Janusz Leon Wiśniewski

Autor bestsellerowej „Samotności w sieci” przyznaje, że gdyby przewidział skutki, jakie wywoła ta książka, nigdy by jej nie opublikował.
/ 04.10.2006 16:14
wisniewski1.jpgCzy Pan przypadkiem nie urodził się w nie swojej skórze?
Bo rozumiem kobiety?

– Po przeczytaniu opowiadań „Zespoły napięć” pomyślałam sobie: w tym facecie jest coś bardzo kobiecego, on się chyba męczy w męskiej powłoce.
Od razu dementuję – poziom testosteronu we krwi mam absolutnie w normie. Podejrzewam, że mam także praktycznie wszystkie męskie wady. Typowy mężczyzna, tyle tylko że z większą niż inni – po części wmówioną mi przez media – znajomością kobiecej duszy. Teraz wielu osobom – po przeczytaniu moich książek – wydaje się, że wiedzą także, jaki typ kobiety lubię.

– No właśnie – jaki?
Wszystkim wydaje się, że z dużymi piersiami, bo moje bohaterki mają duże piersi. Że brunetki, bo moje bohaterki mają ciemne włosy. Lecz tak samo lubię kobiety z małymi piersiami. Strasznie mnie kręci w kobietach mądrość. Według mnie to właśnie mądrość jest absolutnie sexy.

– Pisze Pan często z punktu widzenia kobiety. Ja bym się nie odważyła pisać z punktu widzenia mężczyzny.
Tak sobie wymyśliłem w „Samotności w sieci”, że będę relacjonować świat jako on i jako ona. Byłem więc i nią, i nim.

– Zatem rozszczep osobowości?
Tak. Ale zamierzony i zaplanowany.

– Pisał Pan podobno do szuflady?
Owszem, ale wierzyłem, jak dziewczynka pisząca pamiętnik, że ktoś to kiedyś znajdzie i przeczyta. Chciałem zarejestrować moje emocje i wpisać w nie moje fabuły.

– A emocje wtedy Panem targały. Co to właściwie było? Kryzys?
To był pewien rodzaj smutku, który ma nawet medyczną nazwę – depresja po sukcesie. Pracując na pełnym etacie jako informatyk w międzynarodowej korporacji, „po godzinach” napisałem habilitację. Sam fakt posiadania habilitacji nie zmienił mojego życia w Niemczech. To nie przekładało się ani na uznanie, ani na awans w moim miejscu pracy. Ale miałem swój plan życiowy, który skrupulatnie wykonywałem. Założyłem kiedyś, że zostanę profesorem. Obiecałem to sobie i rodzicom, że ja – chłopak z Mokrego, najbiedniejszej dzielnicy w Toruniu, włożę kiedyś profesorską togę. Zaniedbując wiele ważnych spraw, odbierając swój czas bliskim, napisałem w końcu tę habilitację, obroniłem ją w Łodzi na Politechnice Łódzkiej, wróciłem do Frankfurtu i... byłem szczęśliwy przez pięć minut. Wchodzi się na szczyt i potem trzeba z niego zejść, zobaczywszy po drodze inne szczyty. Popadłem w rodzaj melancholii. Bo zamiast czytać córkom bajki na dobranoc – zabrałem im mój czas dla nich – czytałem książki o optymalizacji algorytmów translacji struktur chemicznych. I zastanawiałem się później, czy warto było. Czy to jest coś, co naprawdę chciałem robić.


– Ale gdyby Pan tego nie zrobił?
To pewnie do końca życia bym sobie to wyrzucał. W każdym razie zdałem sobie sprawę, że mam 44 lata i wchodzę w wiek, w którym robi się już jakieś podsumowania. I że ja nieustannie piszę o tym, co wiem. A chcę napisać o tym, czego nie wiem, ale co czuję. Bo ja sobie nieustannie stawiam nowe cele, tak jakbym na nowo urządzał mieszkanie, na nowo wchodził w początki pewnych historii.

– Nie może Pan po prostu usiąść i włożyć miękkich kapci, oglądać telewizję, jakiś film porno, jak Pańscy koledzy?
Nie, nie. A zresztą pornografia jest strasznie nudna. Więcej zmysłowości i pragnienia przeżyć jest w biegnącym przez szosę jeżu, który śpieszy do swojej samicy, ryzykując życiem niż w filmie porno. Może właśnie o to chodzi? O przeżycia? W każdym razie chciałem o tym z kimś porozmawiać. Psychoterapeuta? Żaden nie ma gabinetu otwartego o północy. A ja chciałem opowiadać o sobie właśnie wtedy.

