Ewa Małas-Godlewska

Zamiast śpiewać ciągle te same arie, nagrała płytę „Sentymenty” – ze zmysłowymi, nastrojowymi piosenkami.
/ 10.07.2006 14:07
Kiedy La Scala, słynna opera narodowa z Mediolanu, złożyła Ewie Małas-Godlewskiej propozycję zaśpiewania partii Królowej Nocy w „Czarodziejskim flecie”, Ewa powiedziała: „Nie”. Miała już pięknej Królowej serdecznie dosyć. Bo choć to jedna z najbardziej wymagających sopranowych arii, nawet najpiękniejsze mogą się znudzić.

„Śpiewam ciągle te same role, te same arie, nie ma możliwości nowych odkryć – ma się 10 czy 12 oper w repertuarze i zmieniają się tylko inscenizacje, kostiumy, dekoracje, a muzyka, partytura zostaje ta sama. Powiedziałam więc sobie jeszcze przed propozycją z La Scali, że koniec z Królową Nocy. Mnie nie można do niczego przymusić”.

Jak rodził się talent
Ale istnieją sprawy i ludzie, którym Ewa Małas-Godlewska pozostaje wierna. Miłości w życiu Ewy są trzy. Pierwsza to muzyka. Sama zresztą już nie wie, czy to miłość, czy nienawiść. „Nadejdzie jednak taki moment, gdy śpiewać przestanę. Nie znoszę wszystkiego, co jest związane z wykonywaniem tego zawodu. Hoteli, walizek. Gdybym mogła, zabierałabym ze sobą cały dom. Wcale mnie nie dziwi, że dawniej śpiewaczki na tournée woziły ze sobą wszystko: pościel, służbę, zwierzęta domowe, szafy, nawet własne fortepiany. Nie znoszę też tego targowiska próżności. Od dzieciństwa”.
Głos maleńkiej Ewy zachwycał wszystkich w domu, a ona sama była etatową rodzinną piosenkarką. „Urodziłam się pod gwiazdą opery”, uśmiecha się. „Jako czteroletnia dziewczynka już miałam świadomość, że jestem jakaś inna. Wszyscy mówili: »Och, jak ty pięknie śpiewasz. Zaśpiewaj, zaśpiewaj, zrób nam przyjemność«. Rodzinne spotkania były dla mnie wielkim stresem. Ciocie, babcie, znajomi rodziców. Uciekałam na podwórko, chowałam się. Nie można było mnie odnaleźć. Gdy miałam pięć lat, mama zdecydowała, że wezmę udział w eliminacjach do Violinka – dziecięcego teatru telewizyjnego. Pamiętam, że to było miłe spotkanie. Ale ja zawsze miałam tremę. Zwłaszcza przed kamerą telewizyjną czułam jakiś niepokój. Najbardziej jednak dokuczało mi przezwisko: Violinek. Tak dzieci na mnie wołały, a ja chciałam się pod ziemię zapaść”.
Dziś widać, że wstyd był niepotrzebny. Mała Ewa z zespołu Violinek miała w przyszłości zostać jedną z najwybitniejszych postaci światowej sceny operowej. I choć zdarzały się momenty zwątpienia i pomysły, by studiować filologię polską, to jednak talent nie pozwalał o sobie zapomnieć.

Niewidzialna ręka
Właśnie, talent. „Czasem odnosiłam wrażenie, że choćbym nie wiem co robiła, to i tak kieruje mną niewidzialna ręka”, zastanawia się Ewa. „I idę zupełnie innymi drogami, niż chciałabym. Talent... W jakimś sensie jest on moim przekleństwem. Ciągle mam poczucie winy, że coś robię nie tak, że nie wykorzystuję jakiegoś odpowiedniego momentu. U mnie wszystko się rodzi w bólu, nic nie dzieje się prosto i bezproblemowo”, mówi. Ilustracją tych krętych ścieżek, po których los, a właściwie talent ją prowadzi, jest spotkanie Ewy z Herbertem von Karajanem – jednym z najwybitniejszych dyrygentów operowych i symfonicznych XX wieku. Ewa była jeszcze studentką, kiedy dostała od Karajana telegram, że zaprasza ją na przesłuchanie. Dziś wspomina: „Śpiewam i czuję, że mu się mój głos podoba. Po przesłuchaniu Karajan proponuje mi pobyt w Salzburgu, mamy nagrywać operę. Skakałam do góry z radości. Nie mogłam się tego doczekać! Na dwa dni przed wyjazdem dostaję telegram, że Karajan jest w szpitalu i że data mojego przyjazdu zostanie ustalona w najbliższym czasie. Nigdy to nie nastąpiło”, mówi ze smutkiem. Karajan żył jeszcze tylko niecały rok. Spotkanie nie było im pisane.

