Viva!, okładka, Hanna Lis fot. Viva! nr 10 z dn. 14 maja 2009 r.

Hanna Lis: "Mam nowy plan na życie"

Pierwsza rozmowa po rozstaniu z TVP! Tylko w VIVIE!
/ 13.05.2009 15:35
Viva!, okładka, Hanna Lis fot. Viva! nr 10 z dn. 14 maja 2009 r.
Hanna Lis zawsze odchodziła z rozgłosem. Z „Teleexpresu” pozbyto się jej, bo jak sama mówi, protestowała przeciwko zamianie programu w PSL-owski PGR-express. Gdy więc była w ósmym miesiącu ciąży, powiedziano, że jest za gruba, i ją wyrzucono. Miała 29 lat. Przez rok zajmowała się dzieckiem. Zrezygnowała wtedy z propozycji  pracy w tworzącym się TVN24, czego do dziś po cichu żałuje. Z Polsatu odeszła dwa lata temu, kiedy Tomasza Lisa odsunięto od kierowania „Wydarzeniami”. Oboje wtedy złożyli wypowiedzenia, choć właściciel stacji przekonywał ją, by została. Po kilku tygodniach podpisała kontrakt z TVP.

Hanna Lis w obiektywie VIVY! - zobacz niesamowite zdjęcia >>

Nie chciała udzielać wywiadów, uparcie milcząc. „Miałam w kontrakcie zakaz mówienia o firmie, a to, co mogłabym powiedzieć, z pewnością tej firmie by nie pomogło”, powie dziś, gdy jest już wolna. Nie odbierała telefonów od dziennikarzy, w jej poczcie głosowej wiecznie był „brak miejsca na nagranie wiadomości...”. Ale wywiadów unikała, także dlatego że nie odczuwała potrzeby, by ich udzielać. „Napisano o mnie jakieś tysiąc kłamstw, nonsensem byłoby każdą bzdurę prostować”, mówi.

Przyznaje, że nie lubi mizdrzyć się do mediów, choć wie, że przyklejony uśmiech bardziej neutralizuje szukające taniej sensacji brukowce niż powściągliwość. Teraz, pod jednym względem powściągliwa już nie będzie – za serię kłamstw, oszczerstw, insynuacji i manipulacji wytoczy kilku gazetom procesy. „Zrobiłam błąd, że z tym czekałam. Brukowce i rynsztokowe portale internetowe uznały brak reakcji za zachętę do linczu”, mówi ze spokojem, ale też – stanowczością.

Kiedy jednak w grudniu ubiegłego roku po raz pierwszy została zawieszona jako prowadząca „Wiadomości”, postanowiła przerwać milczenie. Wtedy umówiła się z nami na wywiad. Ale kilka razy, gdy tekst już był gotowy, sytuacja się zmieniała i nagle stawał się nieaktualny. Teraz, po zwolnieniu jej z pracy, wszystko jest jasne. Czy jest załamana? Przeciwnie, imponuje mi uśmiechem i spokojem, jakby czuła ulgę, że telewizyjna szamotanina i szarpanina dobiegła końca. Pijemy herbatę w dużych kubkach. Ma na sobie dżinsy i bawełnianą bluzkę, włosy związane w koński ogon. Wygląda jak nastolatka. Pod naszymi nogami bawi się szczeniak – brązowy labrador, najnowszy nabytek Lisów uwielbiających zwierzęta. Starszy, owczarek berneński, poszczekuje zza jakichś drzwi. Za dwie godziny ma jechać do szkoły po córki. Taka jest jej prywatność, na którą zawirowania zawodowe nie mają wpływu.

– No i stało się. Spodziewałaś się tego?
Hanna Lis:
Czułam coś przez skórę, chociaż Tomek uważał, że może się na to nie zdecydują, bo zwolnienie mnie pod takim pretekstem byłoby totalną kompromitacją. A pretekst był absolutnie kuriozalny, bo nie słyszałam, by w jakimkolwiek cywilizowanym kraju, w jakimkolwiek programie informacyjnym ktoś dopisywał prowadzącemu do napisanych przez niego zapowiedzi zdania całkowicie nieprawdziwe. Ja nie odbieram szefowi programu prawa do podejmowania decyzji, nie ma on natomiast prawa, by wysługiwać się prowadzącymi do wprowadzania widzów w błąd. W „Wiadomościach” nie byłam odczytywaczem tego, co mi napisał jakiś oficer polityczny skierowany na odcinek informacji, lecz dziennikarzem, a obowiązkiem dziennikarza jest mówienie prawdy i niezgoda na kłamstwa, nawet jeśli trzeba za to zapłacić.


