Jarosław Kuźniar - X w życiorysie

Dziennikarz polityczny czy showman? Czy ma kompleksy chłopaka z prowincji? I czy alkoholizm to zawodowa choroba dziennikarzy? Piotr Najsztub nie odpuszcza, a Jarosław Kuźniar... nie robi uników.
/ 22.02.2011 10:55
Jarosław Kuźniar fot. Iza Grzybowska/Makata
– Od dziecka i uporczywie chciał Pan być dziennikarzem?
Jarosław Kuźniar:
Skończyłem właśnie 33 lata, a zacząłem, mając lat 15.

– Nieszczęśniku, nie wie Pan, że dziennikarz to w Polsce zawód najszybszej śmiertelności? Szybko Pan umrze.
Jarosław Kuźniar:
Na pewno nie chciałbym umrzeć przed kamerą. Tylko – bez żadnej kokieterii – kompletnie nie jestem w stanie robić nic innego, co pozwoliłoby mi się utrzymać.

– Próbował Pan może coś rękami zarobić?
Jarosław Kuźniar:
Ostatnio próbowałem polakierować drewniane szafki. Kupiłem bejcę, pędzle i… spieprzyłem to po prostu. Mimo to przed kamerą nie chciałbym, choć tak myślę od niedawna, stać do końca życia. Pamiętam jednak, że kiedy przyszedłem do radiowej Trójki, czułem się, jakbym Pana Boga za nogi złapał! Jeśli Kaczkowski, Niedźwiecki, Mann, Kydryński siedzą w tym samym studio, do którego ja też mogę przyjść i przeczytać serwis, to co mi więcej trzeba?!

– A potem był następny Pan Bóg...
Jarosław Kuźniar:
Okazało się, że jest ich co najmniej dwóch i szybko stamtąd uciekłem do Radia Zet.

– Potem następny Pan Bóg – TVN24. „X Factor” jest czwartym Panem Bogiem? Czy jest basenem z chętnymi blondynkami, szampanem, zabawą, jak przystało na prawdziwy show-biznes?
Jarosław Kuźniar:
To tak może wyglądać z boku, ale widziałem tych ludzi, którzy przyjechali do Zabrza na eliminacje do programu, i to wcale nie są młode blond siksy z błękitnymi oczami.

– Bo nie one będą w tym basenie, to fanki programu w nim będą, a Pan będzie do niego skakał.
Jarosław Kuźniar:
Mnie nie ciągnie do długiego auta, jeszcze większych pieniędzy i fanek w basenie.

– Ale będą.
Jarosław Kuźniar:
Ale ja nie jestem tym zainteresowany.

– Jak to?
Jarosław Kuźniar:
Mam spokojny dom i to mi wystarczy. W Warszawie żyję od 11 lat i jak widzę, mogę być w telewizji i nie muszę „bywać”. I to jest fajne, chociaż wydawało się niemożliwe. A każdą nową rzecz, którą mi pozwalają robić w telewizji czy na którą ja się decyduję, traktuję jako kolejne wyzwanie zawodowe. Nie potrzebuję nagle pieniędzy, żeby spłacić kredyt, nie potrzebuję dodatkowej gotówki, żeby sobie lepiej w życiu radzić.

– Więc po co „X” w życiorysie?
Jarosław Kuźniar:
Strasznie szybko się wszystkim nudzę. Więc jak mam poczucie, że zaczynam przebierać nogami w miejscu albo jakby mnie ktoś na szelkach, jak młodego chłopczyka, podniósł, i wtedy nimi macham, myślę, że skoro jest okazja spróbować czegoś w innym świecie i spróbować te dwa światy połączyć, to dlaczego nie?

– Może narzeczona potrzebuje nowych sukienek?
Jarosław Kuźniar:
Nie, sama sobie poradzi, a jeśli ja bym chciał jej kupić więcej, to też jakoś dam radę. Słyszę już: Jak facet, który jest w newsach, może iść w show-biznes?! Może. Dla mnie show-biznes nie jest czymś złym, nie muszę tam pójść i się zepsuć.

