Jadwiga Kaczyńska

Jadwiga Kaczyńska, matka Jarosława i tragicznie zmarłego Lecha Kaczyńskiego. Opowiada niezwykłe historie o swoich synach...
Jadwiga Kaczyńska fot. ONS
To rozmowa absolutnie wyjątkowa. Nie tylko dlatego, że matka Prezydenta i Premiera RP bardzo rzadko udziela wywiadów. Także z tego powodu, że Jadwiga Kaczyńska zaprosiła dziennikarkę „Vivy!” do apartamentu premiera i opowiedziała historie niezwykłe: o tym, jak Jarek i Leszek wykąpali w rzece psy z całej wsi. Albo jak w Marcu ’68 zabrała im sznurowadła, żeby zostali w domu. Poszli bez.

Krystyna Pytlakowska: Jest gdzieś tutaj to biurko, na którym urodziła Pani synów?
Jadwiga Kaczyńska: Nie ma, korniki je zjadły. Było bardzo stare.

– Dlaczego rodziła Pani w domu?
Jadwiga Kaczyńska: Wtedy panowała epidemia pęcherzycy i pani doktor powiedziała, że w domu będzie bezpieczniej. Nie wiem, czy orientowała się, że to będą bliźniaki. Pierwsza zakomunikowała mi to położna – pani Gajcy – matka znanego poety, najlepsza akuszerka na świecie. Tak naprawdę uratowała mi synów.

– Było aż tak niebezpiecznie?
Jadwiga Kaczyńska: Przede wszystkim bardzo długo to trwało – 24 godziny. Wezwano drugą lekarkę, która zadecydowała, że będą kleszcze. Wyszli gotować te kleszcze i wtedy pani Gajcy kazała mi wypić spirytus z kawą, żebym nabrała sił do parcia. I urodzili się normalnie.

– Jako drugi urodził się Lech, 45 minut po Jarku?
Jadwiga Kaczyńska: Tak. Najpierw zobaczyłam Jarka, który był cały niebieski. Pamiętam, że powiedziałam do niego: „Jesteś niebieski, ale i tak cię kocham”. Po prostu poród był taki długi i ciężki, dzieciom brakowało tlenu.

– Podobno chciała Pani mieć córeczkę?
Jadwiga Kaczyńska: Chciałam córeczkę – Magdalenę. Wybrałam to imię, sama nie wiedząc, że w przyszłości będzie takie modne. Zresztą Jarosław też było imieniem wybranym przeze mnie. Zdawałam wtedy egzamin u profesora Doroszewskiego – Jarosława – i bardzo mi się spodobało. Wtedy wszyscy byli zdumieni: jak to Jarosław? Ale mój mąż powiedział: „Ona urodziła, więc niech sobie daje imię, jakie chce”. Dla Lecha wybrał imię Rajnold, podobne do tego, jakie sam nosił. Ale ja zaprotestowałam: „Nie chcę Rajnolda”.

– Mąż był przy porodzie?
Jadwiga Kaczyńska: Był obok w pokoju i chyba wchodził zobaczyć, co ze mną, ale nie bardzo pamiętam, bo ciągle mdlałam. Chciałam mdleć, bo wtedy nie czułam bólu. To wszystko się potem we mnie zatarło. Myśmy wtedy mieli dwa pokoje na Żoliborzu. Mój tata jako inżynier budowlany był jednym z twórców pomysłu Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej i dzięki temu dostaliśmy to mieszkanie. Właściwie tata je dostał. Tak że od trzeciego roku życia mieszkałam na Żoliborzu. Do teraz.

– Z przerwą na Starachowice, gdzie była Pani podczas okupacji.
Jadwiga Kaczyńska: Tak, bo tam mieszkali moi dziadkowie.

– I tam zaczęła Pani służyć w Szarych Szeregach?
Jadwiga Kaczyńska: Jeszcze jako uczennica szkoły powszechnej zdobyłam krzyż harcerski. W Starachowicach kończyłam kurs sanitarny. My, dziewczyny, miałyśmy za zadanie ratować chłopców z lasu. Do dziś pamiętam robactwo, jakie wyciągałyśmy z ich ran. Straszne.

