Aleksander Rogoziński

Joanna i tajemnica fotografa - cz. 1 Powieść Aleksandra Rogozińskiego

Premierowa powieść Aleksandra Rogozińskiego
/ 21.07.2014 11:52
Aleksander Rogoziński
Pracuje w „Party” od początku istnienia magazynu – najpierw jako dziennikarz, a od kilku lat sekretarz redakcji. „Joanna i tajemnica fotografa” to jego pierwsza książka, a zarazem początek cyklu powieści o popularnej autorce romansów Joannie i jej menedżerce Betty, które razem rozwiązują kolejne zagadki kryminalne.

– Jest pani cudowną pisarką!
Joanna podniosła wzrok znad książki, którą właśnie podpisywała, i spróbowała przywołać na swoją twarz coś w rodzaju dziękczynnego uśmiechu. W tym samym momencie oślepił ją błysk flesza aparatu, którym dobrotliwie wyglądająca starsza pani uwieczniła chwilę składania autografu na egzemplarzu swojej ulubionej powieści – „Miłość w cieniu topoli”.

– Och, przepraszam… – powiedziała staruszka. – Wnuczek kupił mi taki wynalazek i jeszcze nie wiem, jak się nim posługiwać.
„Głupi bachor”, pomyślała Joanna, ale głośno odpowiedziała: – Nie szkodzi, też nie wiem, jak używać połowy sprzętów, które mam w domu. Ekspres do kawy to dla mnie prawdziwa zagadka!

Starsza pani uroczo się uśmiechnęła i odebrała swój egzemplarz książki. Joanna westchnęła i ze zrezygnowaniem pomieszanym z irytacją spojrzała na niekończącą się kolejkę chętnych po autograf. Smutna prawda była taka, że Joanna nienawidziła spotkań z czytelnikami. Kiedy lata temu po raz pierwszy zaproszono ją na Targi Książki, czuła się jak wniebowzięta. Tydzień chodziła po sklepach, wybierając sobie odpowiednią kreację, spędziła niezliczone godziny u kosmetyczki, wizażystki i fryzjerki. Wszystko, żeby tylko zrobić jak najlepsze wrażenie. Niestety, panowało wtedy lato stulecia, a na targach popsuła się klimatyzacja. Po kilkunastu minutach zgrzana i spocona Joanna, którą tego popołudnia ostry makijaż przemienić miał w kobietę wampa, zaczęła bardziej przypominać topielicę bagienną. Do tego w kolejce do niej ustawiły się na zmianę przygłuche staruszki, wykrzykujące jej swoje imiona głosem walkirii, oraz zboczeńcy, czyniący jej mało subtelne propozycje natury erotycznej. Kolejne spotkania nie były o wiele lepsze i w sumie już samo hasło „podpisywanie książek” kojarzyło się Joannie tylko z bólem ręki i głowy. A tego wolała raczej unikać.
Niestety, co jakiś czas jej menedżerka stawiała ją przed faktem dokonanym, co zawsze powodowało sprzeczkę i ciche dni między paniami. Pierwsza po takiej scysji z reguły poddawała się Joanna. I to nie tylko dlatego, że bez Beaty, zdrobniale zwanej przez nią Betty, nie potrafiła załatwić żadnej ważniejszej sprawy. Po prostu wiadomo było, że menedżerka nie odezwie się do niej pierwsza. Ta słynęła bowiem ze skłonności do „zawzinania” się, która to cecha w jej własnych oczach uchodziła oczywiście za wybitną zaletę. Gwoli sprawiedliwości trzeba przyznać, że upór Betty sprawdzał się, gdy wojowała o honoraria z wydawcami albo stawiała do pionu krytyków literackich, którzy twórczość jej szefowej nazywali „tanim porno dla znudzonych gospodyń domowych”.

