Jerzy Gruza fot. Ula Szczepaniak

Jerzy Gruza: Jestem znudzony

„Starość polega na tym, że nużą pana powtórki, a jednocześnie nie ma pan ani energii, ani ochoty oglądać coś nowego”. I to mówi reżyser takich komedii, jak „Wojna domowa” i „Czterdziestolatek”!
/ 24.10.2011 06:09
Jerzy Gruza fot. Ula Szczepaniak
– Kończy Pan swoją najnowszą książkę „Rok osła” wyznaniem, że „ginie”, nawiązując do metafory osła, który stoi przed dwoma snopkami siana i nie mogąc się zdecydować, który zjeść, zdycha z głodu. Pańskie snopki to co?
Jerzy Gruza:
Komercja czy artyzm.

– Nadal!? Mimo 80 lat nie rozstrzygnął Pan tego dylematu?
Jerzy Gruza:
Ciągle nie wiem, czy mam robić to, czy tamto. Jeśli zobaczę coś, co mnie podnieci, myślę sobie: Muszę to zrobić!

– A co Pana podnieca?
Jerzy Gruza:
To, czego dotychczas nie robiłem, będąc za bardzo w „lekkiej muzie”, od czasów Arystotelesa słabiej ocenianej. Choć to o wiele trudniejsze od tych płaczów narodowo-patriotycznych. A ja jestem człowiekiem, który widzi komicznie.

– No to może nie trzeba żałować, że się nie zostało artystą tragicznym?
Jerzy Gruza:
Tak, ale ciągnie człowieka do czegoś większego… Tylko kiedy robiłem poważne rzeczy, były niezauważane. Bo mam tę nalepkę przyklejoną przez festiwale sopockie.

– Rewia, schody, wiadomo.
Jerzy Gruza:
Tak, te schody, NRD-owiec w pierwszej części, NRF-owiec w drugiej części, Amerykanin otwiera, Ruski zamyka, takie bzdury się do mnie przylepiły w świadomości widza, już nie mówię o „Czterdziestolatku” czy „Wojnie domowej”, czy „Tygrysach Europy”. Z tych naklejek trudno się wyzwolić i wyrwać. A zrobiłem przecież i „Rewizora”, „Eryka XIV”, „Romea i Julię”, dwa bardzo poważne filmy – „Przeprowadzkę” z Wojtkiem Pszoniakiem i „Noc poślubna w biały dzień”, ale to zniknęło.

– Bo może tego Pan nie robi dobrze, może jest stworzony do lekkiej muzy?
Jerzy Gruza:
Nie, robię to bardzo dobrze. Tylko oglądalność tego jest mniejsza. Dlatego uciekam dzisiaj w książkę. Nikt mi nie mówi, co mam napisać. Choć też słyszę: „Za dużo jest o szpitalach, o śmierci”.

– Czytałem ostatnią. Napisana jest goryczą, wprost z woreczka żółciowego.
Jerzy Gruza:
No tak, ale wie pan, 80-letni facet…

– Powinien być spełniony, szczęśliwy, po wielu udanych romansach, wspominać z rozrzewnieniem, a nie goryczą.
Jerzy Gruza:
Gorycz wynika z obserwacji życia, z podziałów, plotek, stałej szarpaniny.

– Ale wyskoczył Pan na świat z brzucha matki w 32. roku zeszłego stulecia, więc już Pan się tego naoglądał! Po cóż jeszcze to przeżywać?
Jerzy Gruza:
I to jest właśnie znudzenie déja vu, bo wszystko już było. Jestem znudzony Warszawą, innymi miastami, Wybrzeżem, bo już tam byłem, znam te okolice, te domy. Starość polega na tym, że nużą pana powtórki, a jednocześnie nie ma pan ani energii, ani ochoty oglądać coś nowego.

– Myślałem, że starość polega głównie na wzroście empatii, że się rozumie, dlaczego ludzie są tacy, jacy są, i przestaje to człowieka denerwować, bo już się ich rozumie.
Jerzy Gruza:
Nie denerwuję się tak bardzo. Tylko obserwuję i mam taką gorycz. Moja lekarka przeczytała poprzednią książkę i mówi: „Proszę pana, to trzeba się leczyć, zapiszę prozac…”.

Porozmawiajmy o gwiazdach - forum >>


– No i trzeba było wziąć!
Jerzy Gruza:
Nie, nie wziąłem, boję się.