– Szymon Hołownia się zepsuł?
Jarosław Kuźniar:
Wydaje mi się, że nie, dalej jest blisko Boga, tak jak był przed. Przecież on gada z ludźmi, tylko może nie zbzikowanymi na punkcie Boga, ale zbzikowanymi na punkcie swoich umiejętności. A moje rozmowy z ludźmi, którzy przychodzą do „X Factor”...

– I chcą sławy...
Jarosław Kuźniar:
Dokładnie, oni tam przychodzą, żeby pokazać to coś najważniejsze, ten znacznik „X”, który jest właśnie w nich.

Porozmawiajmy o gwiazdach - forum >>


– To nie jest choroba psychiczna?
Jarosław Kuźniar:
Nie, choć z boku może się tak wydawać. Do „X Factor” przychodzą ludzie, o których można powiedzieć, że są zbzikowani i nie mają głosu, nie mają talentu, ale wierzą święcie w to, że ten talent mają. Ale jak można pomyśleć o chorobie psychicznej, kiedy na scenie staje małżeństwo, starsi ludzie, w wieku moich rodziców, ale bardziej zniszczeni życiem. Trzy tysiące ludzi siedzi w hali w Zabrzu, oni są ze Śląska, więc sala jest już ich i oni śpiewają Kayah i Bregovicia, fatalnie, fałszują, w ogóle nie śpiewają w rytmie… I na koniec dziękują, że mogli wystąpić, cieszą się, że jury nie będzie w ogóle ich oceniać, ale wszyscy ich wysłuchali. Sala oczywiście piszczy za nimi, oni przepraszają, że zawracali głowę, ale to dla nich było najważniejsze. I szczerze płaczą. Spełnili swoje marzenie, wystąpili przed publicznością.

– To musi być chyba dla Pana oddech świeżym powietrzem po tym, jak ma Pan w studio polityków, którzy nie są szczerzy, grają w swoje gry i miny?
Jarosław Kuźniar:
Przychodzą i grają grę. I ja to wiem, i oni to wiedzą. Zderzenie szczerości i prawdy ludzi z „X Factor” z nieszczerością i grą polityków jest więc rodzajem odtrutki.

– Jest Pan przygotowany, że trzeba będzie wpuścić fotoreporterów do kuchni, do sypialni, bo stanie się Pan celebrytą?
Jarosław Kuźniar:
Nie jestem nim. Rozmawiamy w dniu dla tej kwestii szczególnym. Przychodzę rano do pracy, jest piąta i co widzę...

– Siebie i swoją mamę na okładce „Super Expressu”?
Jarosław Kuźniar:
Co jest? – myślę – ja pierniczę! Kłóciłem się z mamą wcześniej, bo mi powiedziała, że ktoś tam z jakiejś gazety u niej był. Nie sądziłem jednak, że mama była z tym dziennikarzem na tyle szczera, bo wcześniej po prostu nie przegadaliśmy sprawy. Nie pomyślałem, że jeżeli ja ich nie wpuszczę do swojego życia, to oni mogą drążyć dalej, po rodzinie, znajomych. Nie pomyślałem, żeby mamę przestrzec! A ona ich wpuszcza i w dobrej wierze, że oto może się pochwalić synem...

– Synem pedantem, jak mówi dla „Super Expressu”.
Jarosław Kuźniar:
Po prostu pokazuje zdjęcia i opowiada o moich prywatnych sprawach. I ja się czuję dzisiaj tak, jakby mnie ktoś rozebrał, postawił na placu Trzech Krzyży i powiedział: Oto jest ten koleżka, stoi nagi i ma mały „interes”. Zobaczcie, tak wygląda naprawdę. Rzeczy, których nie chciałem nikomu powiedzieć! Bo co to kogo obchodzi, z kim śpię?!

– Teraz już będzie Pan stał nagi na tym placu. I trzeba będzie pokazać narzeczoną.
Jarosław Kuźniar:
Nie, nie trzeba będzie. Nie muszę.

– To ją pokażą, tak czy inaczej. Rozmawiał Pan o tym z narzeczoną, że tak może być?
Jarosław Kuźniar:
To jest kobieta z tak innego świata... i myślę, że jesteśmy na tym samym poziomie nieświadomości tego, co się dzieje w plotkarskich mediach. Ja naprawdę idę do „X Factor” tak, jakbym szedł do nowej roboty, i tyle. A to, co się dzieje obok, zupełnie mnie nie kręci.

