Colin Firth

Pewny siebie, konkretny, męski. Nie czaruje, bo... nie musi. I tak wszyscy ulegną urokowi bohaterskiego legionisty Aureliusa, który przysiągł chronić rzymskiego cesarza.
Z Colinem Firthem spotkaliśmy się na Słowacji, na planie filmu „Ostatni legion”.

Beata Sadowska: Grasz bohatera. Kiedy ostatnio czułeś się jak bohater?
Nigdy!

– Naprawdę?
A ty często tak się czujesz? Bohaterstwo istnieje w bajkach. Takie prawdziwe, z narażeniem życia, to część mitologii. Albo film. W „Ostatnim legionie” gram konwencjonalnego bohatera, tradycyjnego wojownika-samotnika. Bronię się przed uczuciami, ale one i tak mnie dopadną.

– Nie jesteś bohaterem dla swoich synów?
Bywam, co nie znaczy, że się nim czuję. Życie to nie film. Tylko w filmach dobro zwycięża, zwycięzca otrzymuje nagrodę, a historia dobrze się kończy.

– Patrząc w lustro, nie widzisz nic z bohaterskiego legionisty?
Nie, tak jak nie widzę żadnego innego bohatera, którego grałem. To nie jest tak, że decyduję się na rolę, bo wiem, że jestem podobny do osoby, w którą mam się wcielić. Dla mnie aktorstwo to przygoda, odkrywanie nieznanych rejonów, poznawanie siebie takiego, jakiego jeszcze nie znam.

– Wystarczy uwierzyć, że jesteś wojownikiem?
Tak, ale tę wiarę powoli w sobie odkrywasz. Gdybym już pierwszego dnia na planie wiedział, że jestem świetny, byłbym stracony. Miles Davis, którego uwielbiam, mawiał: „Nie graj tego, co potrafisz. Graj to, czego nie potrafisz”.

– Chyba możesz odetchnąć z ulgą: ten film to odpoczynek od komedii romantycznych.
Nie mam od czego odpoczywać, bo zdecydowana większość moich ról to nie były role romantycznych bohaterów, mimo że to właśnie z nimi jestem utożsamiany. Dla mnie nawet Marc Darcy nie jest romantykiem, ale facetem z problemami. No, ale oczywiście Bridget Jones rządzi się swoimi prawami, a jednym z tych praw jest szczęśliwe zakończenie. Szczęśliwe, czyli romantyczne. A skoro zakończenie romantyczne, to i bohater musi być romantyczny.

– To Cię wkurza? W końcu jesteś klasycznie wykształconym aktorem, który gra od lat. A i tak wszyscy kojarzą Cię z Bridget Jones.
Nie mogę sobie pozwolić na irytację, bo co by to zmieniło? Jeśli ludzie zaczynają doceniać twoją pracę, możesz tylko na tym skorzystać. Źle, jeśli kojarzą cię tylko z jedną rolą, ale z drugiej strony pojawia się wyzwanie: zmienić to. Frustruje mnie oczywiście, jeśli takie szufladkowanie stosują też inni, na przykład moi pracodawcy. Wydawałoby się, że nie jest ze mną tak źle: grałem paranoików, neurotyków, morderców, żołnierzy, byłem brutalny, miewałem dewiacje seksualne i… co z tego?! Te wszystkie role ciągle są ignorowane, ciągle tylko słyszę: „Jak to jest zagrać nie w komedii romantycznej?”.

– Dlatego właśnie pytałam, czy Cię to wkurza.
A ja dlatego z uporem maniaka odpowiadam: to nie jest dla mnie ani nowy etap, ani żadna odmiana. To po prostu kolejna rola, kolejne doświadczenie. Od kilku miesięcy uczę się walczyć i machać mieczem.

– Jak na bohaterskiego legionistę przystało. Wierzysz w legendy?
Mam mnóstwo wątpliwości, jestem bardzo podejrzliwy. Z drugiej strony potrzebujemy mitów, które – zdaniem socjologów – są tym cenniejsze, im bardziej w codziennym zabieganiu tracimy z nimi kontakt. Może dlatego jest takie zapotrzebowanie na filmy przeplatające prawdę z fikcją. Chcemy w coś wierzyć, organicznie pragniemy autorytetów, kogoś, komu byśmy ufali, wierzyli, kto byłby dla nas niezaprzeczalną wartością.

– Świat pędzi do przodu, a my chcemy karmić się mitami?!

Od zawsze i na zawsze. To sposób, w jaki możemy się zrozumieć, wytłumaczyć świat. Ludzie potrzebują bajek, historii, opowieści. To w nich zawierają życiowe mądrości, to ich prostota budzi w nas to, co pierwotne, czyste. Historie, tak jak muzyka, trzymały ludzi przy życiu nawet podczas największych zagład czy klęsk głodu. Bez względu na kulturę czy szerokość geograficzną.

– Podglądałam Cię na planie i podglądałam chłopca, który gra 12-letniego imperatora. Lekcja pokory, cierpliwości i ciężka robota: czasem od piątej rano do nocy. Chciałbyś, żeby Twoi synowie zostali aktorami?
To głupie mieć nie wiadomo jakie oczekiwanie wobec swoich dzieci, bo koniec końców nie mamy na to wielkiego wpływu. Chcę, żeby moi synowie mieli normalne dzieciństwo, a nie zaczynali pracę, zanim skończą szkołę. Nie będę ich zachęcał do aktorstwa, tak jak nie będę ich zniechęcał do pracy farmera, księgowego czy policjanta.

– Podobno chłopcy, którzy są jeszcze mali, nie znają Cię z ekranu, bo nie chcesz im mieszać w głowach, który tata jest prawdziwy: ten czytający bajki na dobranoc czy ten w kinie.
Powiem tyle: dom to dom, a praca to praca. Rozdzielam to.

– Jest szansa, że po „Ostatnim legionie” dziennikarze przestaną Cię w końcu pytać o to, jak to jest być symbolem seksu, którym zostałeś po słynnej scenie w serialu BBC, gdzie wyłaniałeś się z jeziora w mokrej koszuli?
Wkrótce osiągnę taki wiek, że siłą rzeczy przestaną mnie o to pytać. I tak jestem szczęściarzem: z takim staruchem gadać o seksie?!

– Żebyś się nie przeliczył! Niektórzy twierdzą, że im starsze wino, tym lepsze.
Nie brnij dalej!

– Wybierasz się do Hollywood?
Ostatni raz byłem tam rok temu, promowałem film…

– Nie kusi Cię fabryka snów?
Nie i nie widzę powodu, dlaczego powinna. Mam szczęście, bo jako dobrze wykształcony Brytyjczyk dostaję dobre propozycje w Anglii. Ludzie z niższych grup społecznych powiedzą ci coś innego: wyjeżdżają do Ameryki, bo tam nikt nie ocenia ich ze względu na pochodzenie i urodzenie. Wręcz przeciwnie: raczej uważają, że każdy Londyńczyk jest arystokratą. Cudownie, że jest Los Angeles, miasto, gdzie bije serce filmowego przemysłu, ale to nie znaczy, że jest to moje miasto.

Rozmawiała Beata Sadowska/ Viva!

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (3)
/9 lat temu
To prawdziwy dżentelmen.
/9 lat temu
To prawdziwy dżentelmen.
/9 lat temu
czego szukalem, dzieki