Paweł Staliński, Dorota Stalińska fot. ZOOM

Dorota i Paweł Stalińscy - Idź, zdobywaj świat!

Po 20 latach role się odwróciły. To nie Paweł Staliński podziwia mamę na scenie, ale Dorota Stalińska syna na parkiecie „Tańca z Gwiazdami”. Kiedy on rozwija skrzydła w show-biznesie, ona uczy się myśleć o sobie… w liczbie pojedynczej.
/ 28.09.2010 10:32
Paweł Staliński, Dorota Stalińska fot. ZOOM
Spotykamy się w biegu, w przerwie między treningami. Paweł Staliński (21) od początku września nie ma chwili spokoju. Telefony się urywają po tym, jak w pierwszym odcinku „Tańca z Gwiazdami” zachwycił na parkiecie urodą, gracją i... tańcem. Z wrzawą wokół siebie radzi sobie doskonale, zwłaszcza że ma u boku wspierającą go mamę. Dorota Stalińska (57) została jego agentką przed dwoma laty, ale od urodzenia dopingowała go we wszystkim, co robił. Uczyła asertywności. Przez tyle lat tylko we dwoje dzielili radości i smutki. Dziś są prawdziwymi przyjaciółmi. Potrafią się pokłócić, ale też powiedzieć „przepraszam”. Mimo niezwykłej bliskości każde z nich ma prawo do własnego życia i sekretów. Rzadko spotyka się taki zgrany duet matka–syn. Równie rzadko syn znanego rodzica może mieć tak udane i normalne dzieciństwo, jakie miał Paweł. Bo świat usłyszał o synu Stalińskiej dopiero teraz.

- Gdzie Pani ukrywała przez tyle lat tak przystojnego syna?
Dorota Stalińska:
Nigdzie. Wychowywałam go po prostu. To zabawne, takie samo pytanie usłyszałam dwa lata temu na festiwalu w Gdyni od Jarka Szado. Ostatni raz widział Pawła, jak ten miał siedem lat. Jarek reżyserował wtedy pokaz mody znanych matek z dziećmi i teraz po tylu latach odkrył Pawła na nowo. Tak zaczęła się przygoda Pawła z modelingiem. Po jego pierwszym pokazie w Ambasadzie Niemiec wszystko poszło lawinowo.

- Mówi się, że modeling to takie niemęskie zajęcie…
Paweł Staliński:
Nie widzę nic niemęskiego w tym, że przejdę się 30 metrów w dobrze skrojonym garniturze.

- Jaka była Twoja pierwsza reakcja na propozycję pracy jako model?
Paweł Staliński:
Ile na tym zarobię? Tak to właśnie traktuję, jako łatwą formę zarabiania pieniędzy. Chciałem odciążyć mamę finansowo, a dzienne studia nie pozwalają na podjęcie stałej pracy. Nie mam do modelingu emocjonalnego stosunku. W gruncie rzeczy to dość nudne zajęcie. Czekasz osiem godzin po to, aby przejść się pięć minut po wybiegu. Znacznie ciekawsze są sesję zdjęciowe i... lepiej płatne. W ten sposób mogę zarobić na swoje pasje sportowe i na prywatne studia.

- A co studiujesz?
Paweł Staliński:
Skończyłem Akademię Fotografii, a teraz studiuję w Akademii Leona Koźmińskiego finanse i rachunkowość. 

- Gwiazda „Tańca z Gwiazdami” chce być księgowym?
Paweł Staliński:
O nie! Przygotowuję się do tego, aby w przyszłości dobrze zarządzać swoim własnym biznesem. Bo nie widzę siebie za urzędniczym biurkiem. Miałem 13 lat, kiedy zacząłem czytać książki guru biznesu Roberta Kiyosaki. Jeśli chcesz być w życiu wolny, musisz znać podstawy ekonomii. Nie chcę całe życie pracować na pieniądze, chcę, aby zarobione przeze mnie pieniądze pracowały na mnie. Dlatego moim priorytetem są studia i dlatego ekonomia mnie fascynuje.

- A sądziłam, że chcesz być celebrytą, skoro zgodziłeś się na udział w tanecznym show.
Paweł Staliński:
Nie chcę być celebrytą. Nigdy nie chciałem.

- To dlaczego zdecydowałeś się na udział w „Tańcu z Gwiazdami”?
Paweł Staliński:
Bo to dla mnie kolejne wyzwanie. Nigdy wcześniej nie tańczyłem. Mogę się więc w tym sprawdzić, przełamać jakieś bariery i do tego mieć świetną zabawę. Mam oczywiście świadomość, że to prestiżowy program i otwiera przed człowiekiem możliwości. Nie pogniewam się, jeśli potem dostanę lepszą ofertę modelingu czy sesji zdjęciowej. To jest wartość dodana, ale nie mój cel.