– Ale to nie jest tylko robota, to inny świat, w którym panują inne reguły...
Jarosław Kuźniar:
Ale żeby nie zwariować, musi być jakaś granica, jakaś przestrzeń tylko dla siebie. No, niech to będzie komórka najbrzydsza, ale niech tam nikt nie włazi! Tak jak Stasiuk, który mówi, że ma komórkę, w której pisze. I to nie w domu. Wychodzi i idzie na górkę. W komórce jest bajzel, ale on ten bajzel rozumie i tam nikt nie ma prawa wchodzić, chyba że kogoś zaprosi. Musi być coś takiego, żeby człowiek nie zwariował. I ja staram się coś takiego właśnie mieć. Trochę mi w tym mama przeszkodziła...


– „X Factor” przewróci Pana tydzień zawodowy do góry nogami?
Jarosław Kuźniar:
On już się nie kończy po pięciu dniach, tylko ma ich siedem. Decydując się, wiedziałem, że zwyczajnie zabierze mi to życie.

– Lepiej żyć chyba niż pracować?
Jarosław Kuźniar:
Nie da się tylko żyć, żeby żyć, trzeba najpierw sobie na to zapracować.

– Pracoholik?
Jarosław Kuźniar:
Byłem, myślę, że to się teraz jakoś uspokoiło w tym sensie, że czasami odpuszczam…

– Była terapia?
Jarosław Kuźniar:
Nie. To wynikało trochę z tego, że jak „wyszedłem” z domu, z Bielawy, i pojechałem do Wrocławia, musiałem cały czas udowadniać, że „potrzymajcie mnie jeszcze, bo ja się tutaj nadaję do tej pracy”. Siłą rzeczy człowiek musi więcej robić niż inni, bo non stop coś udowadnia. Mam tak cały czas, że muszę coś udowadniać, nawet jak już wszyscy mówią: jest OK, to ja jeszcze „spróbuję, pokażę wam, że jeszcze można lepiej”.

– Jest Pan samcem alfa? Który chce zdominować otoczenie?
Jarosław Kuźniar:
Tak, dlatego nigdy nie mógłbym chyba być szefem.

– Bo byłby Pan strasznym szefem?
Jarosław Kuźniar:
Strasznym nie, tylko po wszystkich poprawiam. To jest moja choroba. Mam non stop pretensje, które mi, choremu, wydają się oczywiście uzasadnione, że coś „nie weszło” w tym czasie, w którym miało wejść, a gość się spóźnił, bo ktoś nie dopilnował. Tylko nie wiem, czy to jest samczość alfy, czy jakaś nerwica natręctw.

– Może jest Pan po prostu upierdliwy?
Jarosław Kuźniar:
Wkurzający, no…

– Pieprzony perfekcjonista?
Jarosław Kuźniar:
Tak, myślałem, że tego się trzeba wstydzić, ale chyba nie.

– To kiedy się Pan przekonuje, że naprawdę jest mężczyzną?
Jarosław Kuźniar:
Jak mi coś zawodowo wyjdzie, chociaż powinienem odpowiedzieć na to pytanie jakimś przykładem z sypialni wziętym.

– Bo to jest też pytanie o to, czym jest męskość?
Jarosław Kuźniar:
Zaradnością.

–  ...?
Jarosław Kuźniar:
Tym, że się nie prosi innych o pomoc, tylko się samemu tę pomoc oferuje. Dzisiaj mam taki dzień, że mnie wszystko wkurza, nic mi się nie udaje, dostaję non stop baty, od samego rana. I nie dzwonię, nie czekam, aż mi ktoś pomoże, tylko załatwiam sprawy, a potem pewnie otworzę wino i…

– Czytałem, że miał Pan taki okres, kiedy wino było często, jakieś półtora roku...
Jarosław Kuźniar:
Tak.

