Oskar Minge, Ewa Minge fot. Mateusz Stankiewicz/AF PHOTO

Ewa i Oskar Minge - Jedyna taka mama

O swoim życiu rodzinnym mówi niewiele, ale nam dała się namówić na wspólną rozmowę z synem. Jaką jest mamą? Szaloną, rozważną, surową?
/ 17.05.2011 11:03
Oskar Minge, Ewa Minge fot. Mateusz Stankiewicz/AF PHOTO
Ewa i Oskar Amadeusz (bo jeszcze w życiu płodowym uspokajał się przy dźwiękach muzyki Mozarta) to mama i syn. Ona zarządza 100-osobową fabryką i pracuje dla 11 firm nie tylko z branży mody, lecz także wzornictwa przemysłowego. On studiuje we Wrocławiu i pomaga w „rodzinnym małym imperium”, ile może. Bo logo Minge noszą nie tylko kreacje, lecz także wanny, umywalki, meble twarde i miękkie, sztućce, projekty mebli kuchennych i dekoracji okiennych. Jest też architektura – właśnie w Luksemburgu  powstaje kolejny projekt architektoniczny zespołu Eva Minge.
                                      
– Pani Ewo, kim jest ten przystojny młodzieniec na zdjęciach obok Pani?
Ewa Minge:
Plotkarskie portale podawały różne sensacyjne wersje, a to mój pierworodny syn Oskar.

– Wszyscy znają Panią jako projektantkę mody, ale ciekawi mnie, jakim jest Pani człowiekiem, jaką mamą? I dlaczego na zdjęciach jest tylko jeden syn, skoro ma Pani dwóch?
Ewa Minge:
To prawda, ale tylko starszy syn jest niebywale otwarty na świat i media, jeździ ze mną po świecie służbowo, pomaga w prowadzeniu firmy. Ma tylko 20 lat, ale osobowość mężczyzny o 8–9 lat starszego. Totalnie różni się od mojego młodszego syna Gaspara, który chce być anonimowy i żyje w swoim świecie. Obu kocham jednakowo. Oskara pasjonuje psychologia biznesu, młodszy chce być weterynarzem. Mamy psy, konie, koty i iguanę zieloną, a pokój Gaspara to prawdziwa oranżeria. Starszy syn kontynuuje moje marzenia o stworzeniu międzynarodowej marki, młodszy – o posiadaniu własnego zoo, a precyzyjniej – lecznicy i schroniska. Obaj są moimi wielkimi przyjaciółmi. Może dlatego, że nigdy nie wybierałam między karierą a dziećmi. Nawet kiedy zaproponowano mi lukratywny kontrakt w znanym włoskim domu mody, nie zastanawiałam się ani chwili, czy zostawić ich, czy nie. Są dla mnie, jak dla każdej matki, najmądrzejsi, najpiękniejsi, najlepsi...
Oskar Minge: Mama, nie przesadzaj, ale fakt, ja i mój młodszy brat jesteśmy różni. On jest spokojniejszy, mniej zakręcony, a ja mam temperament po mamie. Nie jest jednak wykluczone, że kiedyś wszyscy będziemy wspólnie prowadzili naszą firmę.

– Oskar, bardzo przeżywasz krytyczne uwagi pod adresem mamy?
Oskar Minge:
Kiedyś mnie to ruszało. Teraz – pełen dystans i przedmiot żartów. Jeśli to kwestie dotyczące jej wyglądu, rzekomych operacji plastycznych i w ogóle sfery prywatnej – to mnie śmieszą, bo kto mógłby ją lepiej znać niż ja, żyjący z nią pod jednym dachem tyle lat? A w kwestiach zawodowych jestem obecny przy wszystkich mamy sukcesach, gdzie stawia się markę Eva Minge na równi z wielkimi firmami zagranicznymi. I nadal nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego w Polsce łatwiej przychodzi cytować złośliwości niż na przykład opinię znanego dziennikarza, który napisał: „Ewa Minge pokochała Nowy Jork, Nowy Jork pokochał również Ewę Minge”. I ciepłe zdania na temat jej twórczości.

