Erin Gilbert

Jedyna wnuczka Czesława Miłosza, wielkiego poety, laureata Nagrody Nobla mówi, jakim był dziadkiem, czego nie lubił i co kochał najbardziej.
Liliana Śnieg-Czaplewska: Mija rok od śmierci Czesława Miłosza – Twojego dziadka. Jak go zapamiętałaś?
Erin Gilbert: Bardzo trudne pytanie. Na pewno był człowiekiem charyzmatycznym. Mimo świadomości istnienia jasnej i ciemnej strony życia i... w efekcie końcowym uważam, że był optymistą.

– Mówił o sobie „ekstatyczny pesymista”.
Jak nazwać kogoś, kto umie się śmiać z niewesołych stron życia, ironizować ze starości i własnej niedołężności? To nie optymizm? Wychodzi na moje. Miał też nieprawdopodobną, niespożytą energię…

– Nawet w ostatnich latach?
Gdy człowiek się starzeje, spowalnia tempo życia. Ja go jednak zapamiętam na zawsze, jako kipiącego niespotykaną energią do rozmowy, do dzielenia się z otoczeniem przemyśleniami na najwyższym intelektualnym poziomie. Komentował rzeczywistość, przetwarzał ją, interpretował. Gdy byłam nastolatką, każda nasza rozmowa, nawet ta zaczynająca się od tematów dnia codziennego, kończyła się na rozważaniach o wymiarze filozoficznym. Nienawidził przeciętności, zwyczajności, nie lubił głupawych rozmów na błahe tematy.

– Był porażająco szczery. Miał ponad 90 lat, gdy w wywiadzie wyznał: „Chciałem bogactwa, wina, kobiet, takich świeckich rzeczy. Niekoniecznie poezji”. Zaskakujące wyznanie.
Dla mnie nie. W tym wieku nie ma już ciężaru odpowiedzialności towarzyszącej wcześniejszym latom. Był fanem lekkich, przyjemnych stron życia. Znajdował w nich radość, za którą nie zamierzał przepraszać. Był prawdziwy w tym, jak żył. Uważam, że nie mógłby przeżyć życia w żaden inny sposób. To potwierdza, że każdy z nas żyje zgodnie z przeznaczeniem i swoim miejscem na planecie.

– Jakie pytanie dotyczące dziadka najczęściej Ci zadawano?
Czy ciężko i dużo pracował, czy był pracoholikiem? Odpowiadałam zawsze tak samo. Niektórzy ludzie dzielą czas między pracę, wakacje i weekendy. Dla niego życie i praca to całość, ciągłość, jeden niepodzielny ciąg, bez rozróżnień. Jego praca była afirmacją jego osobowości. Żył pracując, pracował żyjąc. Sądząc po rezultatach jego pracy i liczbie napisanych dzieł, godzinach włożonych w pisanie przy pełnej koncentracji, musiał być pracoholikiem. Tylko że to nie była praca w potocznym rozumieniu, to było jak oddychanie. Przedłużenie tego, co najbardziej na świecie lubił, co kochał robić.

Opowiem anegdotę trafnie ilustrującą to, o czym mówię. Kiedyś pojechaliśmy na wakacje na Hawaje z dziadkiem i Carol – jego drugą żoną. Bardzo mnie ten zakątek świata interesował, bo moja mama dorastała w Honolulu. Dziadek też doceniał fizyczne piękno miejsca, a jednocześnie od razu zainicjował dyskusję na temat skomplikowanych kwestii miejscowej polityki, zadawał dziesiątki pytań. Zdecydowanie bardziej go interesowała dynamika rozwoju życia społecznego niż siedzenie przy basenie z koktajlem.
Bez przerwy rozmawiał, wymieniał myśli, był w ciągłej dyspucie z otaczającym go światem. Czy to postawa pracoholika? On po prostu był sobą, pozostając w nieustającej wymianie myśli z tym wspaniałym światem wokół.