– To była prowokacja?
Hanna Lis:
Niczego nie wykluczam, u nas nazywało się to „wrzutka”. Albo się jakąś zmanipulowaną informację przeczyta i wtedy człowiek ma już złamany kręgosłup, albo się odmawia i wtedy można wylecieć z pracy. Nawet jeśli nie była to prowokacja, to z całą pewnością nie była to prawdziwa informacja. A na moim zwolnieniu pan prezes Piotr Farfał napisał z dużą odwagą, że poważnie naruszyłam zasady etyki dziennikarskiej. Zgodnie z tą logiką kłamstwo jest etyczne, a odmowa kłamania nieetyczna. Ja takiej definicji etyki nie przyjmuję, bo prezesi się zmieniają, czasem nawet bardzo szybko, ale reguły etyczne – nie.

– Najpierw Cię zawieszono, potem wezwano osobiście. Jak przebiegła rozmowa „zwalniająca”?
Hanna Lis:
Nie było żadnej rozmowy. Wezwał mnie szef „Wiadomości”, którego telewizyjna kariera trwa już dwa miesiące, i dał mi pisemko z wypowiedzeniem umowy. Zanim powstało, przez cztery dni żaden prawnik podobno nie chciał się pod nim podpisać.

– Jak zareagowałaś?
Hanna Lis:
Miałam ochotę jak najszybciej stamtąd wyjść. Co też uczyniłam.

– I z samochodu zadzwoniłaś do męża?
Hanna Lis:
Powiedziałam: „Kochanie, jest tak, jak się spodziewałam”. Tomek powiedział krótko: „Kocham cię, broniłaś tam zasad tak długo, jak się dało. Nie masz pracy, ale zachowałaś twarz, jestem z ciebie dumny i masz o tym zawsze pamiętać”. A potem przyjechał do domu z wielkim bukietem czerwonych róż.

– Coś Cię w tej całej sytuacji zaskoczyło?
Hanna Lis:
Na swój sposób zaskakujący był fakt, że pan Farfał krytykował poprzedni zarząd, używając argumentu, iż ten odsuwał niezależnych dziennikarzy pod byle pretekstem, a wobec mnie zrobił dokładnie to, co wcześniej potępiał. Fantastycznie pozytywnym zaskoczeniem była reakcja koleżanek i kolegów z „Wiadomości”. Zdobyli się na akt wielkiej odwagi, składając podpis pod listem w mojej obronie. Ryzykowali utratę pracy dla dziennikarki, z którą podobno nie chcieli pracować, jak swego czasu pisał brukowiec „Fakt”. Trzydzieści osób miało pełną świadomość, jakie mogą być tego konsekwencje, a jednak nie zawahali się. To był piękny i ważny gest.

– Nie sądziłaś, że zrobią coś takiego?
Hanna Lis:
Nie myślałam nawet o tym, bo w prawie 20-letniej historii „Wiadomości” chyba nigdy nic takiego nie miało miejsca. A byłam wzruszona i pod wielkim wrażeniem, bo wiem, czym ryzykowali, bo wiem, kim są ich przełożeni, bo wiem, jakie metody stosują i do jakich są zdolni. Gdy więc zadzwonił do mnie dziennikarz z „Rzeczpospolitej”, pytając, czy wiem o liście, byłam zaszokowana. Kiedy go przeczytałam, pomyślałam, że chyba warto było zostać zwolnioną, żeby przeczytać takie słowa. To wydarzenie scaliło zespół, udowadniając, że w „Wiadomościach” nie pracują tchórze. Jeden z kolegów złożył wypowiedzenie, chociaż czasy są ciężkie i nie wiadomo, czy szybko znajdzie pracę. A przy okazji – chcę wyrazić wdzięczność wielu osobom, które zademonstrowały  sympatię wobec mnie i mojej postawy: Stefanowi Bratkowskiemu, Jackowi Żakowskiemu, Bogdanowi Misiowi, Jackowi Pałasińskiemu, Krzysztofowi Krauze. Ludziom z Rady Programowej TVP i oddziału warszawskiego SDP. Mają pewnie różne poglądy, ale łączy ich przekonanie, że jeśli dziennikarstwo ma jakiś sens, to musi ono respektować podstawowe zasady tego zawodu.

