Janusz Głowacki i Jerzy Kosiński fot. Viva! nr 24 z dnia 25 listopada 2010 r.

Janusz Głowacki i Jerzy Kosiński - Dżanus & Dżerzi

Dawno już żadna książka nie wywołała tylu kontrowersji, co „Good night, Dżerzi”. Po co pisać o kimś, kogo się spotkało ledwo kilka razy w życiu i nawet nie za bardzo lubiło?
/ 06.12.2010 07:11
Janusz Głowacki i Jerzy Kosiński fot. Viva! nr 24 z dnia 25 listopada 2010 r.
„Nie napisałem biografii Wielkiego Szarlatana. Opowiadam o świecie, w którym Holocaust chodzi pod rękę z nowojorskimi seksklubami, a tragedia z farsą”, mówi Głowacki.  I – być może mimo woli – o tym, jak wiele go łączy z Dżerzim.

Nowy Jork, 57. ulica, 3 maja 1991 roku. Dwupokojowe mieszkanie Jerzego Kosińskiego i jego żony, Kiki von Fraunhofer. Pierwsza w nocy. Żona śpi na kanapie za zasłoną, pisarz telefonuje do swej kochanki, Urszuli Dudziak. „Ależ ty ślicznie wyglądałaś dzisiaj”, szepcze. Na koniec obiecuje: „Zadzwonię, jak się obudzę”. Nie dotrzyma słowa. Pisze ostatni list do żony: „Kładę się do snu na trochę dłużej niż zwykle. Nazwijmy to wiecznością…”. Cicho przemyka się do łazienki. Puszcza gorącą wodę. Sporo dziś wypił, doprawia się środkami nasennymi. Wchodzi do wanny. Sięga po foliowy worek. Doskonale wie, co ma robić. W taki sposób uśmiercił swojego bohatera w ostatniej powieści „Pustelnik z 69. ulicy”. Zakłada torbę na głowę. Zawiązuje pod szyją. To koniec. Jego ostatnie show. Jutro media będą trąbić tylko o tym. Szkoda, że tego nie zobaczy. Rano żona znajdzie zwłoki. Z pękniętym brzuchem i rozdartymi piersiami. Odurzone ciało rozpaczliwie broni się przed śmiercią.

Piętnaście lat później. Bednarska w Warszawie. W swoim pokoju Janusz Głowacki zakłada na głowę torbę z supermarketu. Jest trzeźwy. Pisze o Kosińskim, chce sprawdzić, jak to jest. Powoli zawiązuje folię pod szyją. Wydaje mu się to zabawne. Ale szybko brakuje tlenu, szum w uszach. Panika, czy zdąży rozsupłać. Udało się. Głęboki oddech. I wstyd, że robi dla zabawy rzeczy ostateczne. „Od paru lat myślę o samobójstwie”, zdradza pisarz. „Oczywiście bardzo teoretycznie. Jako sposobie zakończenia życia na wypadek choroby. Nie mam głębokiej depresji. Tylko normalną, codzienną. Zwykłe myśli, że jest ch…o”.

Pod rękę z Dżerzim
Głowacki nie napisał biografii Wielkiego Szarlatana. On nawet nie za bardzo lubi tego pisarza. „Opowiadam o świecie, w którym Holocaust chodzi pod rękę z nowojorskimi seksklubami, a tragedia z farsą”, tłumaczy. „Kosiński przyciąga. Zrobił gigantyczną karierę. Zakończoną katastrofą i samobójstwem. Był charyzmatyczną postacią”. Ale Głowackiemu też nic nie brakuje. Jest bohaterem największej kariery polskiej literatury na przełomie tysiącleci. Kultowa postać. Ostatni z wielkich. I wiele go łączy z Dżerzim.

