Ewa Gorzelak

Aktorka znana z seriali „Na Wspólnej” i „M jak miłość” wygrała walkę o życie synka Rysia, który zachorował na nowotwór. – Jestem szczęśliwa – mówi „Przyjaciółce”.
Znana z seriali „Na Wspólnej” i „M jak miłość” aktorka Ewa Gorzelak wygrała walkę o życie synka Rysia, który zachorował na nowotwór. – Jestem szczęśliwa – mówi „Przyjaciółce”.

Jak to jest, gdy matka zyskuje pewność, że jej synek będzie zdrowy? Jak wtedy widzi się świat?
– Wie pani, już trakcie leczenia, gdy siedzi się non stop w szpitalu, po wyjściu na zewnątrz rozkosz sprawia nawet wiatr smagający twarz. Zauważa się szczegóły, których normalne się nie widzi.

Ile w sumie trwała choroba?
– Dwa lata łącznie z diagnozowaniem trwającym trzy miesiące. Gdy nie wiedziano, co mu jest.

Zwątpiła pani w ciągu tych dwóch lat w swoją siłę, myśląc, że tego nie przetrzyma?
– Nie, bo wiedziałam, że muszę to wytrzymać. Ja chorowałam razem z Rysiem, ponieważ rodzice zawsze chorują z dziećmi, zwłaszcza z tymi małymi. Natomiast na pewno miałam takie chwile, gdy krzyczałam i wyłam. Dlatego, że miałam potrzebę wyrzucenia tego z siebie, oczyszczenia się. I dlatego, by nie płakać przy Rychu. Dziecku trzeba pokazywać spokój, zarażać go nim.

Miała pani pretensję do losu?
– Nie, nie miałam. Stało się, i trzeba się z tym zmierzyć. Nie rozpatrywałam tego w kategoriach sprawiedliwości czy niesprawiedliwości. Po prostu trafiło na nas i już.

Dwa lata temu w szpitalu powiedziano pani i mężowi, że wasze dziecko umiera.
– Rzeczywiście było ciężko. Długa diagnostyka doprowadziła Rysia do stanu agonalnego. Gdy zaczynał właściwe leczenie na onkologii, jego organizm był już u kresu sił, wyniszczony. Miał jeden procent szans i wygrał ten procent. Teraz, patrząc z perspektywy czasu, wiem, że nigdy nie można tracić nadziei. Cuda się zdarzają – trzeba wierzyć.

Czy dziecko ma świadomość, że może odejść?
– Starsze na pewno tak. Ale takie małe wie tylko tyle, ile odczytuje z zachowań rodziców. Jeśli mama bez przerwy przy nim płacze, powtarza: jaki ty jesteś chory, jaki biedny, dzieciak to odbiera i zaczyna się bać. Dlatego tak ważne jest, by rodzice ukrywali przed nim łzy. Oni mają być dla niego oparciem i parasolem ochronnym, dawać mu siłę. My staraliśmy się w ogóle z Rysiem nie rozmawiać o chorobie. Wiedział, że jedzie do szpitala, że tam mu pomogą, wyleczą go. Dzieci tak naprawdę najbardziej boją się zastrzyków. A tych się unika za pomocą zamontowanego na stałe dojścia centralnego.


Poza szpitalem staraliście się zapewnić mu w miarę normalne życie?
– Tak. Na chemioterapię przyjeżdża się co trzy tygodnie. Potem wraca się do domu. Oczywiście zdarzają się powikłania po chemii i wtedy trzeba jechać znowu do szpitala. Pierwsze pół roku leczenia prawie cały czas spędzaliśmy w klinice. Ale potem nastąpił przełom. Pojechaliśmy z dziećmi nad morze, do przyczepy kempingowej. Warunki były połowę, lecz wtedy pierwszy raz Rysio dobrze się poczuł. Jemu też było trzeba takiego normalnego życia.

Najgorsze wspomnienie z czasu choroby?
– Gdy odbierałam z szatni jego czerwoną kurteczkę myśląc, że jego właściwie już nie ma, że ta kurteczka do niczego się już nie przyda.