– Masz poczucie krzywdy? Boisz się, co będzie dalej?
Hanna Lis:
W pewnym sensie dopiero teraz odzyskuję kontrolę nad własnym życiem. Przez rok przecież byłam zmuszona do milczenia, nawet w elementarnej obronie własnego dobrego imienia, które notorycznie szargano. Nie mogłam nawet wyjaśnić, dlaczego dziennikarze z Polsatu nie przeszli za mną do telewizji publicznej. Pisano, że nikt nie chce ze mną pracować. A prawda była inna. Zwabiono mnie na obietnicę przyjęcia ich do „Wiadomości”, a potem, gdy kontrakt podpisałam, wycofano się z tego, choć ich umowy były już gotowe. Czułam się oszukana na samym wstępie, chociaż lubiłam prezesa Urbańskiego. I nie mogłam o niczym pisnąć słowa ze względu na zapis w kontrakcie o tajemnicy służbowej. A kilka miesięcy temu zatelefonowała do mnie dziennikarka z „Dziennika”, prosząc o komentarz w sprawie „najbardziej nielubianej dziennikarki”. Spytałam: „Skąd pani to wie?”. „No, z badań telewizji polskiej”. Nie widziałam ich wtedy na oczy, ona też powiedziała, że nie widziała, ale musiała o tym napisać. Przekazali jej, że 12 procent widzów mnie nie lubi. Potem okazało się, że nie lubi mnie 11 procent, a lubi 67, o czym „Dziennik” już jednak nie napisał. I ukazał się tekst pod wielkim tytułem: „Dlaczego nikt nie lubi Hanny Lis – dramatyczna utrata popularności”. Do tej pory brukowce z tego wydawnictwa powołują się na własne kłamstwa i swe kłamstwa oraz manipulacje komentują, rozpisując to na głosy, co ma już charakter jakiejś obsesji.


– Zależy Ci na tym, żeby Cię lubili?
Hanna Lis:
Myślę, że jak każdemu.

– Niektórzy udają, że ich to nie obchodzi.
Hanna Lis:
Jeśli pracuje się w telewizji, jeśli racją mojego bytu w mediach jest moja wiarygodność i sympatia do mnie, to musi być to dla mnie ważne. Myślę jednak, że kłamiące, szczujące i manipulujące brukowce tym razem zderzyły się ze zdrowym rozsądkiem ludzi. Powtarzam, 67 procent na tak, 11 – na nie. Na szczęście w realnym świecie nie ma tego całego szaleństwa, piekiełka, rynsztoku, jaki ujawnia się na forach internetowych. Jesteśmy normalnym narodem normalnych ludzi, którzy żyją obok wirtualnej rzeczywistości. Jest oczywiście margines szaleństwa, głupoty, zawiści i podłości, ale to jest margines, szkoda tylko, że na tym marginesie jest tak duża część mediów, które wykazują absolutną pogardę dla ludzi, zarabiając pieniądze na sprzedawaniu im kłamstw. Ja zresztą też nie byłam zamknięta w szklanym pudełku. Wychodzę do sklepu, na pocztę, na spacer, do kawiarni i nigdy nie spotkałam się z jakąkolwiek oznaką wrogości, więcej, jest cała masa przesympatycznych, serdecznych gestów. Gdyby człowiek uwierzył, że prawdziwa Polska to jest szerzący nienawiść i budzący najgorsze ludzkie instynkty internetowy portal, to rzeczywiście trzeba by popełnić sepuku. Ale to jest, jeszcze raz to powiem, margines, owszem, chamski, brutalny, bezwzględny, ale wciąż margines. Teraz, gdy byłam na meczu charytatywnym i kibicowałam Tomkowi, który grał w drużynie (śmiech) Mediów, to spotkałam się wręcz z gejzerem sympatii. Ludzie wołali: „Hanka, jesteśmy z tobą!”. Moja córka Julka zapytała: „Mamo, czemu oni są z tobą? To my jesteśmy z tobą”.