– Jeszcze ma się przyjaciół, żonę...
Moja żona uważała, że ta habilitacja nie była mi potrzebna. Wynikało to zresztą z jej miłości i troski o mnie, że się przepracowuję. Ale gdybym nie napisał pracy, byłbym skwaszonym sfrustrowanym mężczyzną, który uważałby, że przegapił jakąś szansę. Rozczarowanym i nieszczęśliwym.

– Ta książka stała się więc dla Pana prozakiem i terapią?
Była rodzajem psychoterapii. Jak rozmowa z samym sobą. Na początku nie wiedziałem, co będzie na końcu. Jak czytelnik, który otwiera książkę na pierwszej stronie i nie zna dalszego ciągu. Ale smutek minął.

– A ja podejrzewałam, że opisał Pan swoje przeżycia w sieci, że spotkał Pan tam kobietę, którą pokochał i musiał się z nią rozstać. I że napisał Pan tę książkę z cierpienia. Ale nigdzie się Pan do tego nie przyznał.
Wielu ludzi tak myślało i ciągle myśli. Ta książka jest fikcją literacką w stu procentach. Jakub jest wymyślonym bohaterem. Ona zaś istniała naprawdę, był jej pierwowzór, ale nie było to związane ze mną. Żeby było to jasne – to nie tak, że Wiśniewski miał romans, napisał o tym książkę i wstawił jako bestseller do EMPiK-u. Umieściłem akcję w Internecie, bo to jedyne medium, które zapewnia jednoczesność przeżywania emocji ludziom geograficznie od siebie odległym. Sam niezbyt wiele czatowałem. Mailowałem tylko z różnymi osobami, które opowiadały mi swoje historie.

– Lecz te osoby poznawał Pan na czacie? Opowiedział Pan gdzieś, że traktował pokój czatowy jak bar, do którego się wchodzi i „wyjmuje” najbardziej interesującego rozmówcę?
Jeśli wchodziłem na czat, to na bardzo krótko. Właśnie jak do baru. Opisałem potem historie prawdziwe, niektórzy z tych ludzi już nie żyją, jak na przykład Jim narkoman. Ludzi, których kochałem, lubiłem, nienawidziłem, którzy mnie denerwowali, byli mi bliscy, za którymi tęskniłem, umieściłem w różnych fabułach, żeby nie urazić ich i nie zdradzić ich prywatności. Może dlatego ta książka jest odbierana jako tak poruszająca, bo prawdziwa. Jako chemik nie miałem talentu do tworzenia fikcji, chodziłem wtedy z notatnikiem i byłem zbieraczem ludzkich losów.
wisniewski02.jpg
– Dostał Pan po wydaniu książki 17 tysięcy maili?
Już ponad 20 tysięcy.

– Z których połowa Pana atakowała?
Nie tyle były to ataki, co listy od kobiet, które też chciały taką miłość przeżyć.

– I żądały od swoich mężczyzn, by całowali je po nadgarstkach jak Jakub?
Wynikł problem „jakubizowania” swoich partnerów, którym zarzucały, że nie są tacy, jak bohater „Samotności...”

– Pan całuje kobiety po nadgarstkach?
Dla mnie to miejsce fetysz, bo tu pulsuje krew, tu najlepiej trzyma się zapach, tu pojawiają się kropelki potu, który też ludzi łączy. Po napisaniu tej książki dostałem jakby legitymację znawcy miłości od drugiej strony. Tej romantycznej strony. Wcześniej miałem jedynie legitymację innego rodzaju – znawcy chemii emocji.

– Mówił Pan wiele razy, że kobiety fascynują Pana, że Pan je wielbi. Skąd się to wzięło? Bo wychowywały Pana przede wszystkim matka i babcia?
Matka, odkąd pamiętam, uczyła mnie dla nich szacunku. Była wiecznie zapracowana – prowadziła mały sklepik, wychowywała dwóch synów. Nie mogła pogodzić się, że mając 14 lat zdałem egzaminy do Technikum Rybołówstwa Morskiego w Kołobrzegu i wyjechałem z domu. Nigdy jednak nie zrobiła niczego, by odwieść mnie od tej decyzji. Przez pięć lat pisała do mnie codziennie listy. Umarła, gdy miałem 23 lata.

– Dlaczego właściwie chciał Pan wyjechać, mając tak kochającą, niezwykłą matkę?
Wymyśliłem sobie, że tylko dzięki tej szkole będę mógł poznawać świat, podróżować. W latach 70. podróżowanie było przywilejem niewielu.