Porozmawiajmy o gwiazdach - forum >>


– To prawda, że potrafiliście z bratem brać mamę w obronę?
Oskar Minge:
Takich zdarzeń było kilka, ale to naprawdę było dawno i dotyczyło głupot z portali plotkarskich, które przenikały do szkoły. W obronie jej dobrego imienia pięści szły w ruch. Gdy teraz trafia się krytyka, w ruch idzie siła argumentów, a nie siła pięści.
Ewa Minge: Był okres, gdy zwłaszcza mój młodszy syn przeżywał wszystko, co mnie dotyczyło. Kiedyś wrócił zakrwawiony ze szkoły, z rozbitym nosem, bo się bił o godność matki.
Oskar Minge: On zawsze się bardziej przejmował, co ludzie wypisują w Internecie. I mama kiedyś zrobiła eksperyment, kazała podać mu nazwisko gwiazdy. Rzucił „Angelina Jolie”, wpisali hasło i zaczęli czytać komentarze. Okazały się identyczne jak pod „Ewą Minge” – nie zostawiły na niej suchej nitki. Potem przetestowaliśmy jeszcze znanych parę nazwisk – z podobnym rezultatem. My, Polacy, potrafimy się nawet po papieżu nieźle przejechać.
Ewa Minge: Wytłumaczyłam wtedy Gasparowi, że tam, po drugiej stronie, siedzą sfrustrowani ludzie. Spytałam, czy on, ucząc się w szkole i pracując jako wolontariusz w schronisku i w punkcie weterynaryjnym, ma jeszcze czas, by wypisywać głupoty w Internecie. Czy jemu się chce? Nie! Więc ci biedni ludzie nie są godni, by się nad nimi pochylić. Oskar zawsze był wolny od tego, może dlatego, że wcześniej posyłałam go do Stanów, gdzie pracował i przyjrzał się, jak funkcjonuje świat. Przyswoił sobie podejście „nieważne, dobrze czy źle, byleby nie robili błędów w nazwisku”. Obu uczę, by odróżniali prawdę od fałszu. Mówię im:  „Stary, jak popełnisz w życiu błąd, musisz ponieść konsekwencje”. Tak jak ja, gdy popełniłam błąd językowy i mi go wytknięto.

– Gdy niemal z dnia na dzień stała się Pani samotną matką z dwojgiem dzieci, bywało głodno i chłodno?
Ewa Minge:
Ależ nie, bo firmę stworzyłam przed ślubem, byłam żywicielem rodziny i ją utrzymywałam. Pieniądze na chleb codzienny i benzynę do samochodu nigdy nie stanowiły problemu. Choć zapłaciłam dość dużą cenę za rozwód, dostałam go w ekspresowym tempie. To prawda, na początku mieszkałam w wynajętym domu, nie byłam pewna, gdzie jest moje miejsce na ziemi. Najważniejsze wtedy było poczucie… ogromnej wolności i szczęście naszej trójki. Takie podejście do życia zawdzięczałam mojej cudownej mamie, która od małego mówiła: „Bądź niezależna i samodzielna”. Od 11. roku życia zbierałam truskawki przez miesiąc, by mieć na drugi miesiąc wakacji, od 15. roku życia wyjeżdżałam do Niemiec do pracy, na studiach udzielałam korepetycji, a firmę założyłam na pierwszym roku studiów. Malowałam jedwab, czyli batiki, sprzedawałam je w galeriach w Düsseldorfie i w Poznaniu. Moja kariera zawodowa to bajka, nawet jeśli w bajkach są smoki, gnomy, czarownice, siedem gór i siedem rzek do przejścia.

– Życie prywatne to też bajka ze smokiem?
Ewa Minge:
I to nie z jednym. Ale o wiele łatwiej się odchodzi ze złego związku, wiedząc, że jutro ja i moi synowie będziemy mieli co jeść. Nazwisko mam po mężu, ale to ja zrobiłam z niego markę. Gdy podjęłam decyzję o rozwodzie, synowie mieli 10 i 7 lat, ale mój mąż rozwiódł się też z moimi dziećmi.
Oskar Minge: Z ojcem nie mam kontaktu od wielu lat. Gaspar też.
Ewa Minge: Decyzja o rozwodzie była dla tamtej strony bolesna, aż niezrozumiała. Mogę tylko powiedzieć, że najpierw decyzję podjęli moi synowie. Gdy potem próbowałam zbliżyć synów i męża, usłyszałam od niego: „Jak dorosną i przeproszą, jak będą się bardzo starali, to będziemy mieć kontakt”.


– Czy można się obrazić na dzieci?
Ewa Minge:
Moim zdaniem dorosły mężczyzna nie może się obrazić na 8- i 11-latka, ale tak się stało i trwa do dzisiaj. Widać nie wszyscy dorośli rozumieją, że dzieci szanują nas za to, jacy jesteśmy dla nich i dla świata, a nie za to, że ich powołaliśmy na ten świat. Bo oni się o to nie prosili.