– Ciężkie przeżycie dla 16-latki?
Jadwiga Kaczyńska: No tak. Miałam 16 lat, kiedy zaczęły się przygotowania do akcji „Burza”.

– Pani przyszły mąż walczył wtedy w AK?
Jadwiga Kaczyńska: W „Baszcie”, w I kompanii.


– To była Pani pierwsza miłość?
Jadwiga Kaczyńska: Trudno powiedzieć. Przed nim miałam narzeczonego Leszka Jastrzębskiego – on jeszcze żyje i nie chciałabym, żeby myślał, że go pomijam. To było tak, że zostałam zaproszona jeszcze przez innego kolegę na bal studencki. Tam poznałam Rajmunda. Bardzo szybko, bo po sześciu miesiącach oświadczył mi się. Leszek podobno nie zniósł tego najlepiej. Mój drugi syn dostał imię Lech właśnie z powodu sentymentów. Mąż zgodził się na to, ponieważ uważał, że to taki wspaniałomyślny gest. No i o Leszku miał dobre zdanie: „To porządny człowiek”.

– Miał może poczucie winy, że mu Panią odbił?
Jadwiga Kaczyńska: Nigdy się do tego nie przyznał, choć wydaje mi się, że tak. Ja miałam wyrzuty sumienia. Nie umiem krzywdzić. Ale to było tak dawno temu... Na drugie obaj moi synowie mają Aleksander, bo było dwóch dziadków Aleksandrów. Mój tatuś i ojciec mojego męża. Dziadkowie byli zadowoleni.

– Kiedy okazało się, że to bliźniaki, ogarnął Panią strach?
Jadwiga Kaczyńska: Nie. Jak się urodzi dziecko, to jest taka euforia. A jak dwoje – podwójna. Pamiętam, jak leżeli koło mnie, w becikach. Jeden mieliśmy przygotowany, a drugi pożyczyliśmy. I było takie zamieszanie. Ale czułam ulgę, że już po wszystkim. Dziś dwojaczki to normalne. Kobiety rodzą pięcioraczki i tego bałabym się.

– Ale i tak jest dwa razy więcej pracy przy dzieciach, zwłaszcza gdy są energiczne. Jeden płacze, drugi chce jeść.
Jadwiga Kaczyńska: Przez pierwszy rok tak było, ale potem już się bawili razem. Bili się też razem (uśmiech).

– Byłoby niepokojące, gdyby mieli nad głowami aureolki?
Jadwiga Kaczyńska: Nie mieli żadnych aureolek. Normalni, żywi chłopcy. Byłam na trzecim roku polonistyki, jak się urodzili. Potem kończyłam studia. Pracę pisałam u profesora Juliana Krzyżanowskiego. I jeszcze wykonywałam jakieś prace zlecone, na takich karteluszkach, fiszkach. Chłopcy podpatrywali i też robili takie karteczki. To była świetna zabawa. Do dziś mam całe pudełko tych karteczek. W każdym razie, gdy dzisiaj tak sobie to wspominam, to nie miałam z nimi żadnych zasadniczych kłopotów. Nawet jak już dorastali. Nie było alkoholu – przynajmniej mnie się tak zdawało – większą część dnia spędzaliśmy osobno. Leszek raz po maturze trochę wypił z kolegą, ale potem dostał mdłości, bo nie był wprawiony.

– Jako nastolatki przechodzili przez okres buntu?
Jadwiga Kaczyńska: Były jakieś incydenty, jakieś wino, skok z pierwszego piętra podczas lekcji, jakieś pochody, ale razem wziąwszy, nic bardzo poważnego.