– Wiedziała, co się stało?
Hanna Lis:
Nie. Jak to wytłumaczyć dziecku? Powiedziałam jej:  „Zawieszali, zawieszali i w końcu wyrzucili mamę z tej roboty”. „A dlaczego?”. „Bo jeden pan chciał, żeby mama powiedziała coś, co było absolutną nieprawdą”. Ona na to: „Wiesz co, mamo? Jak wszyscy są z tobą, to znaczy, że jesteś fajna”.

–  A Tomek miał na koszulce napis: „Haniu, jestem z ciebie dumny”. Powtórzył zdanie, które powiedział Ci przez telefon.
Hanna Lis:
To była dla mnie absolutna niespodzianka. On malował ten napis w piątek, po cichu, gdy mnie nie było. Poszłam wtedy na pożegnalne spotkanie z koleżankami i z kolegami z „Wiadomości”. Miał plan, że koszulkę pokaże, jak strzeli gola, no i udało się cztery minuty przed końcem meczu.

– Co robiłaś po powrocie do domu z wypowiedzeniem w torebce?
Hanna Lis:
Zrzuciłam wyjściowy mundurek i zmyłam makijaż, by upodobnić się do ludzi. Sama widzisz, że po domowemu chodzę w dresie, szortach, nieumalowana. I tak się najlepiej czuję. Ale telefon dzwonił bez przerwy, a ja z radością korzystałam z przywróconej mi swobody. Wypowiadałam się, komentowałam, wyjaśniałam. To trwało do wieczora. Później zaszkliły mi się oczy, gdy przeczytałam na stronie „Gazety Wyborczej” list moich kolegów i pojechałam na 21.00 na spotkanie z nimi.

– I piliście wódkę?
Hanna Lis:
Wino. Na początku było nam trochę smutno, bo wygłosiłam pożegnalne miniprzemówienie. Czułam się zobowiązana podziękować im za rok wspólnej pracy. Było trochę jak na stypie, lecz potem się rozkręciliśmy i zaczęliśmy sobie do drugiej w nocy opowiadać dowcipy, coraz bardziej nieprzyzwoite. Wyliśmy ze śmiechu. A potem brukowiec „Fakt” napisał, że z każdej mojej pracy odchodziłam skonfliktowana. I w tej swojej zapalczywości, żeby opluć mnie jeszcze bardziej, tak się zagalopowali, że na liście umieścili nawet „Fakty” TVN, gdzie nigdy nie pracowałam. Ale taryfa ulgowa dla kłamców się skończyła. Prawnik szykuje już pozew sądowy.


– A może, Haniu, jesteś konfliktowa?
Hanna Lis:
Strasznie (śmiech). Ci biedni dziennikarze w „Wiadomościach” byli przeze mnie bardzo uciskani. I jak w końcu się mnie pozbyli, to napisali list, w którym powiedzieli: „Byłaś i jesteś częścią naszego zespołu”. Nawiasem mówiąc, dzień później byliśmy z Tomkiem na kolacji z koleżankami i kolegami z „Wydarzeń”, w których nie pracujemy od ponad półtora roku. I tam też było przesympatycznie i kumpelsko. Najwyraźniej do szefów w TVP mam wybitnego pecha, ale do ludzi, z którymi pracuję, mam wielkie szczęście. I wolę tak, niż gdyby miało być odwrotnie.

– A zatrudniłabyś sama siebie?
Hanna Lis:
Gdybym była prezesem Farfałem – pewnie nie. Ale jako prezesowi swojej własnej osiedlowej, małej telewizji z pewnością zależałoby mi, by mieć ludzi niezależnych, z własnym zdaniem.

– Jednak trzymasz się uparcie telewizji?
Hanna Lis:
Jestem dziennikarką telewizyjną. Każdy się trzyma swojego zawodu i nie widzę nic złego w tym, że próbowałam tę telewizję, tak jak wielu innych moich kolegów – naprawiać od środka. I myślę, że mimo finału, warto było próbować. Czy to była „mission impossible”? Może trochę, ale patrząc na koleżanki i kolegów, uważam, że stało się naprawdę coś ważnego. Powstał zespół, ludzie traktują poważnie siebie, dziennikarskie zasady i widzów, potrafią dla tych zasad zaryzykować. I z całego serca im będę kibicować, zupełnie niezależnie od tego, czy kiedykolwiek będziemy jeszcze razem pracować.