Joanna wiedziała, że Betty skoczyłaby za nią w ogień, i dlatego pozwalała jej na kierowanie swoim życiem i obrażanie się za każdym razem, kiedy zrobiła coś bez konsultacji ze swoim aniołem stróżem. I choć większość takich samowolek kończyła się mniejszymi czy większymi wpadkami i powtarzanym jak mantra przez Betty komentarzem: „Od początku mówiłam, że tak będzie!”, to Joanna z roku na rok miała coraz silniejsze wrażenie, że jej uzależnienie od menedżerki to pierwsza ze spraw, które powinna zmienić w swoim życiu. Kiedy więc poznała kolejnego „mężczyznę idealnego”, starannie dopilnowała, aby Betty dowiedziała się o nim dopiero wtedy, gdy ów się do niej wprowadził. Zgodnie z przewidywaniami Joanny obecność Konrada w jej pięknej willi w podwarszawskim Milanówku menedżerka potraktowała co najmniej tak, jakby pisarka zaczęła hodować w basenie krokodyle i piranie, ewentualnie sprowadziła do ogrodu kozę z zamiarem codziennego jej dojenia.

– To łowca posagów! – zawyrokowała na dzień dobry.
– Ale ja nie mam posagu – zauważyła trzeźwo Joanna.
– Wiesz, o co mi chodzi! – upierała się Betty. – Jaki jest inny powód, dla którego ktoś, kto jeszcze parę lat temu sikał w pampersa, miał romansować z ryczącą czterdziestką?
– Po pierwsze, on ma dwadzieścia siedem lat, a po drugie nie powiedziałam mu, ile ja mam… – wyjaśniła niepewnie Joanna. – To znaczy, no… trochę sobie odjęłam…
– Ile? – zaciekawiła się Betty.
– Odrobinkę…
– Ile?!
– No dobrze, skoro musisz wiedzieć, powiedziałam mu, że mam dwadzieścia dziewięć – powiedziała gniewnie Joanna.
– Liczyłaś na to, że jest pacjentem zakładu dla ociemniałych?! – parsknęła Betty. – Poza tym w dobie Wikipedii to żałosne…
– Powiedziałam, że tam jest przekłamanie, bo cyferki im się pozamieniały – przypomniała sobie Joanna. – Taki czeski błąd…
– Jasne, a pierwszą książkę napisałaś w przedszkolu, w przerwie między leżakowaniem a zabawą w kółko graniaste…
– Myślisz, że nie wyglądam na dwadzieścia dziewięć? – zasmuciła się Joanna.
– Myślę, że wyglądasz na czterdzieści, a on na twojego syna
i powinnaś to jak najszybciej zakończyć – zawyrokowała Betty. – Jakby ci było jeszcze mało przygód…

Joanna wzruszyła ramionami. Jak większość pisarek romansów uważała za swój zawodowy obowiązek nawiązywanie jak największej liczby kontaktów z płcią przeciwną. „Nie można uczyć jazdy samochodem, nigdy wcześniej nie siedząc za kierownicą”, zwykła mawiać. Niestety, liczba miłosnych podbojów Joanny w żaden sposób nie chciała iść z ich jakością. Kiedy osiągała swoje pierwsze sukcesy literackie, była związana ze starszym od siebie o kilka lat Tadeuszem, jak jej się wydawało znakomitym materiałem na męża i ojca jej dzieci. Zdanie Joanny w kwestii atrakcyjności jej partnera podzielały też inne panie, a Tadeuszowi jakoś niezręcznie było którąkolwiek z nich rozczarować. W efekcie
w ciągu kilkunastu miesięcy, w czasie których mieszkał już z Joanną w jej odziedziczonym po babci warszawskim mieszkaniu, został ojcem trojga dzieci innych kobiet. Joanna dowiedziała się o tym przypadkiem, kiedy pewnego wieczoru przez roztargnienie, myśląc, że otwiera rachunek za prąd, przeczytała pismo z sądu z zaproszeniem dla Tadeusza na rozprawę o alimenty. Spakowała wtedy wszystkie jego rzeczy i grzecznie poczekała kilka godzin, aż jej ukochany wróci z pracy. W tym czasie doszła do wniosku, że zamiast przywitać go solidnym uderzeniem wałkiem kuchennym w potylicę, co planowała pierwotnie, lepiej będzie zadziałać dyplomatycznie. Przygotowała więc kolację przy świecach, obficie dodając do ulubionej zupy swojego ukochanego senesu i lactulosum, kupionych jakiś czas temu, gdy jej kot cierpiał na zaparcia, a do sałatki użyła szynki parmeńskiej, która przeterminowała się miesiąc wcześniej i przez zapomnienie przeleżała w lodówce, schowana za serami pleśniowymi.

