Hanka Bielicka

9 marca, w wieku 90 lat, odeszła największa gwiazda polskiej estrady. Przeczytajcie ostatni wywiad, jakiego udzieliła „Vivie!”.
/ 06.04.2006 06:34
Słynna chrypka - rozpoznawalna, jak znak firmowy. Polski Rod Stewart w spódnicy. Głos jak dzwon. I to wszystko o Pani...
Nie da się ukryć, że mój głos to nie są słowicze trele. Pomyśleć, że całe życie miałam kłopoty z gardłem. Przez 20 lat leczyłam je w Szczawnicy, potem przez 35 lat w Ciechocinku, choć wtedy doszły już zmagania z reumatyzmem. Na szczęście zawsze o siebie dbałam.

- Chrypka, kapelusze i Pani słynny optymizm. Już na sam dźwięk nazwiska człowiek się uśmiecha...
Dzięki za dobre słowo, zawsze powtarzam, że nad pogodą ducha trzeba ciężko pracować i ja to robię od 70 lat albo i dłużej, bo dzieckiem też byłam pogodnym, ale... dzisiaj to wszystko przeszłość. Od dłuższego czasu prowadzę życie niemal już wyłącznie przez telefon. Żyję wspomnieniami, kiepsko widzę i sił mi nie przyrasta. Tak bym chciała umrzeć, jak najprędzej. Nic mnie nie bawi, nic nie ciekawi.

- Oj, chyba dziś się Pani źle czuje...
Ja się cały czas źle czuję! Normalnie się źle czuję. Osiem miesięcy leżałam w szpitalu, drugie tyle w domu. Cała jestem pokrojona wte i wewte. To się stało, gdy miałam mieć występ w Końskich z Jackiem Wójcickim. On miał półrecital, ja - jedno wyjście. Przyjechałam do hotelu wcześniej, aby odpocząć po podróży i przygotować się należycie. Nie wiem, czy najpierw upadłam i potem straciłam przytomność, czy na odwrót. Na drugi dzień znalazła mnie organizatorka. Przyszła, aby zabrać mnie na koncert i zobaczyła leżący od siedmiu godzin na podłodze zewłok. Uratował mnie wspaniały doktor Sosnowski z miejscowego szpitala. Gdy się ocknęłam, stał przy moim łóżku i mówi: „Widzę, pani Haniu, że się pani obudziła. W środku prawie wszystko się poobrywało. Co mogłem, poprzyszywałem, co mogłem, poobcinałem, esicę sfastrygowałem, śledzionę podpiąłem, z resztą musi pani sobie radzić sama. Witamy w domu”.
Na takie dictum rozglądam się, widzę, że leżę za parawanem, odgrodzona prześcieradłem, wokół wiele par oczu na mnie patrzy, choć to druga w nocy. Pytam: „Słyszeliście dowcip? Blondynka leży z amantem w łóżku. Jej mąż pyta: »Co wy tu robicie?« »A nie mówiłam ci, że to idiota - mówi żona do kochanka - on nawet nie wie, co my tu robimy«”. Zgromadzeni spojrzeli na siebie i pewnie pomyśleli, że coś ze mną nie tak, ale doktor Sosnowski oznajmił ucieszony: „Będzie żyła!” I tak się zaczęło życie! Wzięłam się w garść i zregenerowałam co nieco, mimo zaawansowanego wieku. Na tę okoliczność ukułam sobie nawet dowcipas: budzę się z omdlenia i co widzę? Przy pięknej bramie z przybraniem, bramie niebios, siedzi starszy pan z małym chłopcem i pyta go: „Kto tam obok leży?” Chłopiec mówi: „To ta artystka z Polski, Bielicka”. Piękny starzec na to: „Ale głupio bez kapelusza wygląda, niech wraca do domu, ubierze się, jak trzeba i dopiero wraca”.