– Gdybyś wiedziała o telewizji tyle, ile wiesz dzisiaj, to mając 22 lata, skierowałabyś swoje kroki na Woronicza?
Hanna Lis:
Mając 22 lata, nigdy nie wie się tego, co się wie, mając kilkanaście lat więcej. Dla mnie wtedy telewizja była środkiem do celu. Bo ja bardzo chciałam być już dorosła, niezależna. Na początku totalnie negowałam telewizję, bo pracowała tam moja mama, a ja wszystko chciałam robić inaczej. Chciałam na przykład być weterynarzem. Ale w moim dziecinnym świecie królował telewizor i gazety, pod którymi znikały zabawki, żelazka, talerzyki po kanapkach. Pierwszym więc pomysłem na pracę była jednak telewizja, bo ją znałam najlepiej.

– Czy to prawda, że mama Cię tam umieściła?
Hanna Lis:
To pasowałoby do brukowcowej wersji mojego CV, ale jest kompletną bzdurą. Moja mama, która przez kilkanaście lat pracy w telewizji nabawiła się poważnej wieńcówki, była ostatnią osobą, której mogłam powiedzieć, że szykuję się do tego zawodu. Zawsze powtarzała mi: „Rób co chcesz, ale od telewizji trzymaj się z daleka, bo tam jest wszystko chore”. Teraz rozumiem, co miała na myśli, ale widocznie sama musiałam objawy choroby odczuć na swojej skórze. Wtedy, na początku, musiałam nieźle kombinować, żeby na korytarzu przy Woronicza nie natknąć się na mamę. W końcu jednak i tak się na nią natknęłam, ale już po przejściu wszystkich eliminacji i sprawdzianów.

–  Nie chciałaś nigdy odejść? Zwłaszcza gdy zwolniono Cię z „Teleexpressu”?
Hanna Lis:
Po co odchodzić, skoro – powiem ironicznie – i tak prędzej czy później człowieka zwalniają? Widzisz, to nie jest tak, że po mnie wszystko spływało. Jakiś ślad został. Ale nie należę do osób, które usiądą, załamią ręce. Mam dzieci, mam kilka na≠prawdę nieskończenie poważniejszych spraw niż telewizja, więc nawet w tym telewizyjnym wariatkowie nie miałam trudności, by chociaż od czasu do czasu  patrzeć na pracę z dystansem.

– Dzieci wzmacniają?
Hanna Lis:
Odkąd jestem matką, stałam się o wiele bardziej odporna. Tak naprawdę trudno mnie zranić. Dzieciom nie mogę fundować bagażu w postaci walizeczek ze zrzucanymi im na głowę moimi problemami, które one wyniosą z domu w swoją przyszłość. Ja dzisiaj, mając 39 lat, cały czas tęsknię za moimi rodzicami, za atmosferą ich domu, rozmawiam z nimi codziennie, spędzamy razem weekendy, wyjeżdżam z nimi na wakacje. I to nie dlatego że miałam jakieś bezproblemowe dzieciństwo. Bywało dostatnio, bywało i tak, że brakowało pieniędzy, mieszkaliśmy i w pięknym apartamencie we Włoszech, ale także w 26-metrowym zakaraluszonym mieszkaniu na Służewcu. A dziś małe mieszkanko moich rodziców na Ursynowie jest tak samo moim domem jak dom, w którym mieszkam. Chciałabym, żeby moje córki, mając 40, 50 lat, zachowały wspomnienia pięknego dzieciństwa. Gdybym ich nie miała, nie stać by mnie chyba było na taką siłę.


– Po prostu musisz żyć.
Hanna Lis:
Życie to nie jest dla mnie przykry obowiązek, tylko fajne chwile, które chcę zapamiętać. Muszę teraz pojechać do szkoły, Ania występuje w przedstawieniu. Nie mogę się spóźnić.

(rozmowę ciągniemy w samochodzie)

– Boisz się, czy znajdziesz pracę?
Hanna Lis:
Jest kryzys. Wielu ludzi ma problem ze znalezieniem pracy. Dlaczego ja mam być wyjątkiem? Mam jednak pewien pomysł na siebie, ale nie będę teraz o tym mówić.

