdy mi się zbuntował komputer i padł dysk twardy. A było tam trzy tysiące odpowiedzi na listy – cała moja baza danych. Mogłam ją odbudować, ale wtedy ktoś powiedział: "Zawsze chciałaś pisać, więc pisz". Dostałam wskazówkę od Boga. Życie jest ciągłym otwieraniem się możliwości. Nawet śmierć jest możliwością.

– Ile lat była Pani sama?
No, parę. To było bardzo twórcze. Czasami bardzo smutne. Ale nigdy nie miałam przymusu bycia z kimś. Wolałam samotność niż kiepski związek. Przepłakałam oczywiście ileś tam nocy w poduszkę. Szczególnie po obejrzeniu filmu, gdzie wszyscy się kochają.

– Depresja?
Powiedzmy – ciężkie momenty, które trwały bardzo długo. Ale wstawałam z łóżka, żyłam, chodziłam, jeździłam, pracowałam. Nie znam depresji prawdziwej, klinicznej, ale nie lekceważę jej. Natomiast ja zawsze miałam w sobie jakąś siłę. Byłam bez domu, bez pieniędzy, lecz zawsze mi się udawało znaleźć jakiś korytarz, by wyjść na powierzchnię. Gdy życie za mocno kopie po tyłku, trzeba się bronić, trzymać brzytwy. Jak się dowiedziałam, że mam umrzeć, że nie będę operowana, pomyślałam sobie: "O, nie ze mną takie numery. Jeszcze wam pokażę". I byłam strasznie zdeterminowana – przecież miałam małą córeczkę! Lekarz przyjaciel uprosił profesora o operację placebo, ponieważ nie przyjmowałam do wiadomości, że mogę nie być operowana. I udało się. Trudne doświadczenia są najlepsze. Ciężko uwolnić się, siedząc w wygodnym fotelu.

– Dużo Pani dała z siebie Judycie, Pani bohaterce?
Judyta na pewno w stu procentach jest mną, ale ja jestem w dziesięciu procentach Judytą. Jestem każdą z moich bohaterek.

– Ma Pani wiele osobowości?
Nie, byłam nawet przebadana kiedyś psychiatrycznie i stwierdzono, że jestem normalna.

– Targowała się Pani z opatrznością?
O miłość. Żeby mi Bóg ułatwił, żeby on nie odchodził. Na szczęście Bóg nie posłuchał.

– Mówi Pani o drugim małżeństwie?
Małżeństwa nie były moimi najważniejszymi związkami. Przez 25 lat byłam zakochana w kimś żonatym, nie będąc z nim w dodatku. I dopiero jak to odpuściłam, okazało się, że może zjawić się ktoś inny. Trzy dni później pojawił się Krzysztof.

– Na czym dla Pani polega dobry związek?
Na trzech zet: na zawierzeniu, zaufaniu i zaryzykowaniu, jak mówi mój mądry przyjaciel i psychoterapeuta Andrzej Wiśniewski. Dobrze też jest przyjąć do wiadomości, że jak facet milczy, to dlatego, że ma ochotę, a nie, że ma coś nam za złe.

– Pani mężczyzna jest małomówny?
Ze mną nie. Dla prasy tak. Nie znosi opowiadać o naszym związku.

– O czym Pani teraz myśli?
Że jest tak, jak być powinno. Myślę też, że nad paroma rzeczami w sobie muszę popracować. Nad konsekwencją chociażby. Jak zaczynam pisać, nic już dla mnie nie istnieje. Nie widuję się z córką, z wnukiem Antkiem. Krzysiek był zaniepokojony, dlaczego siedzę przez dziewięć godzin przy komputerze, bez nawet małej przerwy. Dlaczego nie jem, nie wyjdę do ogrodu. Zrozumiał z czasem, że jak pracuję, to pracuję. Mogę pisać dwie różne rzeczy naraz. Na dwóch komputerach w jednym pokoju.

– Sukces wywiera presję?
Weryfikuje to, co człowiek rozumie przez sukces. Myślałam, że coś zmieni. Że będę nagle młoda, piękna, że będę mieć 60 centymetrów w pasie. Ale ja nawet tego sukcesu nie poczułam. Kiedy nadszedł, byłam w trakcie bardzo poważnej pracy nad sobą. Chciałam zrozumieć, co rządzi ludźmi, mną, jak pozbyć się własnych ograniczeń i nie stosować projekcji moich oczekiwań wobec partnera. A poza tym za sukcesem medialnym nie poszły pieniądze. Dalej nie miałam na chleb. Nikt by w to nie uwierzył. Dopiero po roku od wydania pierwszej książki dostałam 20 tysięcy, założyłam w domu ogrzewanie i znowu byłam na zero. Teraz pieniądze są, ale i tak sukces jest czymś nieokreślonym. Dla jednych jestem popularną pisarką, dla innych gwiazdą, a moja rodzina mówi do mnie: "Pisareczko".

