Katarzyna Cynke

Na ekranie ważniejsze okazało się to, że w postaci podkomisarz Alicji Katarzyna Cynke znalazła wiele odniesień do własnego życia.
cynke1.jpgPani mówi fiołkami, powinna się pani trochę zbrzydzić, zwulgaryzować – słyszała w szkole aktorskiej. Choć nie posłuchała rad profesora, brawurowo zadebiutowała w „Oficerach”. Na ekranie ważniejsze okazało się to, że w postaci podkomisarz Alicji Katarzyna Cynke znalazła wiele odniesień do własnego życia. Opowiada o tym po raz pierwszy w rozmowie z Moniką Stukonis.

Monika Stukonis:
Wszyscy Cię chwalą za rolę w „Oficerach”. Czy czujesz, że zaczyna się sława?
Katarzyna Cynke: Na razie jestem pod wrażeniem samego serialu, który oglądam z wielkim zainteresowaniem, bo wcześniej nie widziałam efektów naszej pracy. Na planie miałam wrażenie pomieszania z poplątaniem, bo kręciliśmy kilka odcinków jednocześnie i kilka wariantów jednej sceny. A teraz siadam w niedzielę o 20.00 i widzę dokładnie, co z tego wyszło.

– Twoja postać – Alicja Szymczyszyn, młoda pani psycholog, jest pogubiona, nieśmiała, trochę zalękniona. Z odcinka na odcinek nabiera pewności siebie. Trudno było zagrać taką rolę?
Obie z Alicją przechodziłyśmy dokładnie w tym samym momencie rodzaj inicjacji: ja w zawodzie aktorskim, ona w pracy w policji. Dla mnie to był rodzaj chrztu bojowego, bo po raz pierwszy w życiu znalazłam się w zupełnie nieznanym mi świecie. „Oficerowie” to moja pierwsza poważna praca zaraz po studiach. Od razu wrzucono mnie na głęboką wodę. Teraz widzę, że była to dobra metoda. Musiałam natychmiast zacząć machać rękami i mam nadzieję, że dzięki temu nauczyłam się pływać.

– Jak dostałaś rolę Alicji?
Zaproszono mnie na wielostopniowy casting. Wcześniej dostałam skrótowy opis postaci. Znalazłam tam odniesienia do mojego własnego życia. Też pochodzę z rozbitej rodziny i wychowywałam się z dala od mojego ojca. Wydawało mi się, że wiem, jak to zagrać. Ale za moment pojawiły się wątpliwości. W scenariuszu Alicja jest impulsywna, szybka, zdecydowana, czyli jednak to nie ja! Mimo tych rozterek poszłam na casting. Bardzo chciałam pracować z Maćkiem Dejczerem.

– To była walka o dużą stawkę?
Tak. Zaczęłam przede wszystkim „walczyć” ze swoją osobowością, ćwiczyć głos, by był twardszy, bardziej zdecydowany. Czułam, że jestem brutalniejsza, zmieniły mi się rysy, głos, gestykulacja. Ale gdy to odsłuchiwałam, wpadałam w rozpacz. Cały czas byłam niewinna, zagubiona, tyle tylko, że mówiłam trochę grubszym głosem. Całe szczęście, że producenci widzieli Alicję jako osobę delikatną, która tylko w pewnych momentach uruchamia swój twardy charakter i zaczyna walczyć.

– Ile aktorek startowało do roli Alicji?
Słyszałam, że kilkadziesiąt.

– Na którym castingu pojawił się Dejczer?
Prawie na samym końcu. Grałam wtedy w parach z różnymi aktorami. Czułam, że sprawdza nie tylko moich potencjalnych partnerów, ale również moje reakcje, pomysły na odegranie roli.