– Czego? Szczęścia?
Jerzy Gruza:
Żebym się cały czas uśmiechał. A ja często ląduję na OIOM-ie, takim ośrodku…

– …podtrzymania życia. Jako pacjent?
Jerzy Gruza:
Tak, często tam się zjawiam i ładują mnie na noc do tego OIOM-u. I tam przeżywam uderzenie bólu, cierpienia innych ludzi, wychodzę stamtąd i wydaje mi się, że dotknąłem piekła. I że to wszystko, co nas otacza, jest nic niewarte.

– Bo wobec śmierci jest niewiele warte.
Jerzy Gruza:
Wychodzę stamtąd jak nieżywy, choć o własnych siłach.

– Może Pan trafia na OIOM-y, żeby się ćwiczyć w umieraniu albo uciekaniu przed śmiercią?
Jerzy Gruza:
Jest coś z tego. Ucieczka do szpitala jest drogą do samotności, a jednocześnie opieki, bezpieczeństwa. Jest też choroba poszpitalna. Po operacji bałem się wyjść poza bramę. A wejście na teren szpitala powoduje, że odżywam, bo wiem, że się mną zaopiekują.

– Czyli nie prozac, a mury szpitalne. Uzależnił się Pan już od szpitali?
Jerzy Gruza:
Nie, ale lekomanem jestem absolutnym, wożę ze sobą walizkę leków. Mój znajomy, który mnie odprowadzał na lotnisko, zobaczył moją otwartą walizkę i się przeraził! I mówi: „Pamiętam, że pięć lat temu woziłeś walizkę prezerwatyw, a teraz walizkę lekarstw!”.

– Już żadnych prezerwatyw?
Jerzy Gruza:
Nie bardzo. A tak w ogóle to prezerwatywy nie są moją ulubioną zabawką. Zna pan ten żart? W małym miasteczku żydowskim mężczyźni stoją w kolejce w drogerii po prezerwatywy. Pierwszy, młody, pyta sprzedawczynię: Czy pani ma tylko jeden rozmiar? Mnie to strasznie uciska, strasznie boli! Ona: Niestety, mam tylko jeden rozmiar. A wtedy wysuwa się zza niego staruszek i szepce: I niech pan powie jeszcze, że się zsuwają!

– Rozumiem. Ale jak Pan tak nie lubi Warszawy, Sopotu…
Jerzy Gruza:
Wszystkiego nie lubię.

– To co Panu szkodzi… Ma Pan prawie 80 lat, właściwie jest już bezkarny, może mógłby Pan zostać staruszkiem terrorystą, podkładać ładunki wybuchowe, wysadzać to „wszystko”.
Jerzy Gruza:
Bardzo często chciałbym rozstrzelać. Był taki film amerykański – facet w korku stoi, wychodzi z samochodu i wszystko go drażni. Przychodzi do McDonalda, zamawia śniadanie, a kiedy mu mówią, że jest minuta po 11., że już nie ma śniadań, wyjmuje karabin i napieprza. Bardzo często mam takie ochoty. To momenty bezsilnej złości

– Zasłużył na tak długie życie?
Jerzy Gruza:
Do mnie się bardzo dużo ludzi przyczepia z pytaniem, dlaczego tak długo żyję.

– Dosyć uporczywie, i jeszcze Pan ma pretensje, że nie dzwonią z propozycjami.
Jerzy Gruza:
A mam. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że rola emeryta to jest tak ciężki zawód.

– Co jest w niej takiego ciężkiego?
Jerzy Gruza:
Ciągle pan ma energię działania, a ona nie jest konsumowana. Mnie kiedyś zaskoczył prezydent Kwaśniewski. Dziesięć lat temu spotkał mnie na jakimś przyjęciu i pyta: „To ty jeszcze żyjesz?”.

– I jaka jest dobra odpowiedź na takie pytanie?
Jerzy Gruza:
Trochę mnie nim „przyskrzynił”.  Ludzie nie doceniają starości. Napisałem serial o emerytach, kontynuację „Czterdziestolatka”. Chciałem pokazać, jak ci bohaterowie są na emeryturze, ale nie dziadują po śmietnikach, tylko są studentami trzeciego wieku i starają się coś czytać, coś wiedzieć, dyskutować, i to jest wspaniałe! Idea tych uniwersytetów rewelacyjna, uruchamiać szczątki energii u tych ludzi, a nie żeby siedzieli i patrzyli się w telewizor. Sam mam ciągle tę potrzebę ruszania się, działania.


– Polska telewizja chyba nie jest jeszcze gotowa na serial o emerytach.
Jerzy Gruza:
Nie, bo oni uważają, że „tylko młodzi!” i to się nadaje do trybunału w Strasburgu, jako rodzaj rasizmu!

– Ale nie odpowiedział mi Pan na pytanie, czy zasłużył na długie życie?
Jerzy Gruza:
Wydaje mi się, że tak.