Pisarz i playboy
„Janusz napisał wspaniałą powieść”, ocenia Leszek Bugajski, krytyk literacki. „Ma wielkie ambicje i wciąż się rozwija. Dlatego wyjechał z Polski i zawojował Nowy Jork”. Przed opuszczeniem kraju w 1981 roku był już kimś. Kilka wydanych książek, kilka filmów zrealizowanych według jego scenariuszy. Najważniejszy to oczywiście „Rejs”. Absolutnie kultowy. Do tego wspaniała aura playboya. „Włóczyliśmy się Nowym Światem i Krakowskim Przedmieściem, żeby poderwać jakieś dziewczyny”, malarz Rafał Olbiński wspomina lata 70. ubiegłego wieku. „I szlag nas trafiał, że najpiękniejsze zgarniał Janusz!”. Wysoki, przystojny, męski. Zawsze w rozpiętej koszuli, żeby odsłonić owłosioną klatę. Kosił równo, jak kosiarka. „Kobiety dobrze się ze mną czuły. Wiedziały, że nie chcę ich skrzywdzić, nie chcę się też z nimi zaprzyjaźnić ani ożenić, tylko iść do łóżka”, wspomina z właściwą sobie ironią.

Porozmawiajmy o gwiazdach - forum >>


Swoją międzynarodową karierę zawdzięcza generałowi Jaruzelskiemu. Stan wojenny zastaje go w Londynie, gdzie pojechał na premierę „Kopciucha”. Niby mógł wrócić. Ale przecież tam czekał Nowy Jork…

Król mistyfikacji
Pierwszy raz spotykają się w 1975 roku. Kosiński jest u szczytu sławy. Głowacki przyjeżdża do Nowego Jorku na stypendium Departamentu Stanu. Rozmawiają w restauracji Europa nieopodal Central Parku. Kosiński, widząc zachwycone oczy młodego pisarza z Polski, czaruje. Opowiada, jak fałszował listy rekomendacyjne i podpisy profesorów, żeby uciec za granicę. Uwodził urzędniczki, żeby dostać paszport. A w samolocie wiózł cyjanek na wypadek, gdyby go zdemaskowano. Głowacki jest pod wrażeniem. Jaki to dzielny człowiek, myśli. I wstyd mu, że bał się pokazać z Kosińskim, bo w Polsce pisarz jest na czarnej liście. Dopiero wiele lat później dowie się, że to wszystko bajki. Kosiński wyjechał z kraju legalnie. Na stypendium, jako socjolog. Jest królem mistyfikacji. Konfabuluje, zmyśla, gra. Dla niego życie to teatr. Zamawia u krawca kilka mundurów i cieszy się, gdy ludzi traktują go jak oficera. W towarzystwie budzi furorę okrutnymi opowieściami z czasów wojny. Tak wykluwa się „Malowany ptak”. Napisze go po polsku, ale nigdy się do tego nie przyzna. Ukryje, że ktoś przetłumaczył, a ktoś wyszlifował tekst. Przecież musi być amerykańskim pisarzem!

Spanie na peronie
Dzisiaj Głowacki na pytanie, co łączy go z bohaterem „Good night, Dżerzi” odpowiada od razu: „Emigracja”. Szczerze ujął to w „Z głowy”: „W Nowym Jorku w jednej chwili przestał istnieć Głowacki playboy, środowiskowy pisarz, przewrotny felietonista i ozdoba przyjęć. Narodził się za to przestraszony, źle mówiący po angielsku, nieznany pisarz bez pieniędzy. Emigracja to panika, grunt się pali pod nogami i robi się mnóstwo rzeczy za szybko, bez namysłu i sensu”. Na początku nocuje u Rafała Olbińskiego. „Wielki bałaganiarz, jak ja. Nie przeszkadzaliśmy sobie”, śmieje się malarz. Głowacki prowadzi zajęcia ze studentami. Nie lubi uczyć. Za to lubi studentki. Olbiński pamięta swój powrót do domu. Goły Głowacki i piękna dziewczyna. „Zbudowany był świetnie”, przyznaje malarz. „Mógłby pozować do obrazów”. Pisarz przenosi się na koniec Manhattanu, do portorykańskiej dzielnicy. Śpi na ławkach w metrze, czekając na nocny pociąg. Wydzwania do producentów i wydawców. Miesiącami słyszy od sekretarek: „Szef oddzwoni za godzinę”. Waruje przy telefonie. Na próżno. Chodzi po ulicach, patrzy na oświetlone wejścia do teatrów i czuje się jak w Kafkowskim zamku. Nie ma sposobu, żeby dostać się do środka. Ale do kraju nie wróci. Woli biedować niż przyznać się do porażki…