– Kolejna analogia – Alicja też jest sprawdzana przez Sznajdera, przez wewnętrzną komórkę w samej policji...
Tak, analogii było jeszcze więcej. Końcowy casting był piekielnie trudny. Próbowałam bardzo mocną scenę. Miałam pokazać kilkanaście różnych stanów emocjonalnych, bo reżyser nie poprzestawał na prostych rozwiązaniach. Myślałam, że to już koniec, bo Maciek za każdym razem powtarzał: „Nie, nie, nie, zrób to inaczej, inaczej, nie to”. Byłam pewna, że zaraz mi podziękują.

– Kiedy w końcu dostałaś tę rolę, pewnie szalałaś z radości.
Euforia została rozłożona na kilka etapów, rozmieniła się gdzieś po drodze. Byłam tak zmęczona, że wiadomość o tym, że zagram, przyjęłam spokojnie. To było uczucie ulgi, jak po zdanym trudnym egzaminie.

– Mówisz, że Alicję grasz trochę wbrew sobie. Kasia Cynke jest subtelna, delikatna, krucha, nie lubi walczyć. Te cechy nie przeszkadzają Ci w uprawianiu zawodu?
Granie wbrew sobie to dla mnie wyzwanie, które chętnie podejmuję. Czytam teraz książkę Clarissy Pinkoli Estés „Biegnąca z wilkami”, która powinna być elementarzem każdej kobiety. Trzeba zawierzyć instynktowi, intuicji, która uruchamia w nas niesamowite pokłady sił i emocji.

– Skończyłaś łódzką Filmówkę rok temu. Co działo się z Tobą po szkole?
Natychmiast po dyplomie zaczęłam współpracę z Teatrem Nowym w Łodzi. Z grupą przyjaciół z roku dostaliśmy stypendium Sceny Młodych przy tym teatrze i możliwość przygotowywania spektakli. Jesteśmy po trzeciej premierze. Pod koniec lata skończyłam „Oficerów”, we wrześniu ruszył sezon teatralny. Cały czas jestem w biegu.

– Jesteś warszawianką, ale mieszkasz w Łodzi. Mama nie płakała, że traci jedynaczkę z oczu?
Było nam ciężko się rozstać, bo jesteśmy z mamą bardzo blisko. Płakałam, gdy wyjeżdżałam na studia, bo opuszczałam dom, w którym zostawiałam swoją najbliższą przyjaciółkę. Na początku dzwoniłam do mamy codziennie, potem szybko wpadłam w wir ciężkich studiów. Byłam w szkole od rana do nocy.

– Co mówiono w szkole o Kasi Cynke?
Że powinnam walczyć ze swoją powierzchownością. Pamiętam, że profesor Bronisław Wrocławski mówił mi, że ja „mówię fiołkami”, a powinnam się trochę zbrzydzić, zwulgaryzować, by moje aktorstwo brzmiało wiarygodnie. Sugerowano, żebym zapisała się na zajęcia walk wschodu, by wyzwolić w sobie agresję i umiejętność wchodzenia w interakcję z innymi. Ale nie zapisałam się. Nie jestem tak zdeterminowana. By zagrać psychicznie chorą, nie muszę zamykać się w zakładzie. Ja żyję w świecie swojej wyobraźni i wiele stanów jestem w stanie sobie wyobrazić, podpatrzyć u innych.

– Trudno było przyznać się w domu, że chcesz zdawać do szkoły filmowej? Aktorstwo to zajęcie, które nie daje stabilizacji. Wszystko zależy od szczęścia i koniunktury...
Długo chciałam zdawać na medycynę. Ale ciągnęło mnie też do aktorstwa i pewnego dnia to „aktorstwo” we mnie zakrzyczało. Mama zawsze mnie wspierała. Od dziecka uwielbiam malować, to mama kupowała mi płótna, farby i pędzle.

– Twój dom był skromny?
Tak, utrzymywałyśmy się we dwie z nauczycielskiej pensji mamy, ale nie pamiętam, żeby czegokolwiek mi brakowało.

