Hollywood - Tam gdzie spełniają się sny

Hollywood zostało odkryte przez filmowców na początku ubiegłego stulecia. Dzięki fantastycznej pogodzie i plenerom zdetronizowało dotychczasowe centrum filmu – Nowy Jork.
/ 04.02.2009 10:57
Tu spotkasz Toma Cruise’a, i zobaczysz, jak Sharon Stone robi zakupy. Tu obsłuży cię kelner, który może za rok będzie wielką gwiazdą. Tu możesz zarobić miliony i stracić złudzenia. Hollywood. Miasto ludzi gotowych na wszystko.


Raj dla filmowców
Pierwsi filmowcy dotarli tutaj z Nowego Jorku w początkach ubiegłego wieku. Byli to uciekinierzy chcący uniknąć płacenia haraczu Motion Picture Patents Company – właścicielowi patentów na kilka kluczowych wynalazków umożliwiających kręcenie i projekcję filmów, który kontrolował wszystkie kina na wschodnim wybrzeżu USA. Bo choć trudno w to dziś uwierzyć, to właśnie Nowy Jork był początkowo centrum światowego kina. Niemal cała produkcja filmowa pochodziła ze studia Astoria, które mieściło się w Queens i wylansowało takie gwiazdy jak Rudolf Valentino i bracia Marx. Uciekając przed agentami MPPC, filmowcy dotarli najdalej jak się dało na zachód i stworzyli nawet system wczesnego ostrzegania, który informował o zbliżających się do miasta pracownikach tej firmy. Być może uciekliby jeszcze dalej, gdyby nie to, że za Los Angeles były już tylko bezkresne wody Oceanu Spokojnego.

Hollywood w tamtych czasach nie należało nawet do Los Angeles. Założone przez farmera Harveya Hendersona Wilcoksa w 1886 roku, przez długie lata stanowiło małą rolniczą osadę. To żona Wilcoksa, Daeida, zaproponowała, by nazwać to miejsce Hollywood, które prawdopodobnie pochodzi od słów „holy” i „wood”, czyli święty las, a nie, jak zwykło się sądzić, od „holly” i „wood” – nazwy ostrokrzewów, bez powodzenia sadzonych znacznie później na okolicznych wzgórzach.

Dla filmowców szybko jednak stało się jasne, że trafili do raju. Fantastyczne plenery i znakomita pogoda stwarzały niepowtarzalne warunki do kręcenia filmów. Wystarczyły więc niespełna dwie dekady, by w mieście powstało pięć gigantycznych wytwórni filmowych: Paramount, Universal, United Artists, Warner Brothers, Columbia i MGM, którego szefem został warszawiak z pochodzenia, Samuel Goldwyn. Na wzgórzu górującym nad miasteczkiem stanął ogromny, 15-metrowej wysokości napis „Hollywoodland”, który początkowo miał zachęcać do kupowania działek w tej okolicy. Wkrótce stał się wizytówką tego miejsca. Małe zaś Hollywood szybko zostało włączone w obręb Los Angeles, które od tamtej pory jest czymś w rodzaju miasteczka pod Hollywood i w całości pracuje na jego potrzeby.

Ręka Marilyn, stopa Shirley Temple
W rezultacie powstała aglomeracja niepodobna do żadnej innej na świecie. Miasto, które niczym gigantyczna dekoracja filmowa, podporządkowane jest jednemu celowi: produkcji filmów i tworzeniu snów na jawie. Rozpostarta na terenie tysiąca kilometrów kwadratowych jest drugim co do wielkości miastem w Stanach Zjednoczonych. Molochem, którego przejechanie w godzinach szczytu zajmuje kilka godzin. Odległe o dziesiątki kilometrów dzielnice, takie jak Malibu, Beverly Hills czy Santa Monica, łączą pasma autostrad, którymi można jechać w nieskończoność. Polski reżyser Jurek Bogajewicz, który spędził w Los Angeles pół dorosłego życia, zwykł żartować, że największym sukcesem, jaki tam osiągnął, było opanowanie planu miasta, dzięki czemu mógł wrócić do domu. Bo rzeczywiście, kiedy przyzwyczajony do innych odległości Europejczyk mknie jednym z sześciu pasów autostrady, zawsze ma wrażenie, że już dawno minął swój zjazd, choć tak naprawdę jest jeszcze daleko przed nim. Centrum tego giganta nadal stanowi Hollywood, choć dziś jest to przede wszystkim skansen dla turystów. To tu właśnie znajduje się słynna Aleja Sław z tysiącami terakotowo-granitowych gwiazd największych mistrzów kina, w tym Marilyn Monroe, Stevena Spielberga czy Toma Hanksa. Jako pierwsza odsłoniła tu swoją gwiazdę w 1960 roku żona Paula Newmana, Joanne Woodward. Jak żartują miejscowi, brakuje tu jedynie gwiazdy Kaczora Donalda, ten jednak –  z gwiazdą czy bez gwiazdy – i tak przeszedł już do potomności. Nieopodal – Chiński Teatr, czyli najsłynniejsze w Hollywood kino, w którym do dziś odbywają się najważniejsze premiery filmowe. Przed nim zaś kolejna wielka atrakcja – odciski stóp i rąk ponad 200 największych gwiazd kina, począwszy od maleńkich stópek Shirley Temple po wielkie dłonie Rocka Hudsona. Każdy, kto tu przybywa, ma więc unikalną okazję, by porównać ich wielkość ze swoimi rękami i stopami. A wszystko dzięki niejakiej Normie Talmadge, aktorce, która w 1927 roku wdepnęła tu niechcący nogą w świeży cement i w ten sposób natchnęła właściciela budynku, Sida Graumana, do upamiętniania śladów największych gwiazd kina.