– Był Pan samotnym dzieckiem?
W technikum byłem osamotniony. Tam liczyła się siła fizyczna, a ja byłem do trzeciej klasy najmniejszy w szkole. Postanowiłem w związku z tym mieć coś, czego koledzy nie mieli – mądrość. Byłem jedynym, który czytał lektury i opowiadał je im wieczorem. Tam jednak, w tym technikum, paradoksalnie – bowiem do tej szkoły nie przyjmowano dziewcząt – zaczęła się moja fascynacja kobietami. Lata od 15. do 19. roku życia młodego mężczyzny są, jak ja to nazywam, bardzo „hormonalne”. Może nie cały czas, ale bardzo często myśli się wtedy o swoich erekcjach, o pożądaniu, o ciele. Kiedy dziewczyny przychodziły do nas na tak zwaną zabawę, sam ich głos mnie podniecał, sposób mówienia i fakt, że nie mówią „kurwa”. Gdy kończyłem tę specyficznie męską morską szkołę, wydawało mi się, że „kurwa” w Polsce nie mówią tylko cudzoziemcy. A potem poszedłem na fizykę, gdzie nikt nie przeklinał, za to prawie wszyscy mieli minus siedem dioptrii i byli laureatami olimpiad naukowych. I znów było tu mało kobiet. A potem odeszli rodzice.


– I nie miał Pan już nikogo bliskiego?
Tak się wtedy czułem. Kiedy odeszła mama, tata żył w zasadzie tylko po to, żeby trwać. Ale też postanowił umrzeć, bo nie mógł wyobrazić sobie życia bez mamy. Mieszkałem z nim w jednym mieszkaniu. Dla zapomnienia odurzał się alkoholem, palił, mimo że był schorowany. Opisałem to później w „Samotności w sieci”, że przyszedł dla niego taki dzień radosny – połączenie z matką. W czerwcu wmurowano mi w chodnik głównej ulicy miasta Toruński Piernik – taką nagrodę dla wybitnych toruńczyków. Wiem, że rodzice się nade mną tego dnia unosili. Bardzo żałuję, że nie mogli towarzyszyć mi, gdy odbierałem dwa magisteria, napisałem doktorat i uzyskałem habilitację. Teraz pracuję nad profesurą.

– To wszystko robił Pan dla nich?
W pewnym podświadomym sensie, tak. Mama bardzo chciała, żebyśmy byli mądrzy, mój brat i ja. Uważała, że to jedyny sposób, aby mieć w życiu znaczenie. Brat też jest doktorem chemii i dyrektorem liceum ogólnokształcącego. Strasznie przeżyłem śmierć mamy. Już potem nigdy nic nie było takie same. Byłaby dumna z brata i ze mnie.

– Byłaby szczęśliwa, że jest Pan pisarzem?
Nie wiem. Zdziwiłaby się pewnie, tak jak ja, gdy ta książka została wydana i wylała się wielką rzeką, nad którą już nie miałem kontroli. Nie chodziło nawet o pieniądze, bo przecież na początku płacono mi śmiesznie mało. Nie piszę książek dla pieniędzy, dla pieniędzy piszę programy komputerowe. Ja miałem swoją nagrodę w postaci reakcji na to, co napisałem.

– Ale czytelnicy mieli żal o zakończenie, prawda?
Ogromny żal. Zwłaszcza młode kobiety z agresją strofowały mnie, jak mogłem zniszczyć taką miłość. A mężczyźni nie zgadzali się z opisem emocji i z tym, że jakiś tam Wiśniewski doprowadza wszystkich do łez. A na dodatek mają pretensje, że ich kobiety chcą ich zmieniać.

– I żądają czułości na co dzień?
Bo chciałyby, żeby ich mężczyźni byli tacy, jak wtedy, gdy o nie zabiegali. Pomyślałem sobie, że po napisaniu tak melodramatycznej książki jako chemik spojrzę na miłość inaczej. Od strony ewolucyjnie biologicznej. Wszystko służy prokreacji, parzeniu się, kopulacji itd. Na świecie są urządzenia, którymi można zbadać mózg zakochanych. Określić, jakie molekuły towarzyszą tym emocjom.

– Ileś tam endorfiny, oksytocyny, acetyloholiny?
Chemia jest w nas. I w moich książkach ona się w różnych miejscach pojawia. A mimo wszystko popada się w tę nieprawdopodobną magię zakochania.