– Kiedy zorientowałaś się, że Twój dziadek to wielka osobowość?
Wychowywałam się w Berkeley – mieście uniwersyteckim. W każdej księgarni były książki jego autorstwa znacznie wcześniej, zanim dostał Nagrodę Nobla w 1980 roku (ja urodziłam się w 1973).
Zorientowałam się, jak jest popularny, uczestnicząc w wieczorach poetyckich, w znanych księgarniach „Black Oak” czy „Codi”. Dziadek sam czytał swoje wiersze, ja siedziałam wśród ludzi, na widowni. Po odczycie podchodziłam i siadałam obok, on mówił: „To moja wnuczka” i podpisywał książki. Pamiętam, jak bardzo byłam zdziwiona na widok bardzo długich kolejek po autografy. Czułam się strasznie dumna, siedząc przy nim. Gdy teraz czytam jego poezje, zawsze słyszę jego głos. To najwspanialsze uczucie.

– Byłaś w Sztokholmie, gdy odbierał literacką Nagrodę Nobla?
Nie, pojechał ojciec. Byłam za mała, zostałam w domu. Dla małego dziecka najważniejsze jest najbliższe środowisko. I to, że ten człowiek z wielką osobowością, wielkimi krzaczastymi brwiami, który wstawał, mówił i dużo ludzi go z uwagą słuchało, to jego dziadek. Takie przeżycia są dla dziecka dramatyczne i pamiętne.

– Próbowałaś sama pisać wiersze?
Tak! Jako nastolatka, ale to było kompletne fiasko.

– Odważyłaś się pokazać je dziadkowi?
Przyniosłam parę próbek, a on był bardzo wyrozumiały. W łagodnym komentarzu uznał, że moje utwory były „zbyt skomplikowane”, a on lubił proste formy. Jedyny poemat, który mu się spodobał, bo rzeczywiście był prosty, to był opis skały. Dla mnie poezja to „łapanie” wewnętrznych przeżyć, to szukanie powinowactwa dusz i osobowości. Do dziś interesuję się urodą słów, ich znaczeniem, zwracam uwagę na piękno języka.

– Jesteś jedyną wnuczką Czesława, mamą jego jedynego prawnuka Devona. Ucieszył się na wieść, że zostanie pradziadkiem?
I to jak! Gdy przed trzema laty zorientowałam się, że jestem w ciąży, zadzwoniłam do dziadka. Ja byłam podekscytowana, on i Carol – szczęśliwi. Miesiące ciąży mijały, a my rozmawialiśmy przez telefon, jakie wybrać imię dla dziecka. Tydzień przed porodem dziadek bardzo poruszony dostarczył mi listę siedmiu imion możliwych do akceptacji. Przy doborze skupił się na liczbie sylab, bo jego zdaniem imię powinno liczyć trzy sylaby, aby pasowało do krótszego nazwiska. Nie chciałam dziadkowi wytknąć, że jego własne imię i nazwisko ma po dwie sylaby i ani jednej więcej. W końcu najłatwiej poszło z wyborem drugiego imienia: Aleksander, po ojcu dziadka – Aleksandrze Kunacie z Litwy. W końcu dziadek stwierdził, że najlepszy byłby Baltazar, bo lubi brzmienie tego słowa, no i ma właściwą liczbę sylab. Hmmm… Baltazar Gilbert? Wybraliśmy dla naszego synka imię Devon, co po staroirlandzku znaczy „poeta” – z Irlandii pochodzi rodzina mojej mamy.