– Miałaś już telefony z propozycjami?
Hanna Lis:
Powiem szczerze, już wiele miesięcy temu, czując, że wiszę w telewizji na włosku zaczęłam intensywnie myśleć o tym, co będę robić za zakrętem. Jestem dziennikarką, myślę, że do tego zawodu prędzej albo później wrócę. Ale najchętniej nie dziś, nie jutro i nie pojutrze.

– Przejdziesz na utrzymanie męża?
Hanna Lis:
Nie można tego wykluczyć, przynajmniej na jakiś czas (śmiech).

– Masz jednak jakiś plan B?
Hanna Lis:
Cały czas mam ten plan.

– Dzieciom nie będzie żal, że nie zobaczą Cię teraz na ekranie telewizora?
Hanna Lis:
Nie, one kochają mamę w do≠mu i niespecjalnie je interesuje mama telewizyjna, zresztą przy mojej miłości do dziennikarstwa telewizyjnego nigdy nie uważałam tej pracy za w jakimkolwiek sensie lepszą niż każda inna, więc i moje dzieci nie uważają, że mama pracująca w telewizji to powód do dumy. Czasami, widząc moje związane z pracą stresy, mówiły tylko: „Mamo, czy nie mogłabyś mieć jakiejś normalnej pracy? Żebyśmy nie musiały uciekać od fotopstryków?”.

– A normalna praca to jaka?
Hanna Lis:
W sensie ucieczki od paparazzich niemal każda poza telewizją. Na przykład pisanie do gazety. Zawsze pociągało mnie dziennikarstwo prasowe.

– Ty będziesz siedzieć przy komputerze, a Twoje córki przejdą pod opiekę Tomka? Lubią z nim rozmawiać?
Hanna Lis:
Ich rozmowy wyglądają zupełnie inaczej niż ze mną. Budzą się w nich już małe kobiety. Wciągają go w tematy, które jego interesują. Na przykład o piłce nożnej. Ostatnio Julka powiedziała mi, żebym zapisała ją do sekcji piłki. Bardzo się liczą z Tomkiem. On robi za złego glinę, stanowczego. Ja za bardzo je rozpieszczam. Na pewno nie jestem twardą matką.

– Wracając jeszcze do tych afer, ataków, zwolnienia. Nie uwierzę, że nigdy nie płakałaś w poduszkę.
Hanna Lis:
Nigdy z powodu telewizji.  Telefon z informacją o tym, że jestem zawieszona, odebrałam po raz pierwszy w grudniu, stojąc pod salą OIOM-u szpitala w Lublinie, gdzie  mój ojciec leżał po ciężkiej operacji. Kolejny raz przekonałam się, jak diametralnie inaczej wygląda świat z perspektywy szpitalnego korytarza, jak odległe i błahe są w rzeczywistości problemy, które nas codziennie pochłaniają. Kiedy poznajesz ludzi, którzy są o milimetry od strat ostatecznych, a których  mimo to stać na bezinteresowny uśmiech, kiedy widzisz lekarzy, którzy nie tylko operują, ale też rozmawiają, wspierają, potrafią przytulić – myślisz sobie, że ten świat jest mimo wszystko naprawdę całkiem fajny.

– Ale sama mi mówiłaś niedawno, że z nerwów nie sypiasz po nocach?
Hanna Lis:
Bo w ogóle miewam problemy ze snem. Nie dopisujmy do tego głębszej filozofii. Oczywiście nie jest łatwo normalnie funkcjonować, gdy co drugi dzień strzelają do ciebie z okładki jakiegoś brukowca. Bywały faktycznie chwile,  kiedy miałam wrażenie, że tracę panowanie nad własnym życiem. Nie chcesz obdarowywać dzieci, bliskich swoimi problemami, więc zasklepiasz się w sobie. W takich momentach wracam jednak myślami do mojej i Tomka podróży do Chin. Zetknęliśmy się tam z tybetańskim buddyzmem. Dotarło do mnie wtedy coś bardzo oczywistego i mądrego – negatywne emocje, żal niszczą człowieka od środka. Uświadomiłam sobie, że moja złość, bezsilność wobec plotek – uderzają we mnie i w moją rodzinę. Powiedziałam sobie: „OK – na pewne sprawy nie mam wpływu, więc po co się szarpać?” Dziś kolejny wyssany z placa tekst w brukowcu nie burzy już mojego spokoju, co nie znaczy, że jest we mnie przyzwolenie na kłamstwo. Nie ma – stąd procesy. Znam swoje miejsce, wiem, jak wgląda moja przestrzeń – prywatna i zawodowa – i nie oddam ani centymetra mojego terytorium.