– Podobno rodzi się w ciągu 10 pierwszych sekund znajomości. Pan tak właśnie zakochał się w żonie?
Trwało to trochę dłużej. W ogóle uważam, że ludzie powinni wiązać się ze sobą, gdy ten chemiczny stan zakochania minie, a trwa przeciętnie od 18 miesięcy do 4 lat. Dopiero potem wiadomo, czy mogą być ze sobą. Piszę o tym w swojej powieści „Los powtórzony”.

– Zastanowił się Pan, jak potoczyłoby się Pana życie, gdyby mama żyła?
Prawdopodobnie niewiele by to zmieniło. Czułbym jedynie większe bezpieczeństwo. Jej obecność zawsze mi je dawała.
wisniewski03.jpg
– Może nie byłoby w Panu tyle smutku?
Zawsze była we mnie jakaś samotność i tęsknota za odosobnieniem. Kiedy moi koledzy zajmowali się swoimi muskułami, ja zacząłem zajmować się własnym mózgiem. Próbowałem zrozumieć pewnie rzeczy i to mnie jeszcze bardziej osamotniało. Czytałem poezję, potrafiłem się wzruszyć w kinie. Wiedziałem, że nie zostanę marynarzem czy rybakiem, bo z bliska obserwowałem samotność na statku i jakie to czyni spustoszenie w duszy.

– Jest Pan samotny do dziś?
Bywam samotny, często chcę być samotny i ranię tym bliskie osoby. Uważam, że nic ważnego nie można zrobić, będąc w tłumie. Tylko w samotności można nabrać dystansu i w niej pracować. Ja przychodzę do tej samotności w moim biurze, do tego pustego pokoju, który jest moją oazą. Mam wstęp do ciszy, którą sam tworzę, do mojej muzyki, do kieliszka wina, który mogę wypić pisząc, do Internetu, który jest pod ręką. To być może egoistyczne, ale ja tu się czuję najlepiej na świecie.

– To samotnictwo, nie samotność.
Moja samotność to nie ucieczka od innych. Ja po prostu tego potrzebuję. Pielęgnuję to w sobie, ale to nie jest smutne. Smutna jest samotność tych, którzy zostali opuszczeni.

– Ta książka przemeblowała Panu całe życie?
Tak, zmieniła je. Ono się dzieli na dwa etapy: do napisania książki i po jej napisaniu. Jak gdyby wyskanowała mój świat, nadmuchała go jak balon, dała mi piąty wymiar, w który mogę się przenosić. Mogę teraz zamknąć okno projektu, w którym piszę program komputerowy, i przejść do innego, w którym piszę powieść. Mogę bywać w dwóch światach i zdradzać naukę, z którą jestem ożeniony, z kochanką-literaturą, która jest mi wierna.

– Podobno Pana żona nie przeczytała książki? Dlaczego?
Bo odebrała opinie o niej zbyt osobiście. Nie chciała – jak podejrzewam – by okazało się, że jestem innym człowiekiem, niż jej się wydawało, niż ten, z którym żyje. „Samotność...” przewróciła moje i jej życie do góry nogami.

– Wybaczyła Panu?
Mamy dwie wspaniałe córki, które odziedziczyły mądrość i urodę po mamie. Z żoną się przyjaźnimy, kontaktujemy na co dzień.

– Ale córki też z Pana coś mają?
Na całe szczęście bardziej z mamy. Zazdroszczę młodym mężczyznom, którzy mają obecnie przywilej spędzania z nimi czasu. Ale, jak chyba każdy ojciec, jestem w nich zakochany.

– Córki są największą miłością Pana życia?
Dwiema największymi miłościami. Wbrew pozorom własnych dzieci nie kocha się jednakowo, nawet jeśli ostatecznie i bezwarunkowo. Każda z nich zachwyca mnie czymś innym.