– Jarek brał udział w pochodzie protestacyjnym?
Jadwiga Kaczyńska: Jarek, a Leszek wyskoczył z pierwszego piętra prosto na wicedyrektorkę. No, prawie prosto. Co zresztą uratowało go od jakiegoś złamania. Wie pani, co powiedział potem? „Tak strasznie mi się nudziło na lekcji, że musiałem stamtąd wyjść, a okno było najbliżej”. Na szczęście dyrektor tej szkoły, pedagog z prawdziwego zdarzenia, powiedział: „Niech się pani nie martwi, tamta lekcja rzeczywiście była bardzo nudna”.

– Bała się Pani o nich?
Jadwiga Kaczyńska: Tak, ale mój mąż bardziej. Jego rodzeństwo umarło w młodym wieku – sześcioletni brat i dziewiętnastoletnia siostra. Dla mojego męża to było straszne. Bardzo więc był ostrożny wobec naszych dzieci. Ciągle chodziliśmy z nimi do doktora Kokoszki – świetnego pediatry. Chłopcy tak się przyzwyczaili do tego, że Leszek zbierał nawet pieniądze na wizytę u Kokoszki. Ja wtedy dużo pracowałam – przez osiem lat w szkole, potem w Instytucie Badań Literackich PAN. Z chłopcami zostawałam sama tylko latem, bo wyjeżdżaliśmy zawsze na dwa miesiące, a mąż musiał być w Warszawie. I wtedy dawałam im swobodę. Uważałam, że mają za mało wolności, a byłam na tyle młoda, że rozumiałam tę potrzebę. Używali więc sobie na wakacjach, a mnie traktowali trochę jak koleżankę. „Mama, zrobimy tratwę”. Dziś myślę, że byłam bezmyślna, że im pozwoliłam. W każdym razie oni płynęli tą tratwą, a ja biegłam za nimi brzegiem, chowając się za krzakami, żeby mnie nie widzieli. Nic się, Bogu dzięki, nie stało. Innym razem na wsi spuścili wszystkie gospodarskie psy z łańcuchów i zaprowadzili do rzeki, aby je wykąpać, bo miały pchły.

– Zwierzęta lubią do dziś. Kot Alik, który nam tu towarzyszy, jest ulubionym zwierzakiem pana Premiera?
Jadwiga Kaczyńska: Jarek znalazł go na wiejskiej szosie, gdzie leżał przejechany przez samochód. Myślał, że trzeba go pochować, ale kot poruszył końcem ogona, wiec zawiózł go do kliniki. Po dwóch tygodniach zadzwonili, żeby zabrać zdrowego już kota. Jest u nas od ośmiu lat. Uwielbia Jarka. Kiedy on wraca, śpi już tylko z nim. A Leszek też zawsze miał w domu zwierzęta. Przywiózł ze sobą do Warszawy psa Tytusa i kotkę Molly.

– Z pewnością czytała Pani opowiadanie Tadeusza Konwickiego o kocie Iwanie?
Jadwiga Kaczyńska: Pewnie, że czytałam. To chyba ciągle jeden z największych naszych pisarzy. Ja wtedy pracowałam w IBL-u, miałam kontakt z różnymi twórcami. W każdym razie, wracając do mojego strachu o chłopców – przestałam się o nich bać w marcu 1968 roku, bo stwierdziłam, że nic tym nie zdziałam. Pamiętam, że nawet raz zabrałam im sznurowadła do butów. Poszli bez. Leszek wrócił z jedną stopą w samej skarpetce i bardzo przeziębiony. Uciekał przed milicją. Dziwiłabym się, gdyby pozostawali z daleka od tego, co się działo.

– W końcu tradycje rodzinne musiał ktoś kontynuować?
Jadwiga Kaczyńska: Tak, a ja w dodatku wychowywałam ich poprzez lektury, najróżniejsze. Czytałam im do 13. roku życia. Sami też czytali bardzo dużo. Do dziś czytają. A ja też bez lektury nie zasnę. Pamiętam, jak Jan Józef Lipski, z którym byłam w bliskich kontaktach, zwykł pytać chłopców: „A czytaliście to czy tamto?” Był też okres, gdy bardzo dużo chodzili do kina. I do teatru. Leszek – po raz pierwszy zaprowadzony do teatru dla dzieci, nie chciał w ogóle stamtąd wyjść. Miał wtedy kilka lat.