– Czy dziadek wpływał na Twoje życiowe wybory, doradzał Ci, krytykował?
Wiem, że zawsze byłam dla niego bardzo ważna i jestem mu za to wdzięczna. Jak spotykał się z moim mężem, pierwsze pytanie zawsze brzmiało: „Czy jesteście szczęśliwi?”, jego rodziców pytał: „Czy oni są szczęśliwi?”. Każda rozmowa z bliskimi zaczynała się od mojego „wątku”. Zawsze! To było bardzo ujmujące. Był ze mnie dumny, mówienie o mnie sprawiało mu wyraźną przyjemność.
To z kolei było dla mnie ważne, bo nie był tylko moim dziadkiem, osobowością, ale też kimś, kto potrafił docenić mój wysiłek na medycynie. Człowiek z takimi osiągnięciami potrafił dostrzec także moją pracę. Zawsze czułam wsparcie całej mojej rodziny, mamy, męża, jego rodziców, ale dziadek był niezwykły. Mimo tylu obowiązków przysyłał mi pięciostronicowe e-maile i odpowiadał w nich na te kwestie, które chciałam z nim przedyskutować. To było fantastyczne.

– Zwierzałaś mu się?
Nie miał specjalnie dużo zrozumienia dla życiowych melodramatów młodej dziewczyny, ale umiał się do nich odnieść. Gdy podjęłam taki temat, odpowiadał mi, ale z umiarem i szybko przechodził do innych kwestii, które go bardziej interesowały. Jednak gdy zdecydowałam się wrócić na medycynę, poparł moją decyzję.

– Nie pytał, dlaczego wybrałaś tak ciężki kawałek chleba?
Wiedział, że jestem uparta jak on, a ja przekonałam się, że nie mogłabym robić niczego innego. Miałam to szczęście w życiu, że próbowałam innych zajęć. Jestem historykiem sztuki z wykształcenia, to mój pierwszy fakultet i po ukończeniu uniwersytetu otworzyłam galerię sztuki w stanie Oregon. Bardzo mi się to zajęcie podobało, sprawiało dużą przyjemność i dobrze mi szło. Jednak gdy wracałam z galerii do domu, oglądałam pod mikroskopem slajdy z histopatologii.
Medycyna była i jest moją wielką pasją. Dziadek powiedział, że przypominam mu jego matkę Weronikę z Kunatów Miłoszową, która umarła pod koniec drugiej wojny światowej, bo pomagała chorym na tyfus w Sopocie i tam jest pochowana.

– Dziadek nie doczekał ukończenia przez Ciebie medycyny…
Moje studia były dla niego powodem do żartów, uważał, że z jego powodu powinnam się zająć geriatrią. Był trochę poirytowany, że tak długo pracuję nad doktoratem. Oczekiwał, że gdy skończę studia, to się nim zajmę. Miał swoje dolegliwości, które sprawiały, że nie mógł pracować na całego, trochę czasami świat mu wirował, bo od około 10 lat cierpiał na zaburzenia równowagi. Rozmawialiśmy, jak powinien sobie z tym radzić…
Obecnie mam za sobą trzy lata medycznych studiów, przerobiłam trzyletni program doktoratu, a pisanie pracy na temat neurologii ukończę do września 2005 roku. Niewykluczone, że wybiorę pracę na uczelni, łącząc teorię z praktyką. Nie jest mi to obce, bo przecież zarówno mój dziadek wykładał na uniwersytecie w Berkeley w Kalifornii, jak i moja mama – lektorka języka angielskiego. A babcia ze strony mamy wykładała na uniwersytecie na Hawajach sztuki piękne.

– Próbowałaś kiedykolwiek nauczyć się polskiego?
W 1994 roku w Krakowie uczyła mnie polskiego profesor Anna Zając – poetka i nauczycielka uniwersytecka. Dziadek się trochę ze mnie naigrawał, przedrzeźniał moją wymowę, gdy przychodziłam do niego po lekcjach. Niestety, zaczęłam się go uczyć za późno, to nie był już giętki mózg małego dziecka. W domu mówiło się po angielsku, pierwszym obcym językiem był francuski. Szło mi świetnie, bo często jeździliśmy do rodziny we Francji, gdzie mój tata spędził dzieciństwo. Z dziadkiem mówiłam wtedy po angielsku i po francusku. Dziś z polszczyzny rozumiem połowę tego, co do mnie mówią.