– Jakie jest Twoje terytorium?
Hanna Lis:
Normalne, jak wielu ludzi. Przecież nasze życie nie składa się z publikacji prasowych czy internetowych, przecież wiemy, kim jesteśmy i jacy jesteśmy, i nie potrzebujemy zdobywać tej wiedzy, czytając brukowce albo to, co napiszą jacyś nieszczęśnicy na forach internetowych. Ono toczy się, jak w innych domach – odwożenie, przywożenie dzieci ze szkół, zakupy, gotowanie – uwielbiam gotować. Wychodzenie z psami na spacer. To nasza normalność.

– I grill, który pełni u Ciebie szczególną rolę?
Hanna Lis:
(śmiech) Bardzo mnie odpręża. Grillowałam wczoraj, przedwczoraj, będę grillować dzisiaj. Aż żołądek odmówi mi posłuszeństwa.

– Tomek też lubi potrawy z grilla?
Hanna Lis:
Nasz świat nie jest podzielony na twój i mój. On jest wspólny. Jeśli coś dotyka mnie, dotyka i jego. Jeśli coś lubi on, lubię i ja. Teraz będę nawet chodzić z nim na mecze, bo mam czas. Właśnie obejrzeliśmy mecz Real Madryt – FC Barcelona. Osiem bramek w jednym spotkaniu – niesamowite. Widzisz? Nawet mnie to wciąga. Nie, takim kibicem piłkarskim jak on oczywiście nie będę, do takiego przewartościowania życia nie zmusiłby mnie nawet kilkuletni pobyt w Chinach, ale skoro Tomek ma na punkcie piłki fioła, to chyba coś w niej jest.

– Nigdy niczego nie żałujesz?
Hanna Lis:
Mam jakieś żale do siebie. O to, że nie byłam częściej z ludźmi, których już nie ma. Siedzi we mnie taka bolesna zadra. Zawsze było za mało czasu.

– Dlatego teraz więcej czasu spędzasz ze swoimi rodzicami?
Hanna Lis:
Z rodzicami spędzam masę czasu, bo ich kocham, bo lubię z nimi rozmawiać, a Tomek w nieskończoność potrafi rozmawiać z moim tatą. Po prostu coś jest ważne, co innego – mniej. Dzięki tej hierarchii w moim życiu panuje teraz absolutny spokój. Nie skupiam się na drobiazgach. No, chyba przez chwilę, gdy jestem zła na Tomka, bo jest jakaś Liga Mistrzów i tuż po piłkarskim weekendzie znowu siada przed telewizorem. Oczywiście żartuję, bo to jest nawet słodkie, takie chłopięce.

– Ale ten porządek został teraz zaburzony.
Hanna Lis:
Nie, wypadła jedna cegiełka z muru, nawet nie ze ściany nośnej. To z jakiejś perspektywy rzeczywiście nie są rzeczy najważniejsze, dziś telewizja jest, jutro nie, a 38 milionów Polaków każdego dnia pokazuje, że naprawdę da się żyć, nie pracując w telewizji. Ja nie muszę jej nawet oglądać. Rozmawialiśmy zresztą z Tomkiem, że gdyby zaszła taka potrzeba, po prostu sprzedamy dom, spłacimy kredyt i zaczniemy od początku. Jest przecież tyle rzeczy, które można robić. Nie zginiemy, Krysiu...

Rozmawiała Krystyna Pytlakowska / Viva
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (15)
/07.06.2009 09:25
Trzymam kciuki i nie czytam tekstów chołoty w moherowych beretach i sfrustrowanych bab. Tymi nie wolno się przejmować a dziennikarstwo uprawia Pani świetne!!!!
/07.06.2009 09:22
I proszę robić swoje nie przejmowac się spoleczeństwem Polski B!!! Pozdrawiam i trzymam za Wasoboje kciuki!!
/07.06.2009 09:21
I proszę robić swoje nie przejmowac się spoleczeństwem Polski B!!! Pozdrawiam i trzymam za Wasoboje kciuki!!
POKAŻ KOMENTARZE (12)