– Czym głównie?
Jerzy Gruza:
Tym, że jestem zręcznym, dowcipnym obserwatorem tego, co się dzieje. Nie zanudzam, nie ingeruję w inne życia, nie wpadam w pułapki polityczne.

– A prywatnie to był Pan porządnym człowiekiem? Powystępuję trochę w roli świętego Piotra, który ma zdecydować, czy Pan się przeniesie tam, czy tu pozostanie.
Jerzy Gruza:
Myślę, że tak. Wszystko to były zresztą gry pozorów.

– Nie. Albo zostały tabuny skrzywdzonych, albo…
Jerzy Gruza:
To raczej ja byłem krzywdzony, wbrew pozorom!

– Przez kogo?
Jerzy Gruza:
Przez kobiety na przykład, które odchodziły ode mnie, a wydaje się, że powinny zostać!

– Nie potrafił Pan ich zatrzymać. Jaka tu wina kobiet?
Jerzy Gruza:
Nie potrafiłem. Ale ktoś bardzo mądrze powiedział, że zatrzymać kobietę to tak, jakby wstrzymać fale morskie.

– Był Pan takim mężczyzną, który porzucony płakał, czy raczej rzucał się w wir pracy?
Jerzy Gruza:
Raczej w pracę. I zrobiłem tysiące rzeczy, mimo życia wieczornego, bankietowania, imprezowania, basenu Legii.

– Basen Legii to było kultowe miejsce Warszawy lat 60.  Co Wyście tam robili?
Jerzy Gruza:
Głównie leżeliśmy i próbowaliśmy się opalać. Ale były tam takie podsekcje, na przykład basketballu. Pływało się, plotkowało, kurwy pod parkanem leżały, a dziewczyny były bliżej, na środku. Biznes leżał na tak zwanym betonie. Obowiązkowo trzeba było tam bywać, bo inaczej się nie wiedziało, co się dzieje w świecie warszawskim. I różne postacie prześmieszne tam się przewijały. Była „Kwiaciara”, zawsze wyfiokowana szalenie, na wysokich obcasach chodziła na brzegu basenu. Łobuziaki się zaczajali – ona była chętna na młode ciała, więc podśmiewali się z niej mocno – i wrzucali ją do basenu. Krzyczała strasznie i peruka jej odpływała, była łysą, starą, wstrętną babą. Kiedyś z młodym człowiekiem siedziała w Kameralnej, piła i przyszedł mąż. Podszedł i nie zrobił awantury, tylko złapał ją za włosy i z nimi odszedł, została przy stoliku łysa. I był słynny „wujo Rzeszotarski”, który leżał z nami, grał w karty i miał ten chwyt przestawiania z jednej kieszeni do drugiej nylonowego woreczka z pieniędzmi, tak że widać było same pięćsetki.


– Czemu to robił?
Jerzy Gruza:
Żeby dziewczynom pokazać, ile ma pieniędzy.

– Pieniądze działały na kobiety w PRL-u bardziej niż teraz?
Jerzy Gruza:
Chyba tak, jakkolwiek nie same pieniądze, tylko to, co było z nimi związane: mieszkania, dobre restauracje, samochód. Rzeszotarski miał olbrzymi amerykański samochód, bez dachu. Prowadził go Stasio Dalka, rajdowiec, a wujo siedział z tyłu z dziewczynami. Jak przejeżdżał Nowym Światem, to to robiło wrażenie. Był niesłychanym facetem. Przede wszystkim nie wiadomo było, skąd ma pieniądze. Skończył fatalnie, zaprzyjaźnił się z Dudkiem Pawlikowskim i razem mieszkali pod koniec życia w takim szarym bloku w Alejach Jerozolimskich. I razem wyskoczyli przez okno.

– Dialog, który jest mottem Pana najnowszej książki, jest współczesny czy z tamtych czasów? „Matka do córki: Wyjdź za niego, wyjdź! Wyjdziesz, poznasz kogoś, zakochasz się, będziesz szczęśliwa…”.
Jerzy Gruza:
Współczesny, to jest genialny skrót wszystkiego u tych bab…

– Pan kiedyś zwariował dla kobiety?
Jerzy Gruza:
Tak.

– I jak Pan wariował?
Jerzy Gruza:
Godzinami pod jej oknem.

– Coś wynikało z tego stania?
Jerzy Gruza:
Nie. Było to idiotyczne i to już byłem w starszym wieku. Ani specjalnie ładna, ani specjalnie mądra.