A najlepsze? Gdy powiedziano wam, że choroba została pokonana?
– Choć w czasie leczenia błogosławiłam dojście centralne, po leczeniu stało się ono naszym widmem przeszłości – niby zdrowy, ale ciągle trzeba zmieniać opatrunki, przepłukiwać. Takim całkowitym powrotem do normalnego życia było jego usunięcie (prawie rok po leczeniu). Nie zapomnę tego momentu, jak mógł w końcu cały zanurzyć się w wannie. Pierwszy raz po trzech latach!

Taka choroba zostawia ślad w psychice dziecka?
– Rysio ma teraz 4,5 roku. Wspaniale się rozwija. A przede wszystkim jest twardzielem. Ma zupełnie inny charakter niż starszy o dwa lata Franek. Nie wiem, czy po prostu on taki jest, czy też to wpływ tego, co przeżył. Franek jest artystą-histerykiem.
A Rysio, gdy coś mu się stanie, popłacze tylko chwilę, umie zacisnąć zęby. W trakcie leczenia w ogóle nie płakał. Teraz jego łzy to miód na moje serce. Dla mnie to objaw normalności.

Że znowu jest dzieckiem?
– Tak, bo on był taki stary-malutki. Profesorek w okularkach. Chore dziecko szybciej dojrzewa. Po wyjściu ze szpitala miał całkiem dorosłe reakcje, dopiero jak poszedł do przedszkola, odblokował się. Teraz to wielki zgrywus, jest też bardzo otwarty. I cały czas tylko by się przytulał. Głaszcze mnie po twarzy, całuje. Taka przylepa z niego. Nie pozwala Frankowi się do mnie zbliżyć. Chciałby mieć mnie tylko dla siebie. Ciekawe, do którego roku życia mu to zostanie?

Mówi czasem o szpitalu?
– Coś czasem mi bąknie: To prawda, że byłem chory? Ale nie ma tego zakodowanego gdzieś głęboko w sobie. Obaj moi synowie wiedzą, że teraz prowadzę fundację Nasze Dzieci przy Klinice Onkologii w IP-CZD (www.naszedzieci.org.pl), że chodzę do szpitala. Czasem przeglądają ze mną zdjęcia innych dzieci.

Jak Franek – o dwa lata starszy – traktuje brata?
– Jest niezwykle opiekuńczy. To w ogóle bardzo wrażliwe, troskliwe dziecko. Być może te cechy wydobyła z niego też choroba brata. Trudno mi powiedzieć, jacy by oni byli, gdyby się to wszystko nie zdarzyło.

Was, rodziców, też to zmieniło?
– Mnie o tyle, że zaczęłam działać w fundacji. Kiedyś być może wcale nie przyszłoby mi to do głowy. Taka trauma bardzo zmienia. Gdy teraz ktoś mnie zapyta, co jest najważniejsze na świecie, odpowiem oczywiście, że zdrowie. Tylko ten, kto tego doświadczył, naprawdę wie, o czym mówię.

Jednak wiele małżeństw nie wytrzymuje takich przeżyć, rozpadają się…
– To prawda. Okresowi leczenia towarzyszy wielkie napięcie, cały czas żyje się na największych obrotach. To może mieć wpływ na związek między ludźmi, na obumarcie uczuć.

Zwłaszcza że mężczyźni ciężko to znoszą...
– Myślę, że to wszystko zależy od tego, z jakiego środowiska się wywodzimy, jaka sytuacja była w domu przed chorobą dziecka. Ale rzeczywiście mężczyźni podczas leczenia muszą przejąć część obowiązków kobiety. Szczególnie gdy jest drugie dziecko. Kiedy matka jest cały czas z tym chorym, ojciec musi zajmować się tym zdrowym. To takie życie na dwa domy – rodzinny i szpitalny. Jeśli taka sytuacja trwa długo, mężczyzna może zgłosić chęć ucieczki. Ale nie generalizujmy – na oddziałach jest coraz więcej tatusiów przy dzieciach i świetnie sobie radzą!

Wasze małżeństwo te przeżycia umocniły?
– Tak. Tak sądzę. Oboje ze Zbyszkiem jesteśmy zresztą długodystansowcami. Wróciliśmy razem do codzienności. Tylko że ma się już zawsze świadomość, jaką życie ma wartość. A skoro razem przez to przeszliśmy, to pewnie jesteśmy sobie pisani.