– Sukcesem więc jest może spotkanie miłości?
Spotkałabym ją niezależnie od tego, kim jestem. Niezależnie od wszystkiego. Może sukcesem będzie nauczyć się grać na pianinie? Nie mam słuchu i nie mam pianina. To wyzwanie! I muszę nauczyć się stepować.

– Chce Pani wziąć udział w "Tańcu z gwiazdami"?
Chcę się nauczyć nie dla telewizji, ale dla siebie. Żeby usłyszeć, jak moje nogi pięknie wybijają rytm.

– I będzie Pani stepować dla Krzysztofa, w różowym gorsecie?
Gorset dostałam od garderobianej z filmu, był moim marzeniem. Ale na razie w nim się nie mieszczę. Marzenia nie są po coś. Po prostu są. Niektóre się spełniają. Chciałam samochód gazik i jest – piękne zielone suzuki. Chciałam miłości – mam. Chciałabym jeszcze kiedyś pracować ze wspaniałymi aktorami, których już spotkałam, może się ziści? Innych potrzeb nie mam. O wiele lepiej czuję się wśród ludzi zadowolonych, zdrowych, szczęśliwych, więc chciałabym, żeby było ich jak najwięcej. Szczęścia naprawdę, jak powietrza, starczy dla wszystkich. Niczego bym w swoim życiu już nie zmieniała. Nawet błędów, które popełniłam.

Rozmawiała Krystyna Pytlakowska/ Viva!
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (2)
/11.12.2012 12:33
Ania Pani Kasiu ,jest Pani świetną pisarką ,tematyka Pani książek jest ponadczasowa choć moim zdaniem są to pozycje dla tych którzy szukają miłości ,bądż jest z nią jakichś problem ,Proszę powiedzieć czy Ci którzy już nie szukają nie zasługują na powieść ,Pozdrawiam
/13.11.2007 01:24
Szanowna Pani Kasiu, pisze Pani o wielu sprawach. Stojac w obliczu bardzo waznych, zyciowych rozstrzygnies, pomyslalam sobie, ze moze moja historia zainspiruje Pania do napisania nowej powiesci. Nie jestem nastolatka. Skonczylam 54 lata.Nie jestem jakas megalomanka, przezylam 7 operacji, rozwody, przymusowe osadzenie w klinice dla nerwowo chorych, do dzisiaj jestem w wielkim konflikcie ze swoja matka, chociaz staram sie Jej pomoc, jak tylko moge, mam doroslego syna i cale mnostwo przemyslen, ktore kwalifikowalyby sie nie tylko na jedna powiesc, ale na caly serial. Nie pisala Pani o tym, jak w szpitalach dla osob chorych na nerwoce neuro-wegetatywna probuje sie z czlowieka zrobic zwierzatko, faszerujac go psychotropami, jak sie zmusza innych pacjentow do klamstw za obietnice renty, jak tzw. rodzina zabrania kontaktow z przyjaciolmi, klamiac, ze niby osoba zainteresowana nie zyczy sobie zadnych kontaktow, jak wyglada upodlenie, pozbawianie tozsamosci i wiele innych rzeczy. Nie pisala tez Pani o tym, jak wiele krzywdy moze wyrzadzic bezmyslne wtracanie sie rodzicow w sprawy uczuciowe dzieci, ktore do konca zycia nie potrafia sie otworzyc na nowe uczucie, ciagle pamietajac o swojej wielkiej, nastoletniej milosci, ktorej nie pozwolono przezyc. Coz z tego, ze po dzien dzisiejszy jestesmy dla siebie najwazniejszymi osobami, skoro oboje sie dusimy w naszych zwiazkkach, a milosc partnerow do nas nie pozwala nam egoistycznie myslec tylko o sobie? Gdzie sa opisy , jak sie czuje osoba, ktora stoi w obliczu zagrozenia rakiem, a jej partner upija sie z rozpaczy, wydzwaniajac do wszystkich i opowiadajac, jak mu ciezko, nie widzac, ze w ten sposob wcale nie dodaje otuchy, yulko poglebia stress? To wszystko przezylam. Jak wytlumaczyc dziecku, ktore nie toleruje ojca przez wiele lat, ze ojciec Je kocha? Jak wytlumaczyc wszystkim, ze facet, ktory jest alkoholikiem i potrafi mocno"przylozyc" nie mnie, kobiete, z ktora zyje, ale zjawie, ktora widzi w momencie swoich delirycznych orzywidzen, ze jest jedfyna osoba, ktora potrafi sluchac, a nie zanim sie zdazy otworzyc usta, krytykowac? Jak w koncu wytlumaczyc tym wszystkim, ktorzy zle nas oceniali, ze sie odeszlo od Niego tylko na Jego prosbe, bo raz, w momencie tzw. suchej delirki chwycil siekiere i, majac przywidzenie, chcial mi odrabac glowe? Pani Kasiu, prosze o kontakt!