Ściągaj spodnie
Kosiński doskonale wie, co to panika. Tańczy na linie całe życie. Przed wojną żydowski chłopak, Lewinkopf. Czarne oczy, orli nos, burza czarnych włosów. W czasie wojny ukrywa się razem z rodzicami na wsi w Tarnobrzeskiem. Teraz nazywają się „Kosińscy”. Trzeba kłamać, żeby przeżyć. Całe dnie wisi na płocie, obserwuje z daleka bawiących się rówieśników. Raz idzie na ślizgawkę. Rzuca się na niego banda chłopaków, żeby sprawdzić, czy jest obrzezany. „Mame, mame!”, krzyczy przerażony, leżąc na ziemi, gdy tamci szarpią go i kopią. Opisze to potem w swojej książce „Malowany ptak”. Tyle że podkręci okrucieństwo. Z chłopów uczyni perwersyjnych sadystów. Wolno tak? A czemu nie? Pisarzowi wszystko wolno. Ale on uruchamia lawinę autokreacji. Mówi: „Malowany ptak to ja”. I Ameryka wierzy. „Zauważył, że to piekło, które przeżył, jest na Nowy Jork za mało piekielne, więc dokładał i dokładał. A potem żył w strachu”, tłumaczy w „Przekroju” swego bohatera Głowacki.

I Bóg stworzył pisarza
Największy geniusz potrzebuje stwórcy. Patrona, który wypchnie go na szerokie wody. Bogiem Kosińskiego zostaje Elie Wiesel, laureat Pokojowej Nagrody Nobla. Kosiński dowiaduje się, że Wiesel napisał chłodną recenzję, ale jeszcze jej nie wysłał do „New York Timesa”. Biegnie do niego. Ma 32 lata. Jest nikim. Potrzebuje cudu. I cud nadchodzi. Wiesel daje się przekonać, że „Malowany ptak” to autobiografia. Drze swój artykuł i pisze tysiąc razy lepszy. Tak stwarza guru. Ameryka broczy krwią w Wietnamie. Dla zrewoltowanej młodzieży Kosiński staje się pisarzem kultowym.

Stworzyciel Głowackiego ma na imię Arthur Miller. Słynny dramatopisarz, były mąż Marilyn Monroe. Głowacki, polecony przez znajomego poetę, odwiedza go w mieszkaniu na Upper East Side. Amerykaninowi podoba się płaszcz polskiego pisarza, podobno oryginalny po KGB, i jego sztuka „Kopciuch” – o dziewczynach z poprawczaka. Pomaga. Dzwoni do Joego Pappa. To jeden z najsłynniejszych nowojorskich producentów. Taki Duch Święty. Jeżeli on kupi sztukę, bramy raju staną otworem. Papp zaprasza pisarza na audiencję. Głowacki wędruje przez gabinet wielkości basenu olimpijskiego. Na ścianach widzi zdjęcia z dedykacjami: „Love from Marlon Brando”, „To Joe from Meryl Streep”. Wielka trema. Zatrzymuje się przed biurkiem i słucha wyroku. Papp najpierw długo i szczegółowo krytykuje. Głowacki poci się. Ale zaraz zbawienie. Sztuka podoba się Pappowi. Zagra w niej Christopher Walken, który właśnie odebrał Oscara za „Łowcę jeleni”. „Może to była najszczęśliwsza chwila w moim życiu”, powie po latach Głowacki.