Porozmawiajmy o gwiazdach - forum >>


- Wielu dałoby się pokroić za udział w tym show.
Dorota Stalińska:
Paweł przed „Tańcem z Gwiazdami” dostawał już propozycje udziału w programach telewizyjnych i serialach, ale z nich nie skorzystał. Taniec przyjął z radością. I jestem szczęśliwa, bo mężczyzna musi dobrze tańczyć, a to była jedna z tych rzeczy, której nie udało mi się Pawłowi zaszczepić.  

- Czy Paweł uważa, że jego najlepszą agentką mogła być tylko mama?
Paweł Staliński:
To samo wyszło, kiedy dostałem propozycję pracy jako model. Mama zajęła się tym, aby chronić moje interesy. Osobie trzeciej zawsze łatwiej negocjować warunki. Mama żyje w tym środowisku od lat i wie najlepiej, co jest grane.

- Paweł miał siedem lat, kiedy zagrał z Panią w filmie „Bar Atlanitic”. Dlaczego wtedy nie zdecydowała się Pani kontynuować jego kariery?
Dorota Stalińska:
Bo wiem, jak kończą się kariery „cudownych” dzieci. A ja chciałam dać Pawłowi normalne dzieciństwo. Gdy skończył pięć lat, zaczął lekcje gry na pianinie i treningi judo. Miał szansę spróbować wszystkiego. Pięknie malował, interesował się fotografią. Rozwijał też pasje sportowe. Ostatnia i największa to kitesurfing.

- Jak Ty zapamiętałeś ten filmowy epizod z dzieciństwa?
Paweł Staliński:
Pamiętam tylko tyle, że miałem jeść bigos przy barze. 
Dorota Stalińska: Niewiele pamięta. W naszej wspólnej scenie byłam matką i krzyczałam na niego. Wcześniej przećwiczyliśmy to sobie. Schodząc po próbie, usłyszałam, jak ekipa komentuje: „A mówiłem, żeby nie angażować matki z synem, bo będą się kłócić, zanim jeszcze zaczną”. To było piękne. Pierwsza recenzja tego, jak dobrze Paweł zagrał.

- Beata Tyszkiewicz orzekła w pierwszym odcinku „TzG”, że talent Pawła do tańca wziął się z tego, że towarzyszył mamie na balach.
Dorota Stalińska:
Chodził ze mną wszędzie, bo sama go wychowywałam. Tylko w wyjątkowych sytuacjach zostawał z nianią.

- Jak odnajdywał się w roli „towarzysza życia” swojej mamy?
Paweł Staliński:
To było moje życie. Nie musiałem się w niczym odnajdywać.

- Są dwie drogi – albo żyje się z kompleksem wielkiego rodzica, albo korzysta się z jego popularności. Którą wybrałeś?
Paweł Staliński:
Żadną z tych. Nigdy nie czerpałem korzyści ze sławnej mamy. Wręcz przeciwnie. Bardzo szybko w szkole pani dyrektor sprowadziła mnie na ziemię: „Ty sobie, Staliński, nie myśl, że jak masz matkę artystkę, to będziesz miał lżej!”. Miałem może dziewięć lat. Nie rozumiałem, o co jej chodzi.

- Jak zapamiętałeś dzieciństwo?
Paweł Staliński:
Najbardziej dziecinnie jak tylko można. Mama była mamą, a nie aktorką. Dawała jeść, przytulała, czytała bajki, bawiła się ze mną, grała ze mną w szachy, wędkowała, jeździła konno, na nartach... itp., itd.
Dorota Stalińska: Do momentu narodzin Pawła najważniejsza była dla mnie praca. Potem już zawsze on był na pierwszym miejscu. Przez ostatnie 21 lat swoje sprawy zawodowe podporządkowałam rytmowi dorastania syna.

- Paweł, a pamiętasz taki moment, kiedy jako dziecko zorientowałeś się, że mama jest aktorką?
Paweł Staliński:
W spektaklu „Zgaga”, w którym mama gotowała, w pewnym momencie widzowie wchodzili na scenę po jedzenie. I ja też wszedłem. Mama wtedy zapytała mnie: „Chłopczyku, a co ty tu robisz?”. Zamurowało mnie.
Dorota Stalińska: Zaskoczył mnie, ale kiedy zobaczyłam z kolei jego minę, zapytałam: „A gdzie twoja mama?”. A on na to: „Mama gra”, a ja: „Boże, to jakaś hazardzistka!”. Paweł dostał brawa. I tak mu się to spodobało, że potem co jakiś czas wpadał na spektakl „zagrać” tę swoją rólkę.