– Myślisz, że bylibyśmy dobrymi rodzicami? – zagadnęła, gdy jej ukochany zasiadł do stołu i zaczął konsumować naszpikowaną niespodziankami zupę.
– A skąd takie pytanie? – Karol spojrzał na nią zdziwiony.
– Pomyślałam, że to dobry moment. Mieszkamy razem, tak bardzo się kochamy… – powiedziała Joanna, w duchu zastanawiając się, czy zamiast środków przeczyszczających nie powinna dodać do zupy kawałków szkła albo choć jednego małego gwoździka.
– Skarbie, dziecko to obowiązki, uwiązanie w domu – tłumaczył Tadeusz – a my przecież tak dobrze się bawimy…
„No, ja dopiero zaraz zacznę, ty smętny fiutku”, pomyślała Joanna, ale głośno powiedziała:
– Myślałam o chłopcu… – po czym, przypomniawszy sobie treść pozwu, dodała: – Dalibyśmy mu na imię… na przykład… Artur!
Tadeusz zachłysnął się zupą, a w jego oczach mignęła panika. Szybko się jednak opanował.
– Artur? Skąd taki pomysł? – zapytał nie swoim głosem i ku uciesze swojej partnerki przyspieszył konsumowanie zupy.
– To ładne imię… – powiedziała Joanna nieco rozmarzonym
tonem. – Jak król Artur. Niezłomny rycerz, zawsze wierny swojej ukochanej Ginewrze…
– Nie rozumiem, co cię dzisiaj opętało – mruknął Tadeusz. – Artur to beznadziejne imię…
– Rozumiem więc, że matka twojego syna wybrała je bez konsultacji z tobą?
– Że co?!
– Że to, ty zdradliwy, oślizgły sukinsynu – wybuchła Joanna, tracąc równowagę. – Wynoś się z mojego domu i nigdy więcej nie pokazuj mi się na oczy! Ty gnido! Twoje walizki stoją w sypialni. Zabieraj je i spadaj!
– Kochanie… – powiedział Tadeusz niepewnie – nie czuję się najlepiej…
– Nic mnie to nie obchodzi. Wynoś się!
– Ale ja naprawdę nie czuję się dobrze…
– Won, gadzie!
W obliczu furii w oczach Joanny Tadeusz chwycił za walizki i szybko opuścił jej mieszkanie. Autorka przez okno zobaczyła, jak jej były ukochany pędem leci do samochodu, pospiesznie ładuje walizy do bagażnika i rusza z takim impetem, jakby był strażakiem i spieszył się do pożaru. Nieco później dowiedziała się, że jej zupa spełniła swoje zadanie i następnego dnia Tadeusz musiał zmienić w samochodzie nie tylko tapicerkę, ale i cały fotel po stronie kierowcy, a wietrzenie auta trwało kilka kolejnych dni. Zdecydowanie poprawiło jej to humor.

Potem do galerii miłosnych pomyłek Joanny dołączyli jeszcze: zakompleksiony Patryk („Ale naprawdę było ci dobrze? Wszystko ci się podobało? Nie jest ZA MAŁY?”), uzależniony od pornografii Michaś („Przysięgam ci, że te pliki wgrały się same. Ściągnąłem nową wersję iTunesa i te Murzynki wskoczyły mi automatycznie!”), potajemnie romansujący z facetami Marcin („Myślisz, że szybko zrobię sobie taką rzeźbę jak ten blondyn, który leżał obok nas wczoraj na plaży?”) oraz przystojny, ale za to kompletnie wyprany z poczucia humoru Waldek („Zupełnie nie rozumiem, co ludzie widzą w »Przyjaciołach«, to taki nudny serial i nic się tam nie dzieje…”).