– Czy są dumne z tego, że mają ojca nie tylko naukowca, ale i pisarza? Czatowały kiedyś?
Czatowały, ale nie było to dla nich istotne. To może dziwne, ale nigdy nie rozmawialiśmy o moim sukcesie. Nie sądzę, aby bezpośrednio przekładały go – czy to w nauce, czy w moim pisaniu „po godzinach” – na coś w rodzaju dumy. Może tylko czasami. Ostatnio Joasia, studentka bioinformatyki, korzystała w trakcie swoich zajęć laboratoryjnych na uniwersytecie z komputerowego programu, który napisałem. Pamiętam też wizytę w jednym z EMPiK-ów w Polsce, kilka lat temu, gdy Adrianna podeszła do mnie i powiedziała: „Tatuś, dowaliłeś „Harry’emu Potterowi”. Miała na myśli pozycję mojej książki na liście bestsellerów. Wychwytuję takie wydarzenia w nadziei, że rekompensują one moim córkom czas, który im odebrałem, pisząc lub pracując naukowo.
wisniewski01.jpg
– Napisałby Pan tę książkę drugi raz, wiedząc, co się stało potem?
Wielokrotnie się nad tym zastanawiałem. To cena, której się nie spodziewałem. Nie sądziłem, że projekcja losów bohatera tej powieści, wynikająca z mojej tęsknoty za idealnym związkiem, a nie z tego, co realnie robiłem, rzuci cień na moje życie. Nie opisuję siebie, tylko mężczyznę, którym chciałbym być. Nie, nie napisałbym tej książki, albo – napisałbym ją inaczej. Teraz leżałaby w szufladzie przez trzy miesiące, żeby powrócić do mnie, do autocenzury. Zresztą ja jej nigdy tak naprawdę nie przeczytałem do końca. Czytałem tylko te fragmenty, które wydawca kazał mi poprawić. Być może teraz wstydziłbym się pewnych zdań, słów. Nie można wejść dwa razy do tej samej emocjonalnej rzeki. Jestem inny niż osiem lat temu. Nie napiszę więc „Samotności II”, o co nieustannie jestem proszony.

– Na ile języków została przetłumaczona?
Na czeski, rosyjski, wietnamski, chorwacki. Trwają prace nad niemieckim wydaniem. Ma wyjść w Grecji i na Cyprze.

– Tam ludzie też czatują?
Czatują na całym świecie.

– I wchodzą do sieci z lęku przed realnym życiem?
Ja nie wszedłem z lęku. Chciałem sobie tylko poradzić ze smutkiem. Ten lęk już był wtedy poza mną.

– Mówi Pan teraz o arytmii serca, która powoduje strach przed śmiercią?
Cierpię na nią od 15 lat. Nie boję się śmierci, tylko tego, co będzie się działo nazajutrz po niej, że wszystko będzie takie samo, jakby się nic nie stało. Korki w tym samym miejscu, nowe gazety w kioskach, bułki w piekarniach, cały świat będzie się toczył dalej, a ja już się o tym nie dowiem i nie będę mógł w tym uczestniczyć. I jeśli mam lęk, to przed tym, że nie załatwię spraw, które mam do załatwienia, nie zrealizuję wszystkich planów, że po prostu mnie nie będzie. Chciałbym mieć czas, aby zostawić jakiś list lub testament i powiedzieć moim najbliższym, jacy byli dla mnie ważni.

– Powiedział Pan już to. Mówi Pan to także w swojej twórczości. Czy podoba się Panu film według Pańskiej książki?
Jestem wdzięczny reżyserowi i aktorom (ja także pojawiam się w tym filmie w epizodycznej scenie) za bardzo wzruszające oddanie moich myśli. Przedpremierowy pokaz tego filmu był dla mnie niezwykłą konfrontacją z samym sobą. Bałem się go, tak jak dziecko boi się Dziadka Mroza. Z jednej strony chce dostać prezent, ale z drugiej czuje strach przed momentem jego wręczania. Film – moim zdaniem – oddaje nastrój książki, opowiada obrazem, muzyką i grą aktorów o samotności, o nieustannej pogoni za miłością i o zagubieniu, w jakim znaleźli się bohaterowie ulegający pokusie zdrady.

Rozmawiała Krystyna Pytlakowska/ Viva!
Zdjęcia Krzysztof Opaliński/Melon
Stylizacja Jola Czaja
Makijaż i fryzury Iza Wójcik
Produkcja sesji Elżbieta Czaja
Współpraca Iga Pietrusińska
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (9)
/14.11.2012 18:36
Lubie czytać Pana Wiśniewskiego. Może dlatego, że tak trafnie wszystko nazywa. Za pomocą słów daje obraz życia innych. Siebie w tym życiu tez odnalazłam..siebie i moje emocje..
/01.05.2010 10:15
Zawsze chciałąm przeczytać wywiad z J.L.Wiśniewskim. Samotność w sieci mnie zachwyciła, natomiat Bikini tego samego autora mnie zmieniło.
/22.12.2006 21:54
Wg mnie to wywiad-rzeka a nie oczko wodne bo az na 6 stron i to z kims tak kaprysnym i zajętym jak Janusz Leon Wiśniewski! Przeczytałem ten wywiad jednym tchem. Obie osoby, p. Janusz i p. Krystyna wykazały się sporą znajomoscia problematyki sieciowej. Poza tym ten wywiad jest, wg mnie, dwa razy lepszy od ksiażki i filmu "S@motność w sieci".
POKAŻ KOMENTARZE (6)