Ale wystawić sztukę w Nowym Jorku to mało. Muszą być jeszcze dobre recenzje. Do Głowackiego przyjeżdża z Warszawy narzeczona Ewa Zadrzyńska z córką Zuzią. A on już nie ma pieniędzy. Wie, że to jego „być albo nie być”. Drugiej szansy nie dostanie. Dlatego przed premierą idzie się napić. Trzeźwieje, gdy sztuka się kończy. Budzi go milczenie ludzi. „No to po mnie”, myśli. Ale zrywają się oklaski. I trwają długo. Zaraz potem impreza w restauracji Sardis. Autor stoi sam z żoną. Nikt nie podchodzi, wszyscy czekają na jutrzejszego „New York Timesa”. Gdy kwadrans po 23.00 okazuje się, że Frank Rich napisał dobrą recenzję, pisarza oblega tłum aktorów i przyjaciół. „Dżanus, you are great!”. Następnego dnia recenzje są jeszcze lepsze. Jan Kott, który był na premierze, mówi: „Uważaj, wchodzisz na wysoką karuzelę!”.

Podziemny Nowy Jork
Drugi raz spotykają się z Kosińskim w 1982 roku. Głowacki dopiero zaczyna swoją przygodę z emigracją. Kosiński ma milionowe nakłady, za „Kroki” dostał najważniejszą amerykańską nagrodę literacką – National Book Award. Przez dwie kadencje prezesuje najpoważniejszej organizacji pisarskiej na świecie, Pen Clubowi. Ale co kręci go bardziej od sławy? Seks. Najlepiej zbiorowy. A jeszcze lepiej oprawiony lateksowymi kostiumami. I przemocą. Nocami zostawia swą drugą żonę, Kiki, w mieszkaniu i schodzi do podziemnego Nowego Jorku. Nad rzeką Hudson, w opuszczonych fabrykach, miejscach oznaczonych tajemnymi znakami, chłonie widok krwi i spermy. Słucha jęków rozkoszy i błagania o pomoc. Dla innych kazamaty, piekło. Dla niego raj. Głowacki chce mu zaimponować i mówi, że też bywa w klubach sado-maso. „Gdzie?”, pyta Kosiński. „W Piramidach”. Kosiński wybucha śmiechem. „To folklor dobry dla turystów”. I zabiera go pod ziemię. Do swego królestwa. „Pomysłowość ludzka w dziedzinie zadawania i przyjmowania bólu oraz znajdowania w tym rozkoszy budziła szacunek”, powie o tym w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”.

Jest 1985 rok. Głowacki z żoną Ewą i córką Zuzią przenosi się z Washington Heights na dół Manhattanu, do East Village, na 7. i 11. ulicę. Mieszkają tam głównie biedni artyści, prostytutki i handlarze narkotyków. Ewa wydaje dwie książki dla dzieci i z wypiekami czyta list od Barbary Bush, żony byłego prezydenta, George’a Busha seniora. Pani Barbara zapewnia, że opowieść Ewy o dziewczynce z obrazu Renoira czyta swoim wnukom. Głowacki dostaje zamówienie na dramat. Jedzie do teatru w Woodstock i pisze „Polowanie na karaluchy”. Historię aktorki i pisarza z Polski, którzy biedują na Manhattanie. Jak to u niego – ironiczna i gorzka opowieść. W Nowym Jorku reżyseruje Arthur Penn, gra Dianne Wiest, ulubiona aktorka Woody’ego Allena. Sztuka podoba się Frankowi Richowi z „New York Timesa”, pisze recenzję wartą pół miliona dolarów. Od tej chwili wszystkie bilety wyprzedane. Gra ją 50 teatrów w Stanach. Stamtąd  Głowacki rusza na podbój świata. Nagrody lecą jedna za drugą. „Time Magazine” wstawia ją na sam początek listy dziesięciu najlepszych sztuk roku. Pisarz trafia na pierwszą stronę wkładki „Arts and Leisure” „New York Timesa”. Są poważne plany ekranizacji. Niestety, kończy się na planach. Ale Głowacki w końcu ma kasę. Kupuje toyotę i zawożąc Zuzię do szkoły, mówi, patrząc na Nowy Jork: „Mam cię!”.