Halo! Tu Jack Nicholson
Próżno by jednak w centrum Hollywood szukać prawdziwych gwiazd. Barbra Streisand, Tom Cruise czy Steven Spielberg już dawno uciekli z zatłoczonych i niebezpiecznych rewirów do ekskluzywnych dzielnic Beverly Hills czy Bel Air, gdzie zapadają kluczowe decyzje w show-biznesie. Kilkoro z nich, jak Tom Cruise, Steven Spielberg, David Goefen, Jerry Katzenberg, bracia Weinsteinowie czy żona Toma Hanksa, Rita Wilson, to tuzy nad tuzami, od których zależy niemal wszystko, co dzieje się w mieście. To oni rozdają karty 17 milionom graczy, wśród których są inni, pomniejsi reżyserzy, aktorzy czy producenci, ale też fryzjerzy, makijażyści, wizażyści, ludzie, którzy inwestują ich pieniądze i organizują im bilety na mecze słynnych Lakersów. Bo kiedy Jack Nicholson chce zabrać swoją najnowszą dziewczynę na mecz ukochanej drużyny, nie dzwoni do swojego agenta, tylko do Tima Harrisa, który zajmuje się obsługą celebrities wyłącznie w tej materii. Pełno jest też w Hollywood speców od prawa, którzy prowadzą interesy gwiazd, a także rozwodzą je w ramach potrzeb. I wszyscy w mieście wiedzą, że kiedy w związku zaczyna się psuć na dobre, a intercyza zawarta w chwili małżeństwa nie była zbyt korzystna, natychmiast trzeba dzwonić do Dennisa Wassera, który z dobrym skutkiem reprezentował już m.in. Toma Cruise’a, Stevena Spielberga, Michaela Douglasa, Jane Fondę, Jennifer Lopez i Kirka Kerkoriana, byłego właściciela wytwórni MGM. Za przeprowadzenie rozwodu Wasser liczy sobie milion dolarów, jednak przy dziesiątkach milionów odszkodowań, jakie gwiazdy muszą wypłacić opuszczonym partnerom, to drobiazg.

W wielobarwnym tłumie przybyszów najwięcej jest jednak w Hollywood tych, którzy przywędrowali tu z nadzieją na lepsze życie. Niemal każdy kelner, sprzątaczka czy sklepikarka to potencjalna gwiazda ekranu. Hollywood bowiem to przede wszystkim miasto śmiałków, którzy nie boją się ryzyka. Gotowych jak niegdyś Brad Pitt przyjechać tu znikąd, spać pod gołym niebem, i przebierać się za kurczaka, byle tylko przetrwać, nim nadejdzie przełomowy moment. Za szczęśliwców mogą uważać się ci, którym uda się choćby zagrać ogon w serialu czy wziąć udział w reklamie proszku do prania.

Gdzie spotkać gwiazdy?

Na gwiazdy prawdziwie wielkiego formatu można się natknąć jedynie na Rodeo Drive, najsłynniejszej ulicy handlowej Los Angeles, gdzie znajdują się butiki Gucciego, Valentino, YSL i Tommy’ego Hilfigera, lub wtedy, gdy w wypucowanych limuzynach przemykają uliczkami Beverly Hills czy Bel Air na spotkanie z agentami czy kolejne ważne przyjęcie. W Bel Air gwiazdy kina odgrodzone od świata wielkimi płotami, żywopłotami i armią ochroniarzy wiodą życie niczym wybrańcy. Żyją w niepojętym dla zwykłego śmiertelnika luksusie, otoczeni ogrodami i basenami jak z filmu. Ceny takich rezydencji dochodzą do kilkudziesięciu milionów dolarów, nie licząc wystroju, który należy powierzyć jednemu z pięciu najważniejszych dekoratorów wnętrz w mieście. W rzeczywistości gwiazdy jednak nie mogą obniżać standardu życia, bo spełniają dziś taką rolę jak... greccy bogowie z Olimpu. Mało kto ich widział poza ekranem, mało kto wie, jacy są naprawdę. A mimo to miliony ludzi na świecie opowiadają sobie o nich legendy, usiłują wyglądać i ubierać się jak one. Czekają na kolejne produkcje filmowe ze swoimi idolami niemal jak na kolejne objawienie. Przy odrobinie szczęścia gwiazdy można dostrzec przed Kodak Theatre, gdy raz w roku zstępują z Olimpu do swoich wiernych poddanych, by rozdać kilka uśmiechów. I umocnić legendę Hollywood jako Fabryki Snów, które któregoś dnia mogą się ziścić.

Magda Łuków / Viva