- Co lubiliście razem robić w domu?
Paweł Staliński:
Łatwiej byłoby wyliczyć, czego w ogóle nie robiliśmy.
Dorota Stalińska: Chciałam, aby spróbował wszystkiego. Byłam „starą” matką, bo kiedy Paweł urodził się, miałam 37 lat. On był darem od Boga. I nie żałuję ani jednej minuty, której z jego powodu nie spędziłam na bankietach, rautach czy festiwalach. Wiele kobiet poświęca dzieci dla swoich karier. To jest ich wybór. Ja odnalazłam radość w wychowaniu dziecka. I nie ma tu mowy o żadnym poświęceniu. Dzisiaj widzę, jak to procentuje. Choć oboje jesteśmy dorosłymi ludźmi, nadal lubimy spędzać ze sobą czas.

- Nie brakowało Wam nigdy ojca w tym układzie?
Paweł Staliński:
Mama wcieliła się świetnie w rolę ojca. Dlatego nie odczuwałem nigdy jego braku. Dopóki byłem dzieckiem, mama była mamą, ale przyszedł taki moment, kiedy uświadomiłem sobie, że mama też jest człowiekiem. Że może mieć gorszy dzień, że jest zmęczona. Zrozumiałem, że nie tylko ona powinna mnie wspierać, ale ja ją również.
Dorota Stalińska: W Polsce ponad dwa miliony kobiet wychowuje samotnie dzieci. Choć to głupie określenie, bo kobieta, która rodzi dziecko, nigdy już nie będzie samotna. Pamiętam dzień, kiedy zostałam zaproszona do przedszkola na Dzień Ojca. Dzieci zaczęły śpiewać piosenkę: „Tatusiu, tatusiu, dobrze, że jesteś  z nami. Tatusiu, tatusiu, bez ciebie sobie rady nie damy” i Paweł wtedy dopiero zorientował się, że jestem… jedynym ojcem płci żeńskiej!

- Paweł zapewne musiał szybko dorosnąć.
Dorota Stalińska:
Moim wewnętrznym nakazem było wychować go tak, abym mogła spokojnie myśleć, że sobie poradzi, gdyby mnie zabrakło. Przed jego narodzinami miałam kilka poważnych wypadków. Cudem uszłam z życiem. Paweł bardzo wcześnie był samodzielny.

- Chodziłeś do zwykłej państwowej szkoły?
Paweł Staliński:
Też… Osiem razy zmieniałem szkołę. Mama nauczyła mnie otwartości i pewności siebie. Więc miałem odwagę na przykład w kulturalny sposób powiedzieć nauczycielowi, że nie powinien karać mnie za uśmiech, skoro sam nie jest zadowolony z życia.
Dorota Stalińska: Nauczyłam Pawła uśmiechać się. A to często denerwowało ludzi. Więc kiedy widziałam, że szkoła wpędza go w nerwicę, zmienialiśmy szkołę. Bardzo dużo dzieci w Polsce cierpi na zespół fobii szkolnej. Bardzo wielu nauczycieli nie lubi i nie powinno uczyć dzieci. Moim zadaniem, matki i ojca, było chronić system psychiczny dziecka. Żeby było jasne, Paweł nie był łatwym dzieckiem. Przechodziliśmy przez różne etapy. Dla mnie najważniejsza była zawsze rozmowa. Ale były i chwile, że jak każda pewnie matka odchodziłam od zmysłów i zadawałam sobie pytanie: „Co mam robić?”.
Paweł Staliński: Optymizm nie wykształcił się u mnie od razu. Mieliśmy na przykład tygodnie robienia sobie głupich żartów. Bo wesołemu w życiu lepiej. Ja na przykład smarowałem mamie klamkę od samochodu pastą do zębów, a mama zostawiała mi na drugi dzień w lodówce pieczonego kurczaka, ale… narysowanego na kartce.
Dorota Stalińska: Wymyślaliśmy też słowa klucze, które miały rozładowywać napięcia.

- Na osiemnastkę wręczyła Pani synowi kluczyki do samochodu.  W zeszłym roku, na 20. urodziny, dała mu Pani klucze do mieszkania. Musiało to Panią sporo kosztować?
Dorota Stalińska:
W sensie pieniędzy?

- Nie. W sensie emocji.
Dorota Stalińska:
Spełniłam w ten sposób ostatni z rodzicielskich obowiązków. Zawsze uważałam, że dorosły człowiek, który idzie na studia, powinien rozpocząć samodzielne, niezależne od rodziców życie.
Paweł Staliński: Mama uwielbia robić niespodzianki. To mieszkanie było do końca dla mnie niespodzianką. Rodzice próbują czasami zatrzymać dziecko na siłę. A to, zamiast zbliżać, daje na ogół odwrotny skutek. Mam swoje mieszkanie, czuję się wolny, ale chętnie też wpadam do mamy na obiad albo zaczerpnąć świeżego powietrza w naszym ogrodzie w Milanówku.              

Sylwia Borowska / Party