– Mogę spytać, czemu odeszła Pani od ojca swoich synów?
Ewa Minge:
Bo chciałam im stworzyć dom, w którym nie mówi się: „Tak ma być, bo ja tak chcę”, w którym dzieci traktuje się po partnersku, dom, dzięki któremu poznaje się świat, a nie zasklepia w czterech ścianach. Gdy zostaliśmy sami, młodszy syn sprowadzał do domu bezdomne psy, wiewiórki, jaszczurki, ptaszki ze złamaną nóżką, a starszy syn od 14. roku życia sprowadzał dzieci „z połamaną duszą” z różnych środowisk, nieakceptowane w szkole. Obaj mieli różne obowiązki w domu, ale na takie postępowanie mieli moją zgodę – zawsze. I czasem w weekend miałam w domu po pięciu, sześciu młodzieńców o kontrowersyjnym często wyglądzie i zachowaniu. Kiedyś pojechałam z nimi na targi gier komputerowych z Zielonej Góry do Poznania, a to 150 kilometrów. I mój starszy syn zauważył: „Mamo, widzę, że jesteś zmęczona”. „Tak, marzę, by wrócić do domu”. „Mamo, nie martw się, kocham cię”. Po chwili słyszę młodszego: „Ja też cię kocham, mamo”. Z tyłu odzywa się obcy głos: „Ja też panią kocham, pani Ewo”, po nim ze słowami miłości zameldowała się cała reszta, co do jednego, a na końcu usłyszałam deklarację: „Pani Ewo, jak dojedziemy, pani się położy i powie tylko, co trzeba, wszystko zrobimy”. I tak było. Podręczniki i zeszyty też kupowałam razy siedem. To, że koledzy mieli wolny dostęp do domu, zaowocowało tym, że dzisiaj dzwonię do przyjaciela Oskara, który studiuje w Zielonej Górze, i proszę: „Czy możesz wyprowadzić psy, bo pani Krysia źle się czuje, a chłopców nie ma?”.
Oskar Minge: Jestem mamie wdzięczny, że z reguły akceptowała moich przyjaciół, zapraszała ich do wspólnego stołu, moją dziewczynę także, nasz dom jest bardzo otwarty. Nigdy nie było sytuacji, bym usłyszał: „Z tym albo tamtym nie możesz się zadawać”. Nic nie narzuca... Wszystko wynika na drodze ścierania się poglądów.

– Oskar, szczerze, jak wyglądał okres młodzieńczego buntu?
Oskar Minge:
Wystąpił bardzo wcześnie, ale nie drastycznie: nie zgadzałem się z niczym, co powiedziała mama, nie uczyłem się, wagarowałem. Typowe dla nastolatka... Wszystko minęło jak ręką odjął, gdy mama w ramach kary wysłała mnie do wujostwa do Stanów, bym popracował. Tam zobaczyłem inne życie, inny świat i nastąpił definitywny koniec buntu. Doszedłem do wniosku, że lepiej słuchać mądrzejszych od siebie.

– Naprawdę zacząłeś się słuchać mamy we wszystkim ?
Oskar Minge:
Kiedyś miałem inny gust, bo rapowałem, nawet założyłem studio nagraniowe, a od babci dostałem łańcuch z tombaku i spodnie z krokiem w okolicy kolan. Teraz wypracowałem własny styl, który mama raz pochwali, raz zgani. Raz kazała mi spalić nowo kupione spodnie, ale nie posłuchałem i nadal w nich chodzę. A rapu słucham do tej pory.
Ewa Minge: Ja tylko radziłam, mówiłam, co myślę. Ale nie wymagałam ani nie egzekwowałam, gdy nie zagrażało to ich życiu czy zdrowiu. Pozwalałam się przekonać na własnej skórze, obetrzeć kolana, przejechać buzią po żwirze, zmarznąć i przewrócić. Jak się upierali, że nie pójdą do szkoły w kurtce, tylko w bluzie, bo jest ciepło, nie wściekałam się, a później okazywało się...
Oskar Minge: ...że mama miała rację.