– Ile godzin tak Pan stał?
Jerzy Gruza:
Czasami bardzo długo. Najgorsze, że one sobie nie zdają sprawy z powagi sytuacji! Facet stoi na zimnie, wpatruje się w okna od sypialni, od pokoju i od kuchni.

– Wyglądała, żeby patrzeć, czy Pan stoi?
Jerzy Gruza:
Nie, nawet nie wiedziała.

– No to po co było tak stać?
Jerzy Gruza:
Chciałem wypatrzyć, co tam się dzieje.

– Czyli po prostu był Pan tandetnie zazdrosny?
Jerzy Gruza:
Strasznie.

– A ja pytałem o wariowanie okołomiłosne!
Jerzy Gruza:
Moim całym światem było wtedy to, że spędzam trzy godziny przed domem. Co ja więcej mam do zaoferowania? Role? Nigdy nie wariowałem dla aktorek, kobiet sceny. Raz się nabrałem, jak był pierwszy striptiz w Warszawie. Odbywało się to w Kongresowej. Rozbierała się Jugosłowianka. Poszedłem i się zakochałem. Przychodziłem potem co wieczór.

– Ile miał Pan lat?
Jerzy Gruza:
Byłem w kwiecie wieku, pracowałem w telewizji. Ona z długą lufką z papierosem, blond włosy, wysokie obcasy, „grała” Marlenę Dietrich. Codziennie stałem w przejściu do kuchni, wyłożonym kafelkami, i jak ona schodziła, to ja już czatowałem na nią wśród kelnerów biegających ze schabowymi. Ona wychodziła i się ubierała, niestety, u kierownika sali.

– To źle wróżyło Pańskiej miłości.
Jerzy Gruza:
Ale mówię sobie: trudno, muszę ją zobaczyć z bliska! Wielokrotnie próbowałem nawiązać z nią kontakt i nic! Widziała mnie, zawsze stałem w tym samym miejscu, przystojny blondynek, ona, przechodząc, rzucała okiem i znikała w czeluści kanciapy kierownika. A on za chwilę biegł tam z jej majtkami, nie mogłem tego wytrzymać! Jak się zorientowałem, że kierownik gra pierwsze skrzypce, to przestałem wystawać w tym korytarzu. A jakiś miesiąc później idę wieczorem, przede mną starsza babuszka niesie siatki z kapustą, mijam ją i ona mi mówi: „Dobre utro”. Stanąłem, patrzę i myślę: Dobre utro? Ona mówi: „No tam, striptiz”, że to ona. Tu kapusta, a tam wysokie obcasy, obciągnięte pończochy. I ja, stary weteran show-biznesu, nabrałem się na papierosa, make-up, to, tamto! To było moje pierwsze rozczarowanie show-biznesem. Od tej pory nie wierzę w aktorki, w tancerki. Tancerka jest zmęczona przede wszystkim, wyczerpana fizycznie, ona nie ma głowy do tych spraw.


– A aktorka?
Jerzy Gruza:
Im wkrada się sztuczność. Najlepsza to jest taka biuralistka, sekretarka. Redaktorki też są dobre bardzo, mają jeszcze swoje karierowe marzenia.

– Kobiety coś ważnego Panu dawały czy gubił Pan przy nich czas?
Jerzy Gruza:
Jak tak się głębiej zastanowić, to wtedy na pytanie: „Co ty teraz robisz?”, powinienem był odpowiadać: „Piszę powieść pod tytułem »W poszukiwaniu przepierdolonego czasu«”. Ilość dni, godzin i minut, które się spędza dokoła „tej” sprawy, jest przerażająca!

– Ale być może dzięki temu nie myślimy o mijającym czasie?
Jerzy Gruza:
Oczywiście, że to są afrodyzjaki, które zabierają główne myśli o sensie życia – władza, pieniądze, ilość orgazmów! Czytał pan o orgazmach w mojej najnowszej książce.

