Irena Eris

Jest żywym dowodem, że pierwszego miliona wcale nie trzeba ukraść. I że w Polsce są możliwe kariery w prawdziwie amerykańskim stylu.
Irena Eris udowadnia, że istnieją małżeństwa doskonałe. Henryk Orfinger – mąż Ireny Eris to człowiek, bez którego sukces firmy nie byłby możliwy. To on zdejmował małżonce z pleców ciężar wszystkich nielubianych zajęć. Było tego sporo: administrowanie, zarządzanie, dystrybucja, sprawy w urzędach. Tak naprawdę Irena lubiła jedno: wymyślać receptury kremów.

Dzieje przedsiębiorstwa, te blisko ćwierć wieku, najlepiej ilustruje historia ich małżeńskich obrączek, opowiedziana z humorem przez męża: „Irena pisała doktorat na Uniwersytecie Humboldta w Berlinie. Ja w tym czasie – jako pracownik resortu komunikacji w delegacji służbowej – budowałem trasę Warszawa–Katowice. Tego dnia tyczyłem, jak się fachowo mówi, wiadukt w samym centrum Częstochowy. Było zimno, marzły ręce, tonęliśmy w błocie. W pewnej chwili z palca zsunęła mi się złota ślubna obrączka. Przez godzinę grzebałem się w błocie, przepuszczając przez palce kilogramy mokrej ziemi. Obrączki nie znalazłem. Po tej dotkliwej stracie kupiliśmy sobie obrączki ze srebra, bo były ładne, tanie i Irena zawsze lubiła srebro. Niestety, wiele godzin spędzała w laboratorium w gumowych rękawiczkach, więc okazało się, że nie może jej nosić. Obrączka pokrywała się siarczkami i stawała się czarna. Będąc w Turcji, kupiłem jedną wielką złotą obrączkę. W kraju jubiler przetopił ją na dwie mniejsze. Służyły nam przez wiele lat jako symbol, który oboje cenimy. Dopiero całkiem niedawno, gdy uznaliśmy, że już nas stać, kupiliśmy sobie naprawdę ładne obrączki z białego złota. Nosimy je i nie zamierzamy zamienić na żadne inne. Są rzeczy, które się nigdy człowiekowi nie znudzą”.
Na panu Henryku kompletnie nie robią wrażenia kolejne, coraz młodsze żony bądź partnerki kolegów biznesmenów. W maju 2006 roku Erisowie będą obchodzić 32. rocznicę ślubu. Będzie miło, rodzinnie, ale bez fety.

Równa babka
Motto Ireny Eris – najskromniejszej z polskich milionerek – to „być sobą”. Od zawsze marzyła o własnym małym laboratorium. Naprawdę małym i naprawdę własnym. Wyszło imperium. I jedna z najlepiej rozpoznawanych przez Polki marek. O dziwo, jak twierdzą ci, którzy ją znają, Irena przy tym nic się nie zmieniła. Żadnych much w nosie, żadnego epatowania bogactwem. Zawsze pogodna, uśmiechnięta.
Aktorka Bożena Dykiel, zaprzyjaźniona z Ireną Eris od dawna, mówi o niej w samych superlatywach: „Nie ma w sobie nowobogackiego zadęcia, które tak często u nas króluje. Równa babka. A przecież ma z czego być dumna. Nawet strojem nie lubi się wyróżniać, choć na pewno lubi i umie być dobrze ubrana. Uwielbia srebrną biżuterię i już. Ma zdrowe zasady: jak praca, to praca. Ale po pracy umie cieszyć się życiem. Śmieje się z dobrych dowcipów, sama je opowiada. Ma rękę do ludzi. Nic dziwnego, że ma tylu oddanych pracowników”.

Projektantka wnętrz Jolanta Pachowska, której powierzono wystrój wnętrza hotelu w Krynicy Zdroju i Instytutu Kosmetycznego Dr Irena Eris w nowym Hotelu SPA Dr Irena Eris Wzgórza Dylewskie na Mazurach, potwierdza tę obserwację. Nie ma lepszego szefa niż ten, który wydaje precyzyjne polecenia, dotrzymuje słowa, potrafi pochwalić, szanuje czas i pracę podwładnego jak własne. „Z takim szefem można pracować do końca świata. I dłużej”.