– Różnili się od siebie charakterem?
Jadwiga Kaczyńska: Dla mnie zewnętrznie też. Leszek był bardziej okrągły, a Jarek miał podłużną buzię. Nie musiałam im wiązać żadnej wstążeczki, rozróżniałam ich od razu. Reżyser filmu „O dwóch takich, co ukradli księżyc” też ich rozpoznawał bez trudu. Operator również. Po prostu trzeba umieć patrzeć.

– Zawsze jednak dowodził Jarek jako starszy?
Jadwiga Kaczyńska: Ma silny charakter, ale Leszek też jest silny, tylko ma w sobie więcej łagodności. Jak byli mali, stworzyli na naszej ulicy wojsko. Generałem był Jarek, a marszałkiem Jacek Jackiewicz – syn znanego filmologa. Leszek chciał iść w środku. Potem jednak wyrósł z tego środka. Leszek zakładał na Wybrzeżu wolne związki. Pojechałam tam, a Marylka mówi, że on jest w stoczni. I choćby nie wiem co zrobiła, to tak, jakby chcieć zamknąć wiatr w walizce. I tak by poleciał.

– Lubi Pani synową?
Jadwiga Kaczyńska: Bardzo ją lubię. To świetna żona dla mojego syna. No i jeszcze bardzo lubię to, że się ożenił. Leszek zawsze chciał się ożenić. Jarek chyba swojego czasu też, chociaż okazało się, że jego największą miłością jest polityka. Jedna z jego przyjaciółek, dziś matka kilkorga dzieci, powiedziała mi kiedyś, że to Jarek ją rzucił, jak zaczął działać w KOR. Podobały mu się różne dziewczyny, ale zawsze twierdził, że to tylko przyjaźń.

– Polityka nie znosi rywalek?
Jadwiga Kaczyńska: Tak sądzę. Myślę, że Jarek miał to na względzie. Poza tym jest w stosunku do kobiet dość nieśmiały. Natomiast Leszek, mając 18 lat, twardo mi oznajmił: „Ożenię się i będę mieć dzieci”. Chciał dwoje, jeszcze syna. A Jarek Martę traktuje jak własną córkę, a Ewę jak własną wnuczkę.

– Pani nadal dba o syna w takich codziennych sprawach? Czytałam gdzieś o perturbacjach, jak kupowaliście razem garnitur?
Jadwiga Kaczyńska: I strasznie się wtedy pokłóciliśmy, wróciliśmy osobno. Już nigdy więcej nie narzucałam mu swojej woli. Ale ja w ogóle nie myślę tak wiele o tym, jak ma być ubrany.

– A myślała Pani kiedyś o tym, że synowie będą sprawować najwyższą władzę?
Jadwiga Kaczyńska: Nie. Zupełnie. Dla mnie to było zaskoczenie, nawet jak Leszek został kandydatem na prezydenta Warszawy. Dowiedziałam się o tym z gazet, byłam wówczas w sanatorium w Busku. Wiem, że im chodzi o Polskę, chociaż może to zabrzmi trochę patetycznie. Jarek zdecydował się na premierowanie, ponieważ – jak powiedział – „naprawdę nie miał wyjścia”.

– Zasięgają Pani rad, opinii?
Jadwiga Kaczyńska: Nie. Natomiast po jakimś wystąpieniu, przemowie, zależy im na moim zdaniu. Jeśli coś mi się nie podobało, mówię to bez ogródek. Jarek zawsze mi wtedy dziękuje i powiada: „Cieszę się, jesteś moim pierwszym krytykiem”.