- Pamiętam pewne Pani wstrząsające zdjęcie ze szpitala, opublikowane w jednej z popołudniówek.
To bez peruki i makijażu? Jedna pani aż z Ameryki napisała do mnie list: „Jak pani mogła pozwolić tak się sfotografować, tak obedrzeć z mitu, tego nie wolno robić kobiecie, nie tylko aktorce, która żyje ze sceny!” A cóż ja mogłam? Po operacji, nieprzytomna, tylko co otworzyłam oczy, a tu zza parawanu wychyla się głowa z aparatem i taka dziewczynka szlocha, całuje mnie po ręce: „Błagam, niech mi pani da sobie zrobić zdjęcia, bo jak wrócę z pustymi rękami do redakcji, to mnie wyrzucą z pracy”. I co by pani zrobiła na moim miejscu? Pozwoliłam. A potem, zobaczywszy gazetę, jak każda kobieta, żałowałam.
Niestety, teraz trzeba by ponownie przyszyć to i owo, ale doktorzy boją się, że się mogę nie obudzić. Po każdej narkozie jest coraz gorzej z moją pamięcią. Całe życie pamiętałam wszystkie swoje monologi, a było ich blisko 150! Teraz pamiętam może dwa, trzy... Oj, mogło mi się to wszystko nie zdarzyć, mógł mnie los oszczędzić!

- Wiem, że mimo kłopotów ze zdrowiem od czasu do czasu wyprawia się Pani na drugi kraniec kraju do swojej ukochanej publiczności, co czeka z otwartymi ramionami. To prawda, że im dalej od Warszawy, tym więcej prawdziwych wielbicieli?
Nieprawda. Mam serdeczną publiczność w Warszawie, tylko że ja się tu prawie wcale nie udzielam. Jakbym zapomniała, że nie ma już „Podwieczorku przy mikrofonie” ani moich spektakli w Syrenie. Jak jest okazja, wystąpię w lokalu, w kabarecie albo bezpłatnie na corocznym charytatywnym koncercie „Złota jesień radość niesie” w Kongresowej. Śmieję się, że większość występujących w nich artystów powinna w pierwszej kolejności dostać pieniądze z tego koncertu.

- Stworzyła Pani na estradzie przekonujący typ warszawskiej przekupki Dziuni Pietrusińskiej.
Przekupka to raptem jeden cykl monologów! Drugi - uliczna śpiewaczka „Dnia pierwszego września roku pamiętnego” z „Zakazanych piosenek”. Trzecia - kwiaciarka warszawska, obywatelka Warszawy. Takie jak ona siedziały na rogach, sprzedawały kwiatki, składały się na koloryt lokalny. Dzięki nim przechodnie wiedzieli, jak się zmieniają pory roku, a Warszawa była pełna życia: wiosną - przylaszczki, fiołki, tulipany; jesienią - astry i chryzantemy... Miasto żyło życiem normalnego obywatela. Teraz zastąpił je strumień samochodów. Zmieniło się życie.

- Hanka Bielicka - z krwi i kości warszawianka.
Rodem z Łomży! To moja mała tajemnica, bom w głębi łomżynianka, z wierzchu warszawianka. A i to nieaktualne, bo tej Warszawy już nie ma! Przeszłość, historia.

- Lubi Pani tę swoją Dziunię?
No oczywiście, nie mam wyjścia.

- Mówiono o niej: „Paniusia wiejsko-miejska z dość poważnie zmąconym poczuciem własnych korzeni”. Kto ją stworzył?
Bogdan Brzeziński - krakowski satyryk. W 1952 roku usłyszał w moim wykonaniu pyskówkę Jurandota „Ona pierwsza”. Zadeklarował: „Muszę napisać coś dla Bielickiej”. I co tydzień, przez 25 lat, pisał kolejny kawałek Dziuni. Nie zabawne? Łomżynianka jest typową warszawianką, a teksty pisze krakowianin!
Tych monologów słuchały babki, córki, słuchają dzieci, całe pokolenia. I nadal się śmieją, bawią, ryczą ze śmiechu, a ja jestem pełna podziwu. Bo przecież nie mówię nic nowego, w kółko te same teksty.
Miałam świetnych autorów do dyspozycji, w teatrze Syrena chyba z dziesięciu, w tym Żywulska, Wiech; potem Gozdawa i Stępień; wreszcie Groński i Korpolewski. Ostatnio coś dziwnego dzieje się ze mną. Budzę się w nocy i powtarzam wiersze z 1937 roku, które recytowałam pod okiem Zelwerowicza w szkole teatralnej i z którymi jeździłam na koncerty.

- Pani Hanko, chwila wspomnień: zamożna kamienica, Pani i starsza siostra Marysia - panny z dobrego domu z aspiracjami - ćwiczycie wprawki na pianinie...
Przeciętny, przedwojenny inteligencki dom.

