Ivan Komarenko

Po raz pierwszy mówi o rodzinie zostawionej na Syberii, depresji, związku na odległość. I dlaczego mimo wszystko jest optymistą.
Krystyna Pytlakowska: Warto w życiu być ryzykantem?
Ivan Komarenko: Coraz częściej ludzie zadają mi to pytanie. – Coś więc w tym musi być. Mało kto decyduje się na zmianę kraju. Trzeba mieć odwagę. Trzeba być desperatem. Uświadamiam sobie to dopiero teraz.

– Co by Pana czekało w Rosji, gdyby Pan tam został?
Nic. Naprawdę nic. Tak myślę.

– Przyjechał Pan do Polski, żeby pomodlić się za papieża. Miał Pan wtedy 19 lat.
18. Ale dom opuściłem już jako 15-latek. Wtedy przeprowadziłem się do Bracka uczyć się na wydziale instrumentów dętych. I, kurczę, nie zastanawiałem się nad tym, czy dobrze robię. Po prostu miałem w sobie siłę, która mną kierowała. To tak, jak teraz z festiwalem Eurowizji. Po prostu będzie, jak ma być. I tyle. Myślę też, że nauka w Rosji mnie zahartowała.

– A dom nie? W małej miejscowości na Syberii?
Dom też. Mama jest dobrą kobietą, ale reszta rodziny...

– Twarda?
Raczej trochę niepoukładana. Nie wstydzę się tego powiedzieć – czasami nawet patologiczna. Borykałem się z takimi problemami, jakie mają zwykli ludzie. W mojej rodzinie często rządził alkohol. Moja babcia jest despotyczna, pali jak smok i lubi wypić. Mama była odpowiedzialna za cały dom, a to było dla niej dużym obciążeniem. Musiała zajmować się nami – mną i moim bratem. A kiedy podrośliśmy, zaopiekowała się swoją mamą, która jest trudnym człowiekiem. Wiedziałem, że muszę zmienić swoje życie, że to konieczność.

– Przed czym, czy przed kim Pan uciekał? Babcią? Ojcem?
Ojca nawet nie znałem. Opuścił nas, gdy miałem parę miesięcy. Potem mama związała się z innym mężczyzną. A później jeszcze z innym, z którym jest do tej pory. Brakowało mi ojca, kiedy dojrzewałem. Chłopak potrzebuje wsparcia, doświadczenia, które tylko ojciec może przekazać. Nie miałem tego. Tak naprawdę uciekałem przed czymś, co miałem w sobie. Przed sobą samym.

– A jakie miał Pan relacje z ojczymem?
Bardzo dobre. Ja go kocham, chociaż nie mówię do niego „tato”.

– Pierwszym przystankiem w Polsce była dla Pana Częstochowa. I zupa śliwkowa, którą nakarmiły Pana zakonnice.
Tak. Byłem zdziwiony jej smakiem – pierwszy raz jadłem słodką zupę.

– Jakiego Pan jest wyznania?
Prawosławnego.

– Skąd więc taki szacunek dla papieża?
Bóg jest jeden. Czy to ważne, w jakim obrządku się modlimy? Chciałem spotkać się z papieżem bezpośrednio, ale gdy zobaczyłem na Jasnej Górze te tłumy, wiedziałem, że to niemożliwe. Miałem wtedy bardzo poważne problemy osobiste. Doświadczałem rozterek młodości, czułem się zagubiony. Ludzie wykorzystywali moją naiwność i spontaniczność. Poza tym przeżywałem pierwszą wielką miłość i zostałem odrzucony. Dziś jestem wdzięczny losowi, że mnie tak doświadczał.

– Ale czym doświadczył Pana los? Odrzuconą miłość przeżywa co drugi nastolatek.
Miałem problemy z własną wrażliwością. Nie mogłem sobie poradzić sam ze sobą. Długie lata cierpiałem na depresję.

– Depresję wieku dojrzewania?
Tak i dlatego wyjechałem do Polski. A tu stwierdziłem, że niczego nie dokonam, jeśli nie będę miał matury. Wróciłem więc do Rosji, zdałem ją i potem znowu przyjechałem do Polski, już na studia. Wybrałem filologię polską, bo chciałem wniknąć w kulturę mojego nowego kraju. Później zacząłem pracować jako redaktor krzyżówek panoramicznych. Do tej pory mam bazę danych na 25 tysięcy haseł. Ale zawsze chciałem śpiewać. Tylko że miałem problemy z głosem. Z powodu depresji.

– Nie rozumiem. Smutek działa na struny głosowe?
W moim przypadku powoduje, że nie można słowa wykrztusić. Przy depresji całe ciało jest napięte. Chciałem wydobyć dźwięk, a nie mogłem. I byłem z tym sam. Podłamałem się.