– Alkoholizm to choroba naszego zawodu.
Jarosław Kuźniar:
Niestety. Czytałem „Z głowy” Głowackiego, wiem, jak oni wszyscy, dziennikarze, pisarze, artyści, nie tyle kończą, co trwają. Dzisiejsza butelka wina wypita co wieczór to jednak nie to samo, co niegdyś pół litra wódki.

– Każdy się pociesza na swój sposób.
Jarosław Kuźniar:
Pamiętam taką rozmowę z dziennikarzem Antyradia, niepijącym alkoholikiem Krzysztofem Dowgirdem. Zaprosiłem go rano do TVN24, żebyśmy sobie pogadali. Były jakieś kolejne dane, że Polacy bardziej piją czy Rosjanie już przestali pić, nie pamiętam. I zaczęliśmy rozmawiać, a on podszedł do tego bardzo poważnie, bo nie miał powodu inaczej po swoich doświadczeniach. No i wyszło na to, że jest ze mną źle. Pomyślałem: „O Jezu, to może rzeczywiście...”. Teraz wiem o tym i pilnuję się. Ale pamiętam też taką rozmowę z Adamem Nowakiem z Raz, Dwa, Trzy, kiedy on w tej sprawie powiedział: „Ale jak inaczej?”. I nie widzę, żeby się zataczał po mieście.


– W towarzystwie staje się Pan jego duszą? Czy siedzi sobie z boku, sączy winko?
Jarosław Kuźniar:
Moje towarzystwo to ludzie, których ja chętnie słucham, więc zwyczajnie się wycofuję. Nie muszę przed nimi brylować, bo oni widzą, co ja robię w telewizji, więc mogę się zamknąć i posłuchać.

– Realizuje Pan schemat: „Udało się chłopakowi wyrwać z małego miasteczka”?
Jarosław Kuźniar:
W pewnym sensie tak. Podejrzewam, że byłbym dobrym pomocnikiem mechanika samochodowego, jakim jest mój ojciec, chociaż kilka rzeczy mu popsułem. Ale pewnie nie byłbym z tym szczęśliwy, więc spróbowałem zwyczajnie uciec i żyć po swojemu. Udało mi się zrealizować swoje założenie – wyjechać do Warszawy i jak najszybciej pracować w miejscu, o którym zawsze marzyłem. Tylko że ta granica marzeń zawsze się przesuwa. Ale udało mi się, bo się czuję bezpiecznie w tym mieście, bezpiecznie sam ze sobą, nie mam w sobie strachu, że jak za wysoko podniosę głowę, to spocznę na laurach, że mi się coś uda, a za chwilę ktoś mnie łupnie, bo ja na to nie zasłużyłem.

– Jak Pan sobie dał radę z kompleksami prowincjusza?
Jarosław Kuźniar:
Nie dałem sobie. Ale mówimy o awansie, że awans jest też po to, żeby się z kompleksów wyleczyć.

– Z kompleksów nie można się wyleczyć, można je oswoić, uznać, że to już nie jest strach. Zostaje tylko jakaś świadomość, jest się z prowincji i nigdy już nie będzie się kimś z wielkiego miasta.
Jarosław Kuźniar:
Mam tę świadomość, chociaż nie chcę, żeby się mieszkańcy Bielawy oburzyli, że to jest prowincja. Tak, jestem z mniejszego miasta. Ale to też pomaga, to nie musi uwierać. Warszawa jest takim miastem, że tutaj właściwie warszawiaków jest mniej niż przyjezdnych, więc pewnie każdy z tych przyjeżdżających musiał udowadniać więcej niż inni, żeby wywołać słowa: „Zostawcie go tu w tym mieście, niech on tu jeszcze pobędzie”. To mi też pomaga, trzyma na ziemi.

– A co Panu dało to, że wychowywał się Pan w małym miasteczku?
Jarosław Kuźniar:
Przekonanie, że jak sam sobie czegoś nie zrobisz, to niczego nie dostaniesz. Bo to nie jest tak, że kończę świetne liceum w Warszawie i moi rodzice, ojciec lekarz albo prawnik, mówią: No, synu, kupimy ci mieszkanie, być może poszedłbyś do jakiejś pracy. A piszesz coś? To może poszedłbyś do TVN24? Idź, zapytaj, pewnie tam są praktyki, my ci je opłacimy. Ja wiem, że muszę zapieprzać, żeby zwyczajnie się dobić. To mi dało siłę, żeby walczyć.