Kiedy więc Joanna poznała Konrada, który nie był kryptogejem, nie złożył jej na pierwszej randce kuszącej propozycji odbycia „szybkiego numerka w samochodzie”, nie zastanawiał się, czy Dostojewski to oby nie jakiś nowy gracz w drużynie Spartak Moskwa, a do tego był miły, zadbany, męski i przystojny, uznała, że małe kłamstewko dotyczące jej wieku nie będzie niczym zdrożnym w drodze do celu. A celem Joanny było oczywiście zakochać się, i to taką miłością, jaka zdarza się tylko w bajkach, ewentualnie co bardziej kiczowatych hollywoodzkich romansidłach. Swój ideał faceta opisała na kartach czterdziestu powieści, traktując to jako coś w rodzaju sygnału s.o.s. wysyłanego do tego jedynego, który – jak święcie wierzyła – gdzieś tam musiał istnieć. Niestety, mężczyźni nie czytali jej książek, a jeśli już trafił się jakiś wyjątek, to – jak sama trzeźwo zauważała – było to najlepszym dowodem, że nie nadaje się na jej partnera…

Kolejka chętnych po autograf Joanny nie zmniejszała się ani trochę. Z sąsiedniego stoiska zazdrosnym wzrokiem spoglądała na pisarkę nudząca się jak mops autorka książek o hodowli pszczół. Joanna uśmiechnęła się do niej przepraszająco.
– Jak myślisz, ile to jeszcze potrwa? – zapytała Betty, która przyniosła jej wodę mineralną.
– To zależy od tempa, w jakim będziesz to podpisywać – odpowiedziała Betty. – Ale na pewno jeszcze ze dwie godziny…
– Może powinnam na takie okazje zatrudnić sobowtóra? – zamyśliła się Joanna. – Ponoć w Kielcach jest jedna kobieta, która wygląda jak moja siostra bliźniaczka. Zdobyła za to nagrodę na jakimś zlocie klonów czy czymś takim. No dobrze, skoro to ma tyle trwać, to muszę skoczyć do toalety. Ogłoś, że nie uciekam na zawsze, bo jeszcze ci ludzie rozszarpią mnie po drodze.

Betty wzięła mikrofon i w imieniu Joanny zaczęła przepraszać za krótką przerwę. Autorka wykorzystała ten moment i szybkim krokiem podążyła w stronę toalet. Przez moment zastanawiała się, czy nie uciec windą, która właśnie kusząco nadjechała, ewentualnie zatrzasnąć się w ubikacji i nie wyjść z niej do późnej nocy, ale po chwili zrezygnowała z tych pomysłów. Skoro jej wielbiciele zadali sobie tyle trudu, przejechali pewnie szmat drogi, karnie stoją w kolejce, to głupio byłoby im wywinąć taki numer. Nawet swoje potrzeby naturalne Joanna starała się załatwić jak najszybciej. Kiedy jednak już miała wyjść z ubikacji, usłyszała, jak do toalety wchodzi ktoś jeszcze. Odruchowo cofnęła rękę z klamki.
– Nieźle się trzyma jak na swoje lata – usłyszała niski, ale z pewnością damski głos.

– No… Musi mieć już jakoś pod pięćdziesiątkę, ale zupełnie tego po niej nie widać – odpowiedział drugi, dla odmiany wysoki, damski głos.
– Jak nic botoks – zawyrokował głos pierwszy tonem znaw-
cy – albo lifting. Pewnie jest tak naciągnięta, że jak się uśmiecha, to piersi jej się same unoszą…
„Ciekawe, o kim mówią. Może o tej bidulce od książek o seksie. Faktycznie, wygląda tak, jakby cały czas jechała pod wiatr na motorze…”, zastanowiła się Joanna.
– Albo konserwuje ją ten nowy kochanek – powiedział głos pierwszy. – Przeczytałam w „Koktajlu”, że to jakiś dzieciak…
– Skądś musi czerpać pomysły do tych marnych romansideł…
Joanna zamarła z ręką na klamce. Wstrętne baby najwyraźniej plotkowały o niej! Pięćdziesiątka… Matko Pańska!
– Znam byłą dziewczynę tego jej Konrada – kontynuował cieńszy głos. – Ona nazywa go Kondzio. Byli bardzo w sobie zakochani. Aż któregoś dnia powiedział jej, że wybiera się z kolegami na narty w góry. Przez pierwszych kilka dni dzwonił, wysyłał SMS-y. A potem nagle napisał jej, żeby o nim zapomniała, że nie jest jej wart i żeby poszukała sobie kogoś lepszego. Przestał odbierać od niej telefony, nie odpowiadał na wiadomości…
Joanna, którą wysłuchiwana opowieść pozbawiła tchu, poczuła, że za moment udusi się z emocji. Nic nie wiedziała o żadnej dziewczynie. Konrad, młody fotograf, którego faktycznie poznała na stoku w Zakopanem, przedstawił jej się jako singiel, od lat bezskutecznie szukający swojej drugiej połówki. Ich romans, skonsumowany piątego dnia znajomości w góralskiej chacie, którą od lat wynajmowała zimą, w mgnieniu oka nabrał zawrotnego pędu. Szybko padły wielkie deklaracje i kiedy wrócili do Warszawy, byli już w poważnym (na tyle, na ile można było po tygodniu znajomości) związku. Nigdy nie było mowy o żadnej trzeciej osobie…