– Liczą się z Panią bardzo?
Jadwiga Kaczyńska: Liczą. Boją się o mnie. Dzwonią w ciągu dnia, jak ja się czuję. Niedawno przeszłam ciężką operację udrażniania tętnicy szyjnej. Bardzo się wtedy niepokoili. Tym bardziej, że stracili dwa lata temu ojca.

– Dla Pani to też ogromna strata.
Jadwiga Kaczyńska: Przeżyliśmy razem 56 lat, głównie w harmonii. Nie myśleliśmy nigdy o tym, że któreś z nas odejdzie pierwsze. Wychowaliśmy razem dzieci, przechodziliśmy przez różne, także trudne chwile. I wie pani? Mąż do końca był o mnie zazdrosny. To mnie bardzo bawiło, ale naprawdę czułam się ciągle kobietą, choć często zirytowaną lub rozśmieszoną. W tej chwili bardzo mi go brak. Umarł na raka płuc, palił za dużo.

– Całe życie na Mickiewicza, na Żoliborzu?
Jadwiga Kaczyńska: Tak, najpierw przez czterdzieści parę lat mieszkaliśmy przy Lisa-Kuli, a od dziesięciu lat przy Mickiewicza. Pamiętam, jak na początku lat 80. ciągle gotowałam jakieś kluski, makarony. Tanie dania – pyzy, kopytka, żeby chłopcy i ich koledzy mogli się najeść. Wtedy wszystkim było ciężko. Oboje z mężem pracowaliśmy, on wykładał na politechnice, był inżynierem. Jakoś wiązaliśmy koniec z końcem, chociaż nie było dużo pieniędzy.

– Pan Premier oddaje Pani wszystkie pieniądze i podobno go nie interesuje, jak mama nimi rozporządzi.
Jadwiga Kaczyńska: Oddaje, a ja mu tylko mówię, gdzie są, ile ewentualnie odłożyłam. Nie nadaję się do zarządzania finansami, ale czuję odpowiedzialność, bo to nie moje, więc trzeba pilnować, by się nie rozeszły. Ja mam swoją emeryturę.

– Gdyby mąż żył, byłby dumny z synów?
Jadwiga Kaczyńska: Myślę, że bardzo. Ale też by się niepokoił o nich.

– A Pani?
Jadwiga Kaczyńska: Jestem dumna, ale staram się mieć dystans. Bez dystansu to ja bym w ogóle nie wytrzymała tego wszystkiego, chociaż jestem chyba dosyć twarda. Oglądam telewizję, czytam prasę. Niektóre komentarze, ataki mnie bolą.

– Wszyscy ludzie przy władzy byli u nas atakowani. To nic niezwykłego.
Jadwiga Kaczyńska: Tak i ja sobie zdaję z tego sprawę. Ale takiego ataku, takiej furii, jeszcze nie było. Teraz jednak mam wrażenie, że trochę się uspokoiło. Ja chcę tylko, żeby osądzano sprawiedliwie.

– Który okres w życiu był dla Pani najtrudniejszy?
Jadwiga Kaczyńska: Jednak Marzec’68. Był przerażający. A potem, gdy Leszek wyjechał do Gdańska, synowie postanowili się rozdzielić. Miałam trochę taki syndrom opuszczonego gniazda.

– Kiedy Jarosław rozstał się z Wałęsą, trzasnąwszy drzwiami, czy to było dla Pani stresujące?
Jadwiga Kaczyńska: Nie było przyjemne. On mi nie powiedział tego od razu. Sama musiałam się zorientować, ale znam go na tyle, że wiedziałam, iż coś się stało. Synowie w ogóle chcą mnie chronić przed różnymi informacjami, które ich zdaniem mogą mnie zdenerwować.

– Czytałam, że został wtedy bez środków do życia.
Jadwiga Kaczyńska: Może, a ja zupełnie o tym nie wiedziałam. Dopiero później Leszek przyznał mi się, że pożyczał Jarkowi pieniądze, żeby miał jakieś podstawy bytu. Dowiedziałam się dopiero, jak część pieniędzy spłacił. Leszek pracował wtedy na kilku uniwersytetach, lepiej mu się wiodło. A Marylka zgodziła się, żeby pożyczył.