- Nie taki przeciętny, jeśli się zważy wysoki poziom wymagań i edukacji. Obie panny Bielickie uczyły się w domu angielskiego i francuskiego, Pani zna pięć języków, w tym włoski i hiszpański. Obie miałyście nienaganne maniery. Tata był przed wojną posłem na Sejm.
Wszystko prawda, ale... To babci dom był zamożny, nie nasz. Nasz był przeciętny, choć ambitny. W Łomży mieszkaliśmy przy głównej ulicy, której już dawno nie ma. Pierwsze bomby niemieckie poszły w kamienicę babci przy placu Kościuszki. Dziś też jest tam trasa przelotowa. Nie ma żadnych „starych śmieci” - miejsc na wspominki.

- Rodzice musieli jednak zaszczepić małej Hani ambicję życiową, bo ukończyła romanistykę i równolegle Instytut Sztuki Aktorskiej. Dwa fakultety, i to celująco! A potem inteligentna, ambitna dziewczyna wcieliła się na estradzie w Dziunię Pietrusińską...
Niech się pani nie zdaje, o nie, że moja mama była z tego powodu tak bardzo zadowolona. „Hanusiu, tak się z ciebie śmieją. Żebyś ty była taka, jak Śląska albo Mrozowska, to ja bym była szczęśliwa i tatuś też by był! A tak już się z ciebie śmieją!” „Mamusiu, nie ze mnie się śmieją, tylko z tego, co mówię”. „Ale trochę i z ciebie się śmieją”. Co racja, to racja. Mamie się nie przyznawałam, ale pani mogę.

- Do takiego zawodowego manewru trzeba było jednak mieć dużo odwagi cywilnej.
A ja o tym w ogóle nie myślałam! Sempoliński twierdził, że od początku byłam estradówką i niepotrzebnie siedziałam te pierwsze lata w teatrze dramatycznym. Umiejętność nawiązywania kontaktu z publicznością, granie do niej, a nie z partnerem lub partnerką - jego zdaniem - były cenne. Zdolności takie jak moje - kabaretowo-rewiowo-farsowe, słowem charakterystyczne, zdarzają się raz na trzysta osób trafiających do szkoły teatralnej.

- Z kim Pani studiowała?
Z Danusią Szaflarską, Ireną Brzezińską, Jurkiem Duszyńskim. Gdy kończyliśmy szkołę, Duszyński powiedział mi: „Wiesz, Hanusiu, jeżeli bym się kiedyś w życiu miał ożenić, to tylko z tobą”, ale każde rozjechało się na wakacje w swoją stronę. I nagle spotkaliśmy się 28 sierpnia 1939 roku w Wilnie, a tam bomby poszły dnia 1 września roku pamiętnego. Dalej wciąż trzymaliśmy się razem, to znaczy ja wyszłam w tym Wilnie za Jurka za mąż.

- A więc jednak była to miłość.
Może i była. Po wojnie przyjechaliśmy do Warszawy i zamieszkaliśmy z moją mamusią, która wraz z siostrą jakimś cudem ocalała w Kazachstanie i odnalazła mnie.

- Duszyński był przepięknym mężczyzną.
Przystojny, wysoki, miał prawie 190 centymetrów wzrostu. Pichelski, Żabczyński, Duszyński to przedwojenni amanci. Jurek zyskał sławę dzięki „Zakazanym piosenkom”, ale potem okazało się, że ról dla niego nie ma. Nie miał urody robotnika, a „salonowych amantów” nie potrzebowano. Czy pani wie, że młodzież dziś go w ogóle nie pamięta? Nawet to, że zagrał Piłsudskiego w filmie o prezydencie Narutowiczu w „Śmierci prezydenta”, mu nie pomogło.

- Byliście ze sobą 20 lat. Szmat czasu.
Gdyby to moja mamusia była żoną Jerzego, trwałoby to do końca świata. Zakochana w nim była. Dogadzała mu, obiadki, kolacyjki, smakołyki. „Dlaczego ty go zostawiasz, dlaczego?” - nie mogła mnie zrozumieć. A ja? Mężczyźni nigdy nie byli dla mnie problemem. Uczyłam się, gadałam, śpiewałam, jeździłam, a potem patrzę... już jestem stara. Zawsze, przez całe życie, od mężczyzn ważniejsze były dla mnie gosposie. Miałam trzy: pierwsza była ze mną 20 lat, druga - 25. Ostatnia, Joasia, też jest u mnie już ponad 10 lat i też za nią przepadam.