– Czy jest coś, czego żałujesz, myśląc o dziadku?
...że nigdy nie byliśmy razem na Litwie, choć mówiło się o tym i planowało wiele razy, przez wiele lat. Nie wyszło z różnych powodów, także moich absorbujących studiów. Dziadek często mi opowiadał o skomplikowanej historii Polski i Litwy. O polityce i o przeszłości, zresztą mówił o wszystkim, co dotyczyło Europy Środkowowschodniej. On mówił, ja słuchałam, niewiele rozumiałam, ale dziadka to nie zrażało. Miał wiele cierpliwości i wielokrotnie powtarzał różne historie, bo to tematy drogie jego sercu. Godzinami mówił mi o rodzinie Kunatów i Miłoszów, drugiej wojnie światowej, w kontekście przeżyć jego i wujka Andrzeja – młodszego brata. Jedna z tych dramatycznych historii mówiła o niebywałych wysiłkach Andrzeja, aby uratować żydowską rodzinę.

– Opowiadał Ci o tradycji, obyczajach i świętowaniu?
W Ameryce wygląda to podobnie. Rodzina spędza wspólnie czas, a w zasięgu ręki jest duża ilość jedzenia. Pamiętam, że zawsze był to nasz wspólny świetny czas rozmów, gier i zabaw. Moje najwcześniejsze wspomnienia wiążą się z Bożym Narodzeniem i babcią Janiną Miłosz – pierwszą żoną dziadka. Świetnie było spędzać z dziadkiem wakacje, święta, wolne chwile, bo bywał bardzo poważny, a jednocześnie dziecinny. Nigdy nie zapomnę jego histerycznego śmiechu podczas różnych zabaw, gdy na przykład otwieraliśmy prezenty, a na Wielkanoc waliliśmy się jajkami, które pierwsze pęknie. Śmiał się, a potem padał na sofę. Umiał się dobrze bawić, dostrzec humor we wszystkim.
Na co dzień cenił przyjemności płynące z doznawania życia. Należały do nich długie spacery wzdłuż drogi ocienionej drzewami i smak ciemnego litewskiego chleba. Mój mąż do dzisiaj podejmuje starania, by taki chleb zdobyć.

– Wino, kobiety i ciemny chleb?
Jedzenie było priorytetem absolutnym, generalnie najlepszą rzeczą na świecie. Whisky, wódka, barszcz, śledzie, karp i inne ryby. Dla mnie było to nawet krępujące z powodu głośnych znaków zadowolenia, jakie wydawał, aby podkreślić, że mu smakuje. A były one dramatyczne i bardzo głośne. Zachwalał przy tym jedzenie: „Och, jakie to pyszne, jakie wspaniałe”.

– Znasz takie polskie przysłowie „przez żołądek do serca”?
O tak, w jego przypadku trafne! Pamiętam, że spotkaliśmy się z nim i Carol w naszą pierwszą rocznicę ślubu w 2001 roku w Krakowie. Zaaranżowaliśmy wspólny obiad w restauracji Pod Aniołami. Ach, jak dziadek, choć nie czuł się specjalnie dobrze, zachwycał się wspaniałym jedzeniem. Choć walczył z ciągłą nadwagą, jednocześnie lubił jeść. Miał niebywale silną wolę – gdy potrzebował, brał pod uwagę konieczność ograniczeń. Od czasu do czasu.

– Będziesz wpadała do Polski?
Z pewnością, choć rzadziej niż kiedyś. Nie ma już dziadka ani jego brata Andrzeja. Są groby i pamiątki. Mam jednak w Warszawie wspaniałych przyjaciół. Pewnie przyjadę za rok, jak zrobię doktorat, na który dziadek także czekał.

Rozmawiała Liliana Śnieg-Czaplewska
Wywiad został przetłumaczony z języka angielskiego
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)