– Kiedy wrócił do Warszawy, próbowała się z nim spotkać,
ale unikał jej jak mógł – kontynuował głos. – Dopadła go wreszcie kiedyś, jak wychodził z jednej z redakcji. Zrobiła mu wielką scenę, były krzyki i płacz, aż wreszcie ją odepchnął, nakrzyczał, żeby się nie kompromitowała publicznie i dała mu święty spokój, bo ma teraz na oku dobry interes i nie zamierza zmarnować takiej okazji…
„Interes? Jaki znowu interes?”, pomyślała zaskoczona Joanna.
– Myślisz, że ten babsztyl mu płaci? – spytał z niekłamanym zainteresowaniem pierwszy głos.
– To chyba oczywiste! – prychnął drugi. – Widziałaś, jak on
wygląda. Rewelacyjny chłopak, każda by na niego poleciała! Nie wierzę, że z własnej woli jest z kimś, kto powinien szukać partnera w domu spokojnej starości… Skończ już to maskowanie twarzy, bo nam w końcu przeleci kolejka i nie zdobędziemy autografu tej baby. Moja mama nigdy by mi tego nie darowała, choć naprawdę nie wiem, czemu tak się zaczytuje w tych grafomaństwach, to chyba pierwszy objaw demencji…
– Jeszcze tylko odrobina błyszczyku… Voila!
Niewiasty opuściły toaletę. Zszokowana Joanna odczekała chwilę, wróciła do stolika i dokończyła składanie autografów. Zmierzchało, kiedy wreszcie wyszła z Pałacu Kultury. Pożegnała się z Betty, która mieszkała w centrum Warszawy. Wsiadła do swojego porsche cayenne i zanim ruszyła, wybrała numer do Konrada. „Muszę z nim wyjaśnić te plotki jeszcze dzisiaj, bo inaczej pęknę”, myślała Joanna. Cierpliwość nigdy nie była jej mocną stroną. Niestety, Konrad najwyraźniej miał wyłączoną komórkę, bo od razu odzywała się poczta głosowa. Joanna spróbowała połączyć się trzy razy i wreszcie zniecierpliwiona miotnęła z furią telefon na tylne siedzenie auta. „Już ja mu pokażę wczesne pójście spać!”, pomyślała mściwie, ruszając w kierunku Milanówka. Traf chciał, że tego wieczoru z reguły zatłoczona droga do jej miasteczka była prawie pusta. Joanna docisnęła gazu
i dotarła do celu w niecałe trzy kwadranse. Milanówek jak zawsze przywitał ją sielskim widokiem. Joanna kochała to miasteczko, odkąd lata temu przyjechała tu wraz z dziadkami. Pamiętała, jak babcia opowiadała jej w pociągu, że jadą zobaczyć miasto ogród, a potem, jak spacerowali po zielonych alejkach wśród pięknych willi. I choć od tamtego czasu minęło ponad trzydzieści lat, Milanówek nadal kojarzył się Joannie z bajką. Kiedy więc zaczęła się rozglądać za własnym miejscem na ziemi, odrzucała – być może podświadomie – wszystkie oferty, aż trafiła jej się ta z jej ukochanego miejsca. Stara willa, leżąca nieco na uboczu, należała kiedyś do śpiewaczki operowej. Gdy ta zmarła, jej spadkobiercy, porozrzucani po różnych zakątkach globu, nie wykazali specjalnego zainteresowania nieruchomością, która w związku z tym z roku na rok coraz bardziej podupadała. Gdy wreszcie trzy lata temu prawnuczka śpiewaczki zdecydowała się ją sprzedać, z niegdyś zapierającej dech w piersiach willi została strasząca z daleka ruina, po której hulał wiatr i buszowały koty. Nic więc dziwnego, że choć posiadłość wystawiono za wyjątkowo okazyjną cenę, oferta nie ciszyła się wzięciem. Joanna zakochała się w tym miejscu od pierwszej chwili. To prawda, że ogród składał się jedynie z chwastów, a dom wyglądał, jakby ktoś go przed chwilą zbombardował. Było jednak w nim coś nieuchwytnego, magicznego. Joanna chodziła po posiadłości jak zauroczona, a towarzyszący jej agent myślał w tym czasie, że różne już miewał klientki, ale tak zidiociałej to jeszcze chyba nigdy. – To prawda, co gazety piszą o artystach – zwierzył się wieczorem żonie. – Ta pisarka chyba była pijana albo naćpana. Nie dość, że łaziła po tej ruinie tak, jakby oglądała pałac w Wersalu, to jeszcze zapłaciła cenę wywoławczą. Kretynka!