– Drapieżność.
Jarosław Kuźniar:
Jakąś drapieżność, chociaż nigdy nie startowałem w konkursach, poza czasami studenckimi czy licealnymi.

– Pan wychował się w Bielawie. Ile mieszkańców?
Jarosław Kuźniar:
Prawie 50 tysięcy.


– To spore miasteczko. Ja z kolei wychowałem się w 12-tysięcznym. I dla mnie świat takiego miasteczka był do objęcia, właściwie wszystkich znałem z twarzy, wiedziałem, gdzie się miasto kończy, i dorastałem w poczuciu bezpieczeństwa, bo cały świat dawało się objąć wzrokiem. Mieszkańcy, dzieci z dużych miast nigdy nie obejmują wzrokiem swojego świata, więc chyba żyją w lekkim strachu i niepokoju. Nie ma Pan czegoś takiego jak ja?
Jarosław Kuźniar:
Dlatego nie wychodzę za daleko. Najczęściej z pracy jadę prosto do domu i nie łażę nigdzie, bo świat domowy mam oswojony, wiem, gdzie co jest. I to nie dlatego, że mieszkanie ma 40 metrów i że każdy przedmiot znam i go codziennie pucuję. Tylko dlatego jest bezpiecznie, bo jestem w stanie go ogarnąć. A wchodzenie w miejsca, gdzie masz potencjalnych 150 nowych znajomych…

– Nie ma horyzontu…
Jarosław Kuźniar:
Nie ma i każdy może być twoim kumplem. Wydaje mi się to podejrzane, więc tego unikam.

– Jak się skończy przygoda z „X Factor”?
Jarosław Kuźniar:
Wakacjami, mam nadzieję.

– A Pan jaki będzie po wszystkim?
Jarosław Kuźniar:
Trochę się przyszłości boję, szczególnie po pierwszych nagraniach z tłumem w Zabrzu… Jak się zamknę w studio TVN24, miejscu oswojonym, małym, gdzie się dobrze czuję i jestem pewny każdego swojego gestu, każdej sytuacji, wiem, że mi wyjdzie lepiej albo gorzej, jak każdemu. I dlatego w rozmowach mogę od śmierci przechodzić do zabawy i wiem mniej więcej, jak to zrobić, żeby widz nie czuł obciachu i wiedział, że idę po tej cienkiej linii, ale nie spadnę. Natomiast w „X Factor” mam świadomość, że muszę się otworzyć, wyjść na podest z wielkim iksem i wiem, jaką temperaturę ma ten program i że ja siłą rzeczy muszę być nagle showmanem! Mam z tym problem, żeby się otworzyć, bo mi się wydaje, że każde moje głośniejsze powiedzenie to jest pajacowanie. A potem coś, co wydawało mi się moim krzykiem, okazuje się tylko jakimś głośniejszym wypowiedzeniem słowa przez Kuźniara. To jest mój problem, taki wstyd, jakieś wycofanie, a to się chyba bierze z miejsca, w którym się dorastało. Mam z tym problem, żeby zwyczajnie porwać tłumy.

– Musi Pan eksplodować.
Jarosław Kuźniar:
W jakimś sensie. Tak jak na skalę poranka w TVN24 jest tego mniej, tak na skalę tego programu jest tego zdecydowanie więcej i boję się, że zwyczajnie dostanę w kość. Czerwiec będzie taki, że po prostu sobie usiądę na tyłku i powiem: „No, chłopie, po pierwsze, udało ci się! Po drugie, sam przesunąłeś sobie granicę. I po trzecie, warto było”. Albo powiem inaczej: „No, chłopie, przesunąłeś te granice, ale nie doskoczyłeś”. I tego się boję.

Rozmawiał Piotr Najsztub

Zdjęcia Iza Grzybowska/Makata
Stylizacja Jacek Mozolewski
Charakteryzacja Agnieszka Jańczyk
Produkcja Elżbieta Czaja
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)