Irena mieszka z rodziną w 220-metrowym domu na Sadybie. Zamiast antyków króluje w nim nowoczesność i funkcjonalna wygoda. Jeździ zadbanym audi, bo jest mocne i bezpieczne. Zamiast obrazów, kandelabrów, sreber z aukcji – pod tym względem ona i mąż są zgodni – lepiej jest inwestować w rozwój firmy. Żadnych działań tylko dla prestiżu, co widać po jej firmowym gabinecie. Urządzony w jasnych barwach, zawsze ze świeżymi kwiatami, ma najwyżej kilkanaście metrów. Ona określa to prosto: „Jestem odporna na postawy snobistyczne”.

Nudne życie milionerki
Typowy dzień Ireny Eris wprawiłby w popłoch każdego, kto wyobraża sobie, że szef-właściciel jest całkowitym panem swego czasu. No i każdego, kto lubi pospać. Irena Eris bowiem wstaje dzień w dzień o wpół do siódmej.
Spać chodzi około 23.00, chyba że jest powód, aby było inaczej.
Ten powód to zazwyczaj wieczór w miłym gronie rodzinnym albo spotkanie z przyjaciółmi przy lampce dobrego czerwonego wina. „Żyję według prostego rytmu, przyzwoicie. Mogłabym chodzić spać później, ale słucham własnego ciała”.
Jej ulubiona pora dnia to poranek: „Moment, gdy rano mąż odwozi syna do szkoły, a ja mam jeszcze chwilę dla siebie, przed wyjściem do pracy. Moich mężczyzn już nie ma, w domu jest cisza, a ja mogę pomyśleć o czymś miłym, wypić kawę, przerzucić gazetę, zastanowić się w skupieniu... Zauważyłam, że właśnie wtedy przychodzą mi do głowy najlepsze pomysły”.
Oboje z mężem potrafią cieszyć się życiem rodzinnym i chronić je. Niech ktoś spróbuje zadzwonić do nich po godzinach pracy w błahej sprawie. Wiedzą, w imię czego warto dbać o więź między domownikami. Pierworodny syn miał prawie 18 lat, gdy całkiem nieoczekiwanie pojawił się na świecie młodszy braciszek.
„Byliśmy i jesteśmy zadowoleni, że pojawiło się w domu dziecko. Starszy syn się wyprowadził, a my nie odczuliśmy syndromu pustego gniazda”.
Irena Eris przyznaje, że późne macierzyństwo miewa wiele zalet. Gdyby nie dziecko, z pewnością łatwiej by im było popaść w pracoholizm. Trudniej byłoby o pretekst, aby kończyć pracę we właściwym czasie.

Ale syn jest. Energiczny, rezolutny, kipiący pomysłami, w maju skończy 14 lat. Irena Eris od lat przestrzega zasady, że każdego dnia po pracy poświęca czas tylko rodzinie. Mąż odwozi go do szkoły, a ona odbiera, musi więc pracę kończyć w miarę wcześnie. „Tak się podzieliliśmy obowiązkami. Zdarzają się dni, gdy nie mogę się wyrwać na czas, ale zawsze mogę wywołać męża albo poprosić moich rodziców. Nigdy syn nie był skazany na siebie. Wiem, wiem, jest mi łatwiej niż innym, bo nie mam męczącego, bezwzględnego, okrutnego szefa”, śmieje się pani Irena.
Zawsze mogła liczyć na swoich rodziców. Gdy matka Ireny dostała spadek po swoim ojcu, pieniądze pożyczyła córce. Wiedziała o jej marzeniu – własnej wytwórni, wierzyła, że kto jak kto, ale ona zrobi z tych pieniędzy dobry użytek. Miała rację.
W firmie rodzinnej pracuje starszy syn i „na razie zdobywa szlify”. Ożenił się, ma dwoje dzieci. Pomyśleć, Irena Eris babcią. „Jakoś w ogóle to do mnie nie dociera. Gdy ma się w domu pełnego energii nastolatka i mnóstwo sił do pracy, to chyba jednak jest jakiegoś innego rodzaju babciostwo, nie takie tradycyjne”, zastanawia się.