Zdjęcie z pejczem
Międzynarodowa gwiazda Głowackiego świeci coraz jaśniej. Kolejna sztuka „Antygona w Nowym Jorku” powtarza sukces poprzednich. Głowacki jest grany od Los Angeles po Moskwę i Tajpej. „Gigant dramatu”, mówią nie bez zazdrości w Polsce. A w tym czasie słońce Kosińskiego gaśnie. „Pisarzem był średnim. Ale chciał być intelektualistą, autorytetem, a jednocześnie gwiazdą popkulktury”, ocenia Leszek Bugajski. Gdy bezczelnie połączy te dwie sfery – nadejdzie katastrofa. Chodzi o okładkę „The New York Times Magazine” z początku lat 80., na której stoi z nagim torsem na tle stajni. W dłoniach trzyma uzdę, wydaje się, że to pejcz. Przekaz aż nazbyt jasny. Lewicowy „The Village Voice” nie wytrzyma igrania perwersją. Zamieści demaskatorski tekst. Oskarży Kosińskiego, że nie jest autorem swoich książek. To koniec. Porównywany do Dostojewskiego i Kafki, nagle okazuje się tandeciarzem. „Środowisko pisarskie nie akceptowało go”, ocenia Głowacki. „Był dla nich dziwnym stworem. Kiedy ruszyła nagonka, nikt go nie bronił. Ani Pen Club, ani przyjaciele pisarze. Został sam. Biedny chłopiec. Wielki manipulator”.

Wilk stepowy
Wrocław, 1998 rok. Na scenie Teatru Polskiego próba „Czwartej siostry” Janusza Głowackiego. Kompozytorka i aktorka Olena Leonenko ustawia choreografię. Kątem oka dostrzega, że na widowni pojawił się mężczyzna w płaszczu. „Chmura białych włosów. Wysoki kołnierz. Widziałam tylko oczy”, wspomina. „Siadał w różnych miejscach, pojawiał się i znikał. Nie miałam pojęcia, kto to. Przedstawiła nas Agnieszka Glińska. Tak poznałam Janusza. Wyczułam w nim wielkie skupienie, samotność. Pomyślałam – wilk stepowy”. Od tamtej pory dzielą się swoimi samotnościami. Głowacki najnowszą powieść zadedykował Olenie. Była przy całym wieloletnim procesie tworzenia „Good night, Dżerzi”. Umie książkę na pamięć. „Nie znam drugiego tak zdyscyplinowanego człowieka”, przyznaje. „Pisze codziennie od szóstej rano. Nawet, kiedy nie ma siły. Zdarza mu się, że przez sen mówi jako postać swojej książki”. Razem pojechali na Ukrainę z „Czwartą siostrą”. „Tam Janusz traktowany jest jak prorok”, opowiada. „Ludzie przychodzą i mówią: „Skąd ty o nas tyle wiesz?”. Olena nie może się nadziwić, że w Polsce pisarz nie cieszy się taką estymą: „Może nie jestem obiektywna, ale uważam, że pisarz Janusz Głowacki jest skarbem narodowym. Polacy powinni być dumni”.

Pomiędzy kontynentami
Listopad 2010. „Good night, Dżerzi” właśnie ukazało się w księgarniach. Tylko pierwszego dnia kupiono 1700 egzemplarzy. Ale Głowacki nie ma czasu na świętowanie. Siedzi na Bednarskiej, nie wychodzi z domu. Twarz szara, oczy podkrążone. Całymi dniami pisze dla Wajdy scenariusz o młodym Wałęsie. Pomysł, żeby zatrudnić Głowackiego, podsunął reżyserowi Roman Polański. Pisarz coraz więcej czasu spędza w Polsce. Ale nie wrócił tu na zawsze. Na Manhattanie ma mieszkanie. W każdej chwili może tam skoczyć. „Bardzo chciałem sprawdzić, czy można zaistnieć w Nowym Jorku”, tłumaczy. „Udało się i Nowy Jork stracił dla mnie swój powab. To gigantyczne, męczące miasto”. Tak naprawdę najbardziej interesuje go życie pomiędzy kontynentami. Dystans do Polski i Ameryki. Dzięki temu widzi więcej. To dla człowieka piszącego najważniejsze. Ale jeżeli pojawi się możliwość sfilmowania „Good night, Dżerzi”, natychmiast leci za ocean. W Nowym Jorku najmilej, gdy ma coś do roboty.