Wolność pilnie poszukiwana
Ewa nie zrezygnowała jednak z wielkich marzeń. Najpierw pierwsze wyzwanie: oprócz szkoły muzycznej szkoła teatralna we Wrocławiu – wydział wokalno-aktorski. „Chciałam nauczyć się też aktorstwa, bo wiedziałam, że to pomoże mi zwalczyć moje kompleksy. Byłam taka wycofana, schowana”, mówi. A potem, w 1983 roku, podjęła najważniejszą życiową decyzję. „Stwierdziliśmy z mężem, że trzeba wyjechać z kraju, jeśli myślimy poważnie o mojej karierze. Nie chcieliśmy też, by nasza córka wychowywała się w takich polskich realiach. Zanosiło się na to, że długo tu się nic nie zmieni, mimo że pokosztowaliśmy przed stanem wojennym już pierwszego oddechu wolności”.
Wolność, jak się okazało, przygarnęła Ewę i jej męża bardzo chętnie. Trafiła do dobrego impresaria, tego, który wcześniej zajmował się Marią Callas. Lecz to ona decydowała, jak i kiedy będzie pracować. Nie chciała biegać na castingi, meldować się na przesłuchaniach. Nie chciała być uczennicą, która ciągle zdaje egzamin. Choć często zdawała go na najlepsze noty: na castingu do filmu „Farinelli, ostatni kastrat” pokonała kilkuset śpiewaków. Tytułowy bohater śpiewał w wyższych rejestrach głosem Ewy Małas-Godlewskiej. Udział w tym filmie otworzył jej drogę do światowej kariery.
„A miałam wątpliwości, czy przyjąć tę rolę. Musiało mnie przekonywać wiele osób”.

Kobieta jednego mężczyzny
Dzięki swej pierwszej miłości poznała tę drugą – męża.
W szkole muzycznej przy Bednarskiej w Warszawie. „Miałam 18 lat. Mirek (Godlewski – obecnie menedżer i producent – red.) też śpiewał, ale powiada, że na szczęście dla opery przestał”, śmieje się Ewa. „Być może istnieją pary, które potrafią robić karierę równolegle. U nas jednak była to świadoma decyzja, że jedno będzie śpiewać, a drugie mu pomagać”.
Mąż jest konsekwentny. Wspiera, pomaga, trzyma za rękę od lat. Rozumie, że w żonie kochają się inni mężczyźni. Tak było w okresie nagrywania piosenki na płytę „Song of Love” z José Curą. Nie tylko Polska, ale cały świat huczał od plotek o romansie Ewy ze zmysłowym Argentyńczykiem, o którym mówi się, że jako jedyny z tenorów jest klasycznym „latynoskim kochankiem”. Przystojny, dobrze zbudowany, jest niezrównanym uwodzicielem. Mówił, że nagrywając płytę z Ewą, czuł, jak ich głosy się lubią. Ją zresztą pociągnęła w nim właśnie barwa jego głosu i jej niesamowita zmysłowość. Dzięki temu duetowi powstała płyta, którą oceniono jako najpiękniejszy hołd złożony miłości. Ewa śmieje się: „Liczyłam się z tym, że ludzie będą plotkować o naszym rzekomym romansie. Ale José nie jest w moim typie. Mnie nie interesuje mężczyzna, który szaleje na punkcie każdej kobiety. Ja wtedy staję się przekorna na zasadzie: ze mną się nie uda. Im bardziej ktoś o mnie zabiega, tym bardziej jestem oporna. Jestem kobietą jednego mężczyzny. Z mężem wszędzie jeździmy razem, on jest moim opiekunem. I wybawia mnie z trudnych i niezręcznych sytuacji”.