– Jeszcze nie.
Jerzy Gruza:
Odczytam kawałeczek: „O orgazmie dowiedziałem się od kolegi na zebraniu ZMP. Jeden z kolegów powiedział mi, że coś takiego istnieje niezależnie od walki klasowej. Niestety, w dziełach Marksa tego nie uwzględniono. Cnotę straciłem z dwiema strażniczkami więziennymi spotkanymi na tak zwanych Ziemiach Odzyskanych. Spotkałem tam się przypadkowo właśnie z orgazmem, ale na razie własnym. Dopiero później zrozumiałem, że chodzi o to, aby i one miały, nie tylko ja. Przez całe życie starałem się, co w mojej mocy, żeby sprostać temu zapotrzebowaniu. Z praktyki kilka przykładów z dawnych lat. Orgazm cichy: Już? już… Orgazm głośny: A! a! o! Przepraszam, czy to nowe budownictwo, czy stare? Stare. To znaczy mogę krzyczeć? Proszę bardzo. O! a! a! Malarski: Och, jak mi złoto, jak mi złoto, jak bosko złoto, mocniej, teraz różowo, cudownie różowo, jeszcze, o, czerwono, bosko, niebiesko, szybciej, granatowo, mocniej, mocniej, fioletowo, o tak, głęboko czarno, czarno widzę, nie widzę nic, czarno, biało, mocniej, szybciej, oślepłam! Orgazm aktorski (to przeżyłem): O! o! cudownie, tak! Nagle ona przestaje krzyczeć, patrzy w okno, tam wstający świt zamglonego poranka, na szybie krople deszczu, jesienne. I mówi z aktorską przesadą i poprawną dykcją: a za oknem jesień. I wraca do udawania orgazmu”. Będą tak udawać przez dalszy ciąg swojego całego życia, kłamać sobie, widzom, dyrektorowi teatru.

– Co zastępuje orgazm w późnym wieku?
Jerzy Gruza:
Nie wiem tak dokładnie.

– Coś przynosi takie uniesienie?
Jerzy Gruza:
Może kiedy koledze się nie powiedzie albo nie puszczą mu filmu.

– Pierwszy Pana seks był po wojnie, a kim chciał być w przedwojennej Polsce mały Jurek?
Jerzy Gruza:
Byłem strasznym śmieszkiem przede wszystkim i lubiłem obserwować komiczne sytuacje, szczególnie teatr ulicy, bo to była okupacja.


– Na przykład?
Jerzy Gruza:
To żerowanie, oszustwa, kradzieże, gry hazardowe na ulicach. Ulica warszawska była niesłychanym teatrem – od zabawnych rzeczy do tragicznych bardzo. Żydowskie dzieci, które przychodziły po warzywa, gonione przez granatowych policjantów. To wszystko się przeplatało niesłychanie w umyśle takiego młodego człowieka, leciało jednym filmem i trudno było rozdzielać. Byłem ostatnio na Chłodnej w teatrze. I to miejsce świetnie pamiętam z czasów okupacji, tam było słynne przejście z dużego getta do małego, pod spodem jeździły tramwaje, zostawili nawet tamten bruk… Tam widziałem ludzi skaczących z okien, stałem naprzeciwko, płonące dzieci, tego się nie da wymazać. Matka mnie odciągnęła od tego widoku, bo to było nieludzkie. Albo pamiętam sceny przechodzenia dzieci z getta przez te małe kanaliki w murze, które były do odprowadzenia wody, na jedną cegłę czy na dwie.

– A pamięta Pan jakąś wielką szansę, z której Pan nie skorzystał i dzisiaj bardzo żałuje?
Jerzy Gruza:
Ja płynąłem na fali, unosiłem się, nie miałem takich zdecydowanych celów, ambicji. Decyzji, co robić: czy zostać w Ameryce, czy być tu? I zrobiłem kilka błędów. Napisałem świetny scenariusz amerykański, którym się zainteresowali poważni amerykańscy aktorzy.

– I co?
Jerzy Gruza:
Ale dorwał się do tego nie powiem kto, zaczął przerabiać na swoje kopyto, bo uwierzyłem, że on jest wielkim międzynarodowym reżyserem! Spieprzył to dokładnie, a oni kazali sobie pokazać jego filmy, bo się uparł, że on to będzie robił. Pokazał i tragedia. A to była wielka szansa. Bo jest takie mniemanie niektórych osób, że ja lepiej piszę niż reżyseruję.

– Pan w to wierzy?
Jerzy Gruza:
Nie wierzę w to, bo jestem dobry i tu, i tu. I może coś jeszcze napiszę. Wielkiego nie, bo to już nie ma czasu.

– Ile zostało?
Jerzy Gruza:
Właśnie nie wiadomo, to jest najgorsze. Chociaż nie… Najgorsze jest co innego. Myśmy ze Skolimowskim się dosyć kolegowali i obserwowali życie, zdarzenia, słowa i zapisywaliśmy to na kartkach, każdy sobie wkładał do własnej kieszonki, pomysł na scenę, na to, na tamto… Ja już od dawna sobie nie wkładam, bo mam poczucie, że tego nie zrealizuję. To jest straszne, że pan ma tyle pomysłów, które pan nie wierzy, że mogą być zrealizowane.

Rozmawiał Piotr Najsztub

Zdjęcie Ula Szczepaniak
Charakteryzacja Joanna Pettit /D’vision Art
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)