Coś z kota
Na obiad chodzi do kawiarni Czytelnika. Codziennie o 14.00. Dosiada się do stolika krytyka literackiego Henryka Berezy. To rytuał, panowie znają się od lat i z wielką przyjemnością prawią sobie złośliwości. Czasem dołącza do nich Kazimierz Kutz. Stolik buzuje wtedy prawdziwą chłopięcą energią. „Janusz ma coś z kota”, ocenia Kutz. „Świetny, ironiczny rozmówca. Ale zawsze zachowuje dystans”. Ksiądz Andrzej Luter, również bywalec Czytelnika, widzi w pisarzu jego miękką stronę. „Janusz robi wszystko, żeby zostać zbawionym”, uśmiecha się. „Jest życzliwy ludziom, skory do pomocy”. Wszyscy podkreślają, że Głowacki lubi się podobać. Gdy w okolicy pojawia się kobieta, puszy się i tokuje. W Czytelniku rzadko ma spokój. Znajome i nieznajome rzucają mu się na szyję. Za to gdy pojawia się Zuza Głowacka, córka, pisarz się zmienia. „Kocha ją”, mówi ksiądz Luter. „W jej obecności przemienia się w ojca. Aż miło popatrzeć”.

Kosińskiego nawet miłość nie wyciągnęła z rozpaczy. Pod koniec życia zakochał się w Urszuli Dudziak. Obsesyjnie. „Ja ciebie kocham, ja ciebie nienawidzę. Myślę o tobie od rana do nocy. Muszę mieć inne kobiety, żeby się od ciebie uniezależnić”, takie słyszała wyznania. Nie mogli bez siebie żyć. Ale nie zamierzał odejść od żony. Była mu kucharką, sekretarką, menedżerką. Mimo to Dudziak była bezgranicznie oddana: „Ciągnęłam do jego fantazji, zwariowania, pisarskiej wyobraźni i niesłychanej inteligencji”. Byli ze sobą do końca. Jego końca. Ostatniego wieczoru poszli na film, w którym… żona topi swego męża w wannie. Dudziak do dziś, gdy puszcza wodę do wanny, ma wrażenie, że Kosiński jest przy niej. Umarł, ale został w pamięci. Może o to mu chodziło, gdy zakładał sobie worek na głowę?

Celebryta melancholik

Kosiński marzył, że się odgryzie swoim prześladowcom. Przez lata pisał „Pustelnika z 69. ulicy” i celował w Nobla. Gdy książkę przemilczano, wpadł w depresję. „Czułam lodowaty wiatr”, wspomina Dudziak. Dziś śladami Kosińskiego wędruje Głowacki. Też mierzy wysoko. „Nowy Jork i jego podziemia, Czeczenia i miłość, producenci filmowi i mafia. W tej książce jest wszystko, czym żyje świat”, ocenia Leszek Bugajski. „Przy całej swej smakowitości, wybitności artystycznej to tekst skalkulowany na sukces światowy. To budzi mój podziw”. Według krytyka Głowacki, podobnie jak Kosiński, korzysta z mediów, umie wypromować swoją twórczość. Dlatego bywa na premierach, chętnie udziela wywiadów. Jest jedynym celebrytą wśród polskich literatów.

Ma opinię cynika. Sam o sobie mówi, że jest „cynikiem lirycznym”. Inni mówią, że moralistą. Wstrząsa się na to określenie, jak diabeł od święconej wody. Olena Leonenko, która zna pisarza bez maski prześmiewcy, mówi, że jest melancholijnym człowiekiem. „Nie ma wątpliwości co do podłości świata. Walki między ludźmi. Ironią pokrywa rozpacz”. Książka o Kosińskim tak naprawdę jest książką o nim. O jego strachach, obsesjach, depresji. „Pisarz zawsze pisze o sobie”, przyznaje autor. „To powieść o moim Nowym Jorku. Wielkim labiryncie, w którym tworzy się i niszczy ludzi”.

Roman Praszyński / Viva!
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)