Będę pracowała
Spocząć na laurach? Tylko dlatego, że ma się na koncie multum tytułów, orderów, laurów, od nagrody Kisiela po Damę Biznesu Dziesięciolecia? Że jej produkty zachwala brytyjski „Glamour”, „Vogue”, a mogą je kupić kobiety w 17 krajach? Nigdy!
Za dużo się dzieje. Firma Dr Irena Eris jako pierwsza na świecie zastosowała w kosmetologii witaminę K i kwas foliowy. Teraz zabiega o światowy patent. „Jestem dumna, bo jako jedyni w kraju mamy Centrum Naukowo-Badawcze, gdzie prowadzimy unikalne badania na hodowlach komórek skóry”.
Jak widzi siebie za 20 lat? „Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze pracować, że będę aktywna. Obawiam się jedynie, by nie stać się z czasem hamulcem zmian, co zdarzało się właścicielom zarządzającym firmą. Nie chciałabym, aby mnie to spotkało i bym tłumiła tych, którzy mają wizję jej rozwoju”.
Póki co oboje z mężem nie myślą ani o emeryturze, ani o nieustającej podróży dookoła świata: „Kochamy podróże, to prawda, ale równie mocno powroty do domu”.
No i jeśli chodzi o nowe pomysły, nigdy nie mają dosyć. Właśnie oddali do użytku obiekt o nazwie Hotel SPA Dr Irena Eris Wzgórza Dylewskie.
Obojgu błyszczą oczy, gdy mówią o inwestycji pod Grunwaldem. Na 30 hektarach powstał okazały hotel, a w nim największy w Polsce Kosmetyczny Instytut Dr Irena Eris, nowoczesne Centrum SPA z kompleksem dwóch basenów, zaciszem saun, z sauną fińską, łaźnią rzymską, termarium ziołowym i solankowym, czterema jacuzzi, w tym jednym zewnętrznym, tak zwanym ciepłym źródłem, z którego można korzystać przez cały rok. Do dyspozycji gości jest również klub z kręgielnią i bilardem, kawiarnia, dwie restauracje. Niedaleko od hotelu znajduje się Dom Leśny, Rybakówka z grillem i miejscem na ognisko, Siedlisko, gospoda Sielanka, ale także korty tenisowe, rowery, konie i liczne ścieżki spacerowe oraz rowerowe. Na pytanie, po co im kolejna inwestycja, przecież mają już Hotel SPA Dr Irena Eris Krynica Zdrój, w którym serwuje się na śniadanie słynną jajecznicę z rydzami, odpowiada: „To konsekwencja holistycznej filozofii, która mówi, że aby skóra była dobrze odżywiona i zadbana, cały organizm musi być wypoczęty. Zagoniony człowiek gdzieś musi zwolnić bieg i zwyczajnie odpocząć. Choćby w naszym spa”.
Eris brzmi dobrze we wszystkich językach, choć nie najlepiej się kojarzy znawcom antyku; przecież Eris to boginka wojny, niezgody. „Jak się ktoś będzie czepiał o nazwę, niech pani mówi, że się nie zgadza, aby kobiety były stare i brzydkie”, radziła Krystyna Kofta, pisarka, która doskonale pamięta pierwszy półtłusty krem wyprodukowany przez Irenę. Krem, od którego wszystko się zaczęło.

Liliana Śnieg-Czaplewska/ Viva!

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (2)
/13 lat temu
Graruluje fenomenalnej kariery.Choć jeszce do niedawna kosmetyki Eris były nie za dobre ;( to teraz wychodza na światło sławy np.Linia BodyArt lub Lirene. Tak sie robi karierę ;) My kobiety takich właśnie kosmetyków potrzebujemy;dobrych i za niezła cene ;)Oby wiecej bylo takich "karierowiczow"jak Pani Irena Eris ;) Sama juz od 2 tygodni pracuje na tych kosmetykach i sa naprawde niezle ;)Pozrawiam
/13 lat temu
Bardzo podziwiam Irenę Eris :) Jest dla mnie wzorem kobiety sukcesu ! Dodaje wiary w to, że marzenia mogą się spełnić :) Sama chciałabym mieć w przyszłości własną firmę i dzięki niej wierzę, że może mi się udać:) Imponuje mi to, że propaguje etyczny biznes. Jest fenomenalna !!!