– Nie martwi Cię, że mama jest sama?
Oskar Minge:
Nie jest sama, ma nas, mnie i mojego brata. Staramy się udzielać jej wsparcia najlepiej, jak potrafimy. Jak moja mama jest z kimś, ma dobry okres, jest szczęśliwa – to dobrze, ale czas bez mężczyzny nie stanowi problemu. Nigdy nie była od nikogo uzależniona, poza tym ma wspaniałych przyjaciół, teraz często także wspólnych, więc nigdy nie ma pustki. Jest twardą kobietą i wzorem do naśladowania. Jest „moją silną ręką ojca”, gdy jej potrzebuję. Oczywiście poza dziadkiem i paroma innymi osobami, do których mam zaufanie. Dostaje ode mnie i Gaspara kwiaty na Dzień Ojca, bo jest ojcem i matką w jednej osobie.
Ewa Minge: Na Dzień Matki dostaję kwiaty i czekoladki, a na Dzień Ojca – czekoladki i kwiaty. Wbrew mniemaniom niektórych, jestem monogamistką i uczuciowym długodystansowcem. Moi synowie bardzo chcieliby wydać mnie za mąż, zwłaszcza Oskar, który odczuwał przymus opiekowania się mną, a nawet wcielał się w rolę swatki. To prawda, chciałabym zakochać się nad życie i aby to trwało wieki i chodziło tylko o wartości emocjonalne, nie materialne. Nie patrzę na mężczyznę jak na kolumnę Zygmunta, o którą mogłabym się oprzeć.

– Oskar, już chyba nie jeździcie z mamą na wakacje?
Oskar Minge:
Przeciwnie, jeździmy. W ostatnie wakacje, gdy ja byłem ze swoją drugą połową, mama – ze swoją, mieliśmy cudowne dwa rodzinne tygodnie w Międzyzdrojach. Nasze przyjacielskie relacje skutkują tym, że to ja proszę mamę, by poszła ze mną na imprezę. Mamy kontakt nietypowy, bo nie rodzicielski, ale przyjacielski.

– Fajnie nosić nazwisko Minge?
Oskar Minge:
Bardzo. Jestem dumny, że noszę to samo nazwisko co moja mama, która tyle osiągnęła. Wiążę nadzieje z promocją marki Eva Minge na rynku amerykańskim. Ilekroć jesteśmy na Fashion Week w Nowym Jorku, a znam Stany bardzo dobrze, staram się być pomocny.

– Pani Ewo, sądząc po linii, do kuchni Pani nie wchodzi, na dodatek ostatnią Wielkanoc przygotował Oskar.
Oskar Minge:
Mama świetnie gotuje! Od kogo bym się nauczył podstaw?
Ewa Minge: Jeszcze do niedawna wszystkie święta szykowałam sama, robiłam nawet tak zwane zaprawy, czyli weki, a owoce z ogrodu zamrażamy do dzisiaj w wielkiej zamrażarce. Zawsze byłam gospochą, bo uważam, że stół i kuchnia jednoczą rodzinę. Jak synowie wracali ze szkoły albo uczelni, spełniałam ich zachcianki kulinarne. Ale w tym roku w Wielki Piątek pracowałam do ostatniej chwili. Hobby Oskara jest gotowanie, kolekcjonuje książki kulinarne, a ja uważam, że prawdziwi mężczyźni świetnie gotują. I co? I mam rację. Zrobił przemyślane zakupy, a potem uśmiechnięty od ucha do ucha gotował, bo dom był pełen gości. Pomyślałam: Czy to nie najpiękniejsze chwile? Użyźniłam ziemię, zasiałam, podlewałam, dbałam, a teraz zbieram owoce. Piękne! Bo konsekwencja jest ważna w biznesie i w karierze, w miłości i wychowywaniu dzieci. To były pierwsze święta wielkanocne, przy których się nie napracowałam.
Oskar Minge:
Przyjechałem z Wrocławia już z zakupami, bo mama pracowała niemal do samych świąt, a zaraz po nich wyjeżdżała. Obowiązek spadł na moją głowę, ale mam nadzieję, że dałem sobie radę. Były przejściowe problemy ze zmywaniem, ale Gaspar pomógł, na szczęście mamy kilka kompletów talerzy. Niezła zaprawa do własnych przyszłych świąt, prawda?

Rozmawiała Liliana Śnieg-Czaplewska
Zdjęcia Mateusz Stankiewicz/AF PHOTO
Stylizacja Marta Siniło
Makijaż Magda Atkins
Fryzury Bożena Olczyk
Produkcja Anna Wierzbicka

Sesja zdjęciowa zrealizowana została na terenie Kąpieliska OCHLA w Zielonej Górze.

Za pomoc przy realizacji sesji zdjęciowej dziękujemy PROMOTORS, ul. Malownicza 29, Warszawa.
Hotelowi AMADEUS w Zielonej Górze, www.amadeushotel.pl

Do sesji zdjęciowej zostały wykorzystane ubrania z kolekcji Ewy Minge.
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)