Dziewczynka o operowym imieniu
Pora przedstawić miłość trzecią. To Aida.
Dziś dorosła absolwentka socjologii, kiedyś aniołek swoich rodziców. „Gdy wyjeżdżałam, honorarium niemal całe szło na telefony do córki”, wspomina Ewa Małas-Godlewska. „Do dziś telefonujemy do siebie wiele razy dziennie. A ileż łez wylałam w poduszkę, gdy chorowała, a ja byłam daleko. Ciągłe rozdarcie. Ja się po prostu nie nadaję do takiej wielkiej kariery. Zawsze czułam, że powinnam być przy niej. Nawet sobie myślałam, że powinnam mieć drugie dziecko, lecz ten moment przeoczyłam”. Ewa zamyśla się.
„Teraz Aida jest już dorosła, skończyła studia, mieszka oddzielnie. Kiedy się wyprowadzała, był to jeden z najbardziej przykrych momentów mojego życia. Córka jest dla mnie kimś najważniejszym na świecie, a ciągle musiałam ją opuszczać”, kończy ze smutkiem.
Aida urodziła się, kiedy Ewa była jeszcze na studiach. Potem okazało się, że dziewczynka ma ogromny talent muzyczny, ale nigdy nie chciała zostać śpiewaczką. „Ona uważa, że opera w jakimś sensie zabrała jej mamusię”, tłumaczy Ewa. „Nie znosiła chodzić na moje przedstawienia. Za bardzo to przeżywała. Chciała wchodzić na scenę. Rozszlochała się, słysząc po skończonej arii ciszę przed zerwaniem się burzy oklasków. Myślała, że się nie podobało”.
A podobało się zawsze. Także teraz, kiedy pokazała, że interesuje ją o wiele więcej niż tylko opera. „Nie potrafię, jak inni śpiewacy, w kółko śpiewać tego samego i wzbudzać w sobie sztucznych emocji. A one muszą być, inaczej to nie miałoby sensu. A ile razy można czytać tę samą książkę? Jak ja coś zamykam, to nieodwołalnie. Inaczej byłoby to wbrew mnie”. Z potrzeby nowych emocji, a może po prostu dla muzycznej zabawy, nagrała właśnie płytę inną niż wszystkie, jakie do tej pory się ukazały. „Sentymenty” to album z samymi przebojami. „Zaśpiewałam między innymi w duecie z Piotrem Cugowskim, synem Krzysztofa. Kierownictwo muzyczne nad płytą objęło też dwóch młodych, utalentowanych: Adam Sztaba i Krzysztof Herdzin, którzy napisali dla mnie dwie nowe kompozycje. Znakomicie się rozumieliśmy. Myślę, że ta płyta będzie dużą niespodzianką”. Ewa śpiewa „When I Fall In Love” Nat King Cole’a, a także „Someday My Prince Will Come” i dwa utwory z musicalu „West Side Story” oraz temat z filmu „Amelia”. Ta płyta musiała być dla śpiewaczki operowej skokiem na głębszą wodę. Ale przecież w swojej karierze kilka razy zaskoczyła melomanów. Jak choćby pastorałkami wykonanymi w duecie z Grzegorzem Turnauem.
Muzyka... wielka miłość Ewy. Chociaż często już ma jej dosyć i chociaż czasem żałuje, że nie ma talentu malarskiego albo że nie zajęła się poważnie literaturą, jest to miłość odwzajemniona, więc unosi ją na swoich falach.

Krystyna Pytlakowska, Agnieszka Prokopowicz/ Viva!
Zdjęcia Piotr Porębski/Metaluna
Stylizacja Jola Czaja
Makijaż Beata Milczarek/ Metaluna
Fryzury Łukasz Pycior
Scenografia Ewa Iwańczuk
Produkcja sesji Elżbieta Czaja
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (7)
/05.05.2020 22:33
@Gosc/03.02.2019 10:4513 W artykule jest wyraźna informacja, że Pani Ewa ma jedną córkę! nie czytane było?? Pozdrawiam
/03.02.2019 10:45
Zastanawia mnie czy sistry godlewskie to jej corki? Jesli tak to wspolczuje Pani Ewie. Wielki glos,wielki talen. Zdrowia zycze.
/05.12.2018 19:01
Wspanialy, cudowny ,ANIELSKI GLOS !!! Najwyzszy poziom artystyczny ktory tylko moze sie wysnic! Dziekujemy Pani Ewo! Zycze milosci i natchnienia...A pani wykonanie kolend w Krakowie Mizerna Cicha i Jezus Malu.....to PERLY NAD PERLAMI !
POKAŻ KOMENTARZE (4)