Tymczasem kretynka dzwoniła już do znajomej architektki, żeby przekazać jej wizję tego, jak posiadłość ma wyglądać w przyszłości. Kiedy pół roku później ten sam agent przez przypadek przejeżdżał obok willi Joanny, aż cofnął samochód, żeby zobaczyć, czy nie śni. W miejsce scenerii odpowiedniej do horroru zobaczył piękny ogród i lśniący nowością dom, którego nie powstydziłaby się królowa Anglii.

Joanna dojechała do bramy swojej posiadłości. Mogła ją otworzyć sama, ale postanowiła obudzić ukochanego. Zamiast wybrać na szyfrowym zamku odpowiedni kod, przycisnęła dzwonek. Przeczekała kilka sygnałów, po czym powtórzyła tę czynność. Bez skutku. „Może go gdzieś wyniosło? Dziwne…”, pomyślała. Wstukała kod. Brama otworzyła się natychmiast i prawie bezszelestnie. Joanna od razu zauważyła, że motor jej chłopaka stoi tuż przed wejściem do domu. Jednak w żadnym oknie nie dostrzegła światła. Wyłączona była nawet lampa mająca oświetlać ganek, ale przy okazji ułatwiająca też poruszanie się po terenie. Miała być włączona do chwili, aż wszyscy domownicy znajdą się w środku. „Postanowienia swoje, a praktyka swoje”, pomyślała z goryczą Joanna. Pilotem otworzyła garaż i zaparkowała samochód. Brak światła na ganku powodował, że i cała okolica domu tonęła w ciemności. Joanna potknęła się o jakąś gałąź. W duchu dość wulgarnie pomyślała o swoim ogrodniku, który przychodził do niej dwa razy w tygodniu tylko po to, aby – jak coraz częściej podejrzewała – pomalutku, acz skutecznie opróżniać zawartość jej szafki z alkoholem. Doszła do drzwi i przycisnęła dzwonek. Po kilku sygnałach, które nie wywołały wewnątrz domu żadnej reakcji, zaczęła grzebać w swojej torebce. Jak większość kobiet, Joanna miała tam wszystko. Kolejno domacała się długopisu, portfela, pendrive’a, na którym trzymała elektroniczną wersję swojej nowej powieści, błyszczyku, szminki, pudru, telefonu komórkowego, flakonu perfum, gumy do żucia i lakieru do paznokci. Kluczy ani śladu. No to kanał!