– Rozstanie rodziców zaważyło na Twoim życiu?
Myślę, że tak. Do 10. roku życia miałam pełną i szczęśliwą rodzinę i nagle mój dom się rozpadł. Nie mogłam się z tym pogodzić, ogarnął mnie jakiś niedowład, przestałam mieć poczucie bezpieczeństwa. To był trudny czas w moim życiu. Musiałam stać się bardziej partnerem mamy niż jej dzieckiem. Musiałam nauczyć się odpowiedzialności za siebie i za nią. Może dlatego jestem tak ugrzeczniona, bo nie chciałam jej zranić, chciałam sprawiać jak najmniej kłopotu. Dzisiaj myślę, że tamte wydarzenia zaważyły na mojej nadwrażliwości. Aktor czerpie z cierpienia, z braków, potem próbuje to nadrabiać. Takie osoby jak ja nigdy nie dorastają, bo całe życie noszą w sobie marzenie o szczęśliwym dzieciństwie.

– Czujesz, że sprzyja Ci los?
Od pewnego czasu bardzo. Mam wrażenie, że urodziłam się w czepku. A może jest to rodzaj rekompensaty za problemy, które miałam w dzieciństwie?

– Jak wspominasz swój pierwszy dzień na planie? Byłaś stremowana, że pracujesz z bardzo dobrymi aktorami?
Na początku byłam zalękniona, ale ekipa od razu uznała mnie za profesjonalistkę i pewnie uważali, że jeśli czegoś nie umiem, natychmiast się nauczę. Ponieważ byłam tak traktowana, sama zaczęłam się tak postrzegać. Zupełnie jak u Gombrowicza. Bardzo pomagał mi Czarek Pazura, Magda Różczka, która doskonale rozumiała wszystkie moje problemy, bo niedawno sama zaczynała w tym zawodzie.

– Nie było między Wami rywalizacji?
Gdy stajesz się dojrzałą aktorką (a Magda już nią jest), to nie może być mowy o zazdrości, bo masz pełną świadomość samej siebie i własnych ograniczeń. Trudno porównywać dwie aktorki, które wyglądają inaczej, mówią inaczej, nawet gestykulację mają kompletnie inną.

– Żyjesz już na własny rachunek?
Tak, z moim chłopakiem wynajmujemy mieszkanie w Łodzi. Oboje jesteśmy aktorami. To moja miłość jeszcze ze szkoły filmowej.

– Nie boisz się związku aktor – aktorka?
Boję się. Staramy się żyć w miarę „higienicznie”, nie przenosimy pracy do domu, nie jesteśmy ze sobą 24 godziny na dobę. To daje nam dystans.

– Dbasz o siebie?
No właśnie nie, tu najlepiej widać mój brak konsekwencji i lenistwo. Zamiast pójść na siłownię, wolę położyć się z książką i poczytać. Oczywiście potrafię się błyskawicznie zmobilizować, ale nic nie robię regularnie, z planem i kalendarzem w ręku. Na co dzień lubię być trochę niezorganizowana, chaotyczna.

– Pierwszy sukces za Tobą. Co czujesz, gdy budzisz się rano?
Czuję przestrzeń, powietrze. Spokój. Mam wrażenie, że jeśli pojawiają się zakręty w moim życiu, to za chwilę pojawia się prosta. Nie ma się czego bać! To mówię sobie każdego dnia!

Rozmawiała Monika Stukonis/ Viva!
Zdjęcia Marek Straszewski
Stylizacja Karolina Kiczko
Makijaż Tomek Kocewiak/d’vision art dla Lancôme
Fryzury Jaga Hupało & Thomas Wolff
hair design
Scenografia Michał Zomer
Produkcja Ewa Kwiatkowska
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (4)
/4 lata temu
Przepiękna kobieta...dobry warsztat aktorski. Uwielbiam Cię Kasiu...jesteś cudowna
/6 lat temu
Trzymam kciuki! Jesteś najlepsza, ładna kobietai poradzisz sobie w każdej sytuacji.
/6 lat temu
sama jestes beznadziejna.. Katarzyna Cynke to moja ulubiona aktorka :) Zycze jej duzo sukcesów w pracy!:)
POKAŻ KOMENTARZE (1)