– Trafił Pan do dobrego lekarza?
Nie wiedziałem wtedy, że to depresja. Chodziłem na inhalacje, bo myślałem, że to choroba gardła, strun głosowych. Brałem zastrzyki, które nic nie pomagały. Myślałem, że mam raka. Cierpiałem na bóle brzucha. Budziłem się w nocy po kilkanaście razy. A to była po prostu reakcja psychiki. Później, kiedy mieszkałem już w Laskach, przypadkowo trafiłem tam do biblioteczki i przeczytałem książkę Archibalda Carre właśnie o depresji. Stwierdziłem, że to o mnie, że ja mam takie objawy. Zacząłem z tym walczyć.

– Sam?
Sam. Najpierw byłem kilka razy u psychologa. Później przez półtora roku brałem prozac, ale przede wszystkim zacząłem uprawiać sport. Bardzo intensywnie. Nauczyłem się pływać i pływałem godzinami. Tańczyłem w zespole tańca nowoczesnego. Zacząłem korzystać z siłowni. Mieszkałem blisko stadionu Skry. Biegałem codziennie po pięć kilometrów. To jedyna terapia na depresję – zmęczyć ciało, odwrócić uwagę od psychiki.

– Czuje się Pan już całkiem wyleczony?
Tak. Jest tak, jakbym dostał nowe życie. Pewnego dnia wrócił głos. To daje mi poczucie szczęścia.

– Trafił Pan na wspaniałych muzyków, na zespół, który przyjął Pana – nieznanego nikomu Rosjanina – jak kogoś bliskiego.
Nie było łatwo. Próbowałem z jednym, z drugim, trzecim. I w końcu znalazłem tych chłopaków. Kosztowało to trochę czasu i nerwów, żebyśmy się dotarli. Bo nikt nie lubi pracować na czyjeś konto, a zaczęła się moja popularność; Ivan tu, Ivan tam. Serial „M jak miłość” sprawił, że moja twarz stała się znana i ludzie mnie polubili. Koledzy zrozumieli, że dziennikarze chcą ze mną rozmawiać, poradzili sobie z tym jakoś. I teraz jest naprawdę świetnie. Tym bardziej, że pieniądze za koncerty dzielimy po równo – na cztery części. Razem walczyliśmy o sukces. Aby nagrać płytę, pożyczyliśmy pieniądze, bo żadna wytwórnia nas nie przyjęła. Single rozesłaliśmy po rozgłośniach lokalnych. W znanych radiostacjach nas nie chciano. W telewizji też nie. A później, powolutku ludzie zaczęli kupować płytę, słuchać nas i nucić. „Czarne oczy” stały się przebojem. Potem spotkaliśmy menedżera – Krzysia Boguckiego, człowieka z ogromną energią. Nie ma dla niego sprawy nie do załatwienia.

– No i teraz udział w festiwalu Eurowizji. Nie boi się Pan odpowiedzialności?
Mam tremę, ale bez tremy nie uda się zrobić nic dobrego. Marzymy o tym, by znaleźć się chociaż w pierwszej dziesiątce.

– Paradoksalne, że Polskę reprezentuje wokalista, który miał problemy z uzyskaniem karty stałego pobytu w Polsce.
Nadal nie mam karty stałego pobytu. Może teraz ją uzyskam?

– Jest Pan optymistą?
Staram się. W moim życiu od dłuższego czasu dzieją się same dobre rzeczy.

– Także miłość?
To związek na odległość. Próba dla nas. Nastia studiuje we Francji. Jeśli przetrwamy, to już nic nam nie zagrozi. Codziennie rozmawiamy przez telefon. Daje nam to namiastkę bycia razem. Widzi pani, ja szanuję miłość. Kiedy pomyślę o uśmiechu Nastii i jej pomarańczowej kurtce, w której zobaczyłem ja po raz pierwszy, nad Bajkałem, to aż mi się robi ciepło na sercu.

– Co się stanie, gdy dobra passa się odwróci?
Nauczyłem się pokory. To najlepsza lekcja, kiedy nie masz mieszkania, nic nie masz, a coś musisz zrobić ze sobą. Pierwsza myśl, jaka się pojawia: trzeba znaleźć ludzi, którzy pomogą, zaakceptują, dostrzegą, kim jestem, a nie skąd jestem. Moje życie tak właśnie wyglądało – nawiązywałem relacje z wieloma ludźmi i wśród nich byli też ci właściwi. To oni mnie wybrali. I do dziś wspierają.

Rozmawiała Krystyna Pytlakowska/ Viva

Zdjęcia Adam Wlazły
Stylizacja Jola Czaja
Makijaż Magda Jarętowska
Fryzury Robert Kupisz
Produkcja sesji Ewa Opalińska

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/12 lat temu
byly "CZARNE OCZY" a co dalej? nic o tej wielkiej gwiezdzie juz nie slychac