Joanna przez moment siłowała się z drzwiami, a następnie znów spróbowała zadzwonić do Konrada. Ponownie włączyła się poczta głosowa. Przez chwilę Joanna rozważała możliwość staranowania drzwi za pomocą samochodu i wdrapania się na dach
w celu wejścia kominem. Na domiar złego wiosna nie należała do najcieplejszych, a nocami temperatura potrafiła spaść do zera i zziębniętą coraz bardziej Joannę zaczęła z wolna ogarniać wściekłość. Jakim prawem Konrada nie ma w domu? Czemu jej o tym nie uprzedził? I gdzie, do cholery, się włóczy, zamiast czekać na nią z romantyczną kolacją i szampanem?!

W końcu byli ze sobą dopiero cztery miesiące, a to za wcześnie, aby przejść do fazy „skiknę z kolegami na piwo, nie czekaj na mnie”. Poza tym Joanna chciała być wiecznie noszona na rękach i stanowić dla partnera główną życiową atrakcję. Jak do tej pory Konrad pokornie się na to godził i oddalał się od niej jedynie wtedy, kiedy miał jakieś zlecenie. Co mu nagle strzeliło do głowy?!

Bezczynność nigdy nie była ulubionym stanem Joanny. Teraz też postanowiła działać. Obeszła z wolna posiadłość, szukając jakiegokolwiek sposobu dostania się do wewnątrz. Wejście do piwnicy zamknięte było na kłódkę, do której klucz znajdował się w środku domu. Podobnie z wejściem do spiżarki. Joanna już miała zrezygnować z dalszych oględzin, kiedy nagle dostrzegła otwarte okno na piętrze. Łazienka! Pytanie tylko, jak się do niej dostać. Joanna najpierw spróbowała wdrapać się po gzymsie, ale kiedy trzeci raz klapnęła tyłkiem w rabatki, z racji mrozu stanowiące teraz po prostu skamieniały grunt, dała sobie spokój. „Jakby to był film kryminalny, tobym się wspięła po ścianach jak pająk...”, pomyślała z rezygnacją, po czym – przypomniawszy sobie, że nie tak dawno trzeba było załatać kawałek dachu i leniwej ekipie nie chciało się po tym do końca posprzątać – wywlokła zza drewutni rzuconą tam niedbale przez robotników drabinę, po drodze potykając się o coś w ciemnościach i mało co nie tracąc równowagi. „Muszę tu kiedyś wreszcie posprzątać”, pomyślała, przystawiając drabinę do ściany. Ostrożnie zaczęła się wspinać. Problem pojawił się, gdy już znalazła się na wysokości okna. Drabina sięgała nieco wyżej i Joannę od upragnionego wnętrza domu oddzielały teraz szczeble. Delikatnie próbując przesunąć drabinę w taki sposób, aby odsłoniła okno, Joanna jedynie ją rozhuśtała. Nie mogąc już jej opanować, spróbowała czym prędzej przełożyć nogi przez parapet. Udało jej się to dokładnie w tym momencie, kiedy do reszty straciła panowanie nad niesforną konstrukcją. Zamieniona w szalone wahadło drabina walnęła ją w plecy i Joanna wpadła do łazienki z niezamierzonym impetem. Rąbnąwszy o posadzkę, zobaczyła gwiazdy przed oczami. „To będzie jutro bolało”, przemknęło jej przez głowę. Wstała i spróbowała rozmasować sobie lewy bok, który ucierpiał najbardziej. Jej ręka umazana była jakąś dziwną i z racji ciemności trudną do zidentyfikowania mazią. „Co do cholery…”, pomyślała. Ponieważ jej wzrok przyzwyczaił się do ciemności, szybko znalazła kontakt. Przycisnęła go i łazienka rozbłysnęła delikatnym błękitnym światłem LED-ów, które zainstalowano tu w celu stworzenia intymnej atmosfery. Joanna obejrzała dłoń. Plamy na niej miały dziwaczny ciemnoniebieski kolor. Spojrzała w dół i dostrzegła małą kałużę. Strużka od niej prowadziła do kabiny prysznicowej. Joanna zrobiła trzy kroki w tamtą stronę i gwałtownym ruchem odsłoniła kotarę. Przez chwilę nie docierało do niej to, co widzi. A kiedy wreszcie dotarło, zaczęła krzyczeć – tak głośno, jak tylko mogła…
Tagi: fotograf