- Nie przejmuje się Pani mężczyznami, za to bardzo polityką. Boleje nad tym, że politycy się kłócą.
Polityka to coś okropnego. Doprowadza do tego, że prosty człowiek mówi: „Nie dosyć, że nic dobrego nie robią, to jeszcze za moje pieniądze się kłócą”. Ja też. Znów mój humor nie będzie potrzebny. Byłaś młoda, kłócili się. Jesteś stara, a oni ciągle się kłócą. Wszystko, co w tobie było najlepszego, już jest nikomu niepotrzebne. Życie ucieka. Dziś żyjemy w innym świecie. Kiedyś, jak do czegoś człowiek doszedł, myślał, że będzie to miał, że pewnie stoi na dwóch nogach. A teraz nie bardzo, oj nie bardzo...

- Wszystko można człowiekowi zabrać, Pani to wie najlepiej.
Tak. I przez lata musiałam to ukrywać. Cała rodzina wywieziona. Bracia w Kozielsku, matka w Kazachstanie, ojciec na Kołymie. Ten, co przyszedł po mojego ojca, zabrał go w pół godziny, spytał tylko: „Czy ty, Romuald Bielicki, walczyłeś w 1920 roku? Tak?” „Tak”. „Ubirajsia”.
Teraz jest zupełnie inne życie. Już bym z przyjemnością zamknęła oczki, jutro, zaraz! Mówię to zupełnie pozytywnie i optymistycznie. Nie przemawia przeze mnie żółć ani zniechęcenie, tylko uważam, że wszystko ma swoją czasową cezurę. Jest jeszcze publiczność... secesyjna, co razem ze mną odejdzie. Wzruszyłam się na swoje 90. urodziny.

- 9 listopada 2005...
...tyle dostałam życzeń. Od pana prezydenta, który odchodził, od pana premiera, który przyszedł, od ministrów, co odeszli albo przyszli, od wojewody i mnóstwa innych osób, co są. Jestem zdumiona, bo zdawało mi się, że poszłam w zapomnienie.

- Tyle dowodów miłości, a Pani mówi o odejściu.
Odejście, sprawa fizjologiczna. Ze mną jest jak z operami. Już nie powstają nowe. Skończyła się pewna epoka. Nastała inna. Przyjdą nowi idole.

- Co Panią martwi jako Hankę Bielicką?
Ja się nie martwię, że mnie już za chwilę ma nie być. Ani jako aktorka, ani kobieta, ani człowiek. Jestem taka stara, że się dziwię, że jeszcze jestem! Ale staram się, staram. Umaluję oko, usta, paznokcie, włożę kapelusz, żeby to i owo zatuszować. Rzemiosło ciągle we mnie tkwi. Trzeba o siebie dbać. Niczyja litość nie jest potrzebna: „Patrzcie, ona jeszcze klawo wygląda, ma dobre sukienki i fajne kapelusze. To znaczy, że jeszcze się trzyma, jeszcze jest na topie”. Sama chcę do końca trzymać fason.

- W jakim stopniu żyje Pani przeszłością?
Nigdy nie miałam skłonności do konfabulacji, kreowania przeszłości: „Ach, jaka ja kiedyś byłam piękna. Och, ilu to się we mnie kochało!” Przeszłość to przeszłość, okres zamknięty. Czasem, jak leżę w łóżku w nocy, to myślę: fajnie było, wesoło. Pełno zwierząt, ptaków, kociaków, radości... I mam ochotę zaśpiewać przebój Edith Piaf „Non, je ne regrette rien” - „Niczego nie żałuję”.
Powiem pani coś autentycznego i czarującego: gdy niedawno byłam w Łomży, delegacja dzieci zapytała: „Czy możemy zrobić w naszej szkole izbę pamięci Hanki Bielickiej?” „Możecie, tylko ja muszę najpierw umrzeć!” „To co mamy zrobić?” „Poczekać!” „No to poczekamy”.

Rozmawiała Liliana Śnieg-Czaplewska/ Viva!