Gdy dziecko jest chore, nie ma czasu na okazywanie sobie uczuć.Ale kiedy wraca do zdrowia, te uczucia wybuchają znowu?
– A myśli pani, że teraz jest na nie czas? My jednak od początku staraliśmy się i staramy spędzać wspólnie wakacje, weekendy. Czekaliśmy na ten moment, gdy dzieci będą odchowane, a Rysiek wyzdrowieje i będziemy mogli gdzieś wyjechać wspólnie. I udało nam się to. W listopadzie pojechaliśmy we czwórkę do Egiptu. Było bosko. Ten wyjazd wymyśliliśmy głównie dla dzieci.

A dla siebie?
– Rok temu na sylwestra pojechaliśmy na Dominikanę. Bez dzieci.
A we wrześniu wybraliśmy się sami w Góry Świętokrzyskie, na rowery, na cztery dni. I wie pani co? Nawet nie miałam odruchu, żeby zadzwonić do domu. Odcięłam się od wszystkiego. Dla odreagowania.

Tegoroczne święta będą inne niż wszystkie?
– Chyba takie same. Przyjedzie rodzina (lub my pojedziemy do niej), będziemy wspólnie malować pisanki. W Wielkanoc dzieci od rana szukają w ogródku prezentów od zajączka. W śmigus dyngus wszyscy zawsze ociekają wodą – choć w zeszłym roku chłopcy się zabezpieczyli. Przywitali nas z pistoletami na wodę ubrani w pelerynki od deszczu – skończyli w wannie w ubraniu pod prysznicem.

Dużo się teraz śmiejecie, żartujecie, odrabiacie tamten czas?
– Tak, a chłopcy zaczęli już normalnie się kłócić ze sobą, a nawet bić. Bardzo się jednak kochają. Franek ma taki zeszycik, w którym zapisuje, co go najbardziej denerwuje. Na pierwszej pozycji wpisał: brat, potem: gdy nie mogę grać na komputerze, następnie: rodzice. Jesteśmy więc znowu normalną rodziną.

Jest pani zadowolona z życia?
– Ja już w trakcie leczenia czułam się bardzo szczęśliwa. Że Rysio ciągle jest z nami. A teraz? Trudno to opisać słowami. Chociaż nie ma świętowania zakończenia. Strach jest cały czas. Ale wierzę w Rycha. On ciągle wszystkich zaskakiwał swoją wolą życia.

Prowadząc fundację, spłaca pani dług Opatrzności?
– Chyba tak, bo chciałam, żeby to wszystko nabrało głębszego sensu. Jeśli nas to spotkało, trzeba na czymś złym wybudować coś dobrego. Wyciągnęłam dla siebie wnioski. Chociaż ta działalność jest bardzo pracochłonna, choć nieraz wracałam do domu po 23.00, to cieszy mnie, kiedy udaje się pomóc dzieciom. Lubię patrzeć, jak się śmieją, gdy np. rozbawia je goszczący na oddziale Szymon Majewski. Oprócz tego wspieramy psychicznie innych rodziców, promując „przypadki wyleczone”. Organizujemy wakacje dla pacjentów, zajęcia plastyczne, urodziny, imprezy okolicznościowe...Czuję, że jestem pożyteczna.

Rozmawiała Krystyna Pytlakowska/ Przyjaciółka

Można wspomóc fundację Ewy Gorzelak NASZE DZIECI, wpłacając pieniądze na konto: Bank PKO S.A., nr konta 72 1240 1109 1111 0010 0910 5420.
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (3)
/6 lat temu
Jestem p. Ewy fanką, cieszę się, że synek wyzdrowiał! Ewa jest śliczna !! Pozdrawiam.
/11 lat temu
Ewa jest fajna i ma fajne dzieci
/12 lat temu
niewiem czy mnie pamietasz ale napewno mojego synka o imieniu Gabryś...chciałam cie poinformować że on ma sie dobrze skonczył cztery latka i przeszedł chorobe (bez chemi) jezdzimy teraz do wrocławia na kontrole...rośnie jak na drożdżach...jestem szcześliwa i on również....miło wspominam cie byłyśmy w tym samym pokoju niepamietam nr to było 2 lata temu...jesteś ślina kobietą, po rozmowach z toba nabrałam nadzieje i wiare...buzialki :)kiedyś może jeszcze sie spotkamy na żywo