– Od niedawna mieszka Pani w apartamencie Premiera. Syn bał się zostawić Panią samą w domu na Żoliborzu?
Jadwiga Kaczyńska: W ogóle nie było takiego pomysłu, żebym została sama. Natomiast długo trwało, zanim zdecydowaliśmy się na przeprowadzkę. Teraz on twierdzi, że to była moja decyzja, a ja – że jego. On nie może się tutaj pozbierać, brakuje mu jego papierów, musi pójść zrobić w nich porządek. Ja tutaj nie zabierałam wielu swoich rzeczy. Tylko jakieś drobiazgi, bibeloty. Wszystkie pamiątki zostały. Przecież kiedyś tam wrócimy. Martwi nas tylko – mnie i Jarka – że nasi bardzo dobrzy sąsiedzi chcą sprzedać swoją połowę segmentu i wyprowadzić się. My przywiązujemy się do ludzi, a oni są bardzo dobrymi sąsiadami.

– Nadal Pani kroi synowi grejpfruta i kiwi na kolację?
Jadwiga Kaczyńska: Nadal kroję. Wczoraj nawet pojechałam na Żoliborz do budki, gdzie są najlepsze winogrona. Syn teraz wraca bardzo późno. Jak wyjdzie przed dziewiątą, to często do północy go nie ma. Wiem, że jest zmęczony, że musi tu odpocząć. W domu czyta, słucha muzyki. A ja mu daję spokój. Zresztą nie jestem konfliktowa, choć czasami potrafię wybuchnąć.

– Ma Pani poczucie, że dobrze synów wychowała?
Jadwiga Kaczyńska: Myślę, że nieźle. Bo ja ich po prostu bardzo lubiłam, oprócz miłości do nich. Oni są bardzo mili, mają poczucie humoru. A jako bracia kochają się bardzo. Obaj są uczuciowi. A dziećmi byli naprawdę przezabawnymi. No i ważne, że mimo ich posiadania mogłam też zrobić wiele zawodowo. Nie byli tacy zaborczy, jak niektóre dzieciaki. Ja nawet teraz jeszcze próbuję pracować nad książką o Janie Józefie Lipskim. Bez pracy byłoby mi ciężko.

– Myśli Pani czasem, jak to będzie za pięć, sześć lat?
Jadwiga Kaczyńska: Dziecko drogie, ja dobiegam już osiemdziesiątki, chociaż kobiety nie powinny się nigdy przyznawać do swojego wieku. Myślę o tym, żeby jeszcze tych kilka lat pożyć – pięć, sześć. Może nawet dziesięć. Znam panią, która ma 95 lat i jest ciągle pełna chęci do życia. To zależy od siły woli. Lecz ja mam za sobą tyle chorób, pobytów w szpitalach. Ale nie poddaję się tak łatwo. Wiem, jak by to zmartwiło moich synów, gdyby nie mogli do mnie zadzwonić. Są naprawdę bardzo kochani...


Rozmawiała Krystyna Pytlakowska/ Viva!
Zdjęcia Piotr Małecki
Stylizacja Wojciech Paweł Warzecha
Makijaż i fryzury Anna Szyszka
Produkcja sesji Elżbieta Czaja
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (48)
/2 lata temu
No to już wiemy przez kogo to wszystko. Przez panią Gajcy!
/2 lata temu
Drobne sprostowanie- Jarosław nie mógł mieć imienia po poloniście- profesorze Doroszewskim, bo ten miał na imię Witold (a na drugie- Jan). A niedotlenienie okołoporodowe może mieć wpływ na niedorozwój płatów czołowych. A skutkami uszkodzenia płatów czołowych to m.in. niestabilność emocjonalna, zmiany nastroju, zachowania agresywne.
/6 lat temu
Retoryczne pytanie. Toć "to widać, słychać i czuć".
POKAŻ KOMENTARZE (45)