Bono

Walczy z AIDS i głodem w Afryce. Działa w Amnesty International i Greenpeace. Wielu uważa, że zostanie kolejnym szefem ONZ.
/ 16.03.2006 16:57
Przychodzi do mnie Summers (sekretarz skarbu USA za czasów Billa Clintona – przyp. red.) i mówi: „Niech pan sobie wyobrazi, że właśnie spotkałem się z jakimś człowiekiem w dżinsach i podkoszulku, który nie ma nawet imienia, jedynie nazwisko, ale widać, że inteligentny. Pan wie, co to za jeden? – wspominał pierwszy kontakt z Bono wyraźnie rozbawiony Bill Clinton.
Był koniec lat 90. Amerykański prezydent, zapalony muzyk amator i liberał, oczywiście spotkał się z człowiekiem w dżinsach, choć mało kto jeszcze widział w nim poważnego lobbystę. Ale Bono już wówczas był nie tylko „najpotężniejszym człowiekiem w światowej muzyce” (jak zapewniał brytyjski magazyn „Q”), ale też działaczem społecznym pełną gębą.

Od Geldofa do Gatesa
Paul Hewson, lider grupy U2, szerzej znany jako Bono, jako społecznik przykuwa uwagę tak samo silnie, jak na scenie. Kiedy mówi, jest przekonujący, działa niekonwencjonalnie. I zawsze osiąga to, co sobie zamierzył – twierdzą spece od wizerunku publicznego.
Jest dużo bardziej skuteczny od wielu polityków także dlatego, że może sobie pozwolić na więcej. Kiedy mówi: „W Afryce na AIDS codziennie umiera sześć i pół tysiąca ludzi. Tam mają tsunami co dwa tygodnie”, na świecie odbija się to dużo szerszym echem niż jakiekolwiek deklaracje polityków o „potrzebie pomocy” i „kolejnej propozycji przesunięcia środków budżetowych” na ten cel. Wbrew pozorom to właśnie sprawiło, że również na politycznych salonach zdobył sobie niespotykany jak na muzyka rockowego szacunek.
O Bono – pomagającym Afryce – po raz pierwszy usłyszeliśmy 21 lat temu za sprawą innego Irlandczyka Boba Geldo-fa i zorganizowanej przez niego akcji Live Aid. Geldof namówił na charytatywne koncerty największe gwiazdy tamtych czasów, a zebrane 200 milionów dolarów przekazał głodującej Etiopii. Bono bardzo przejął się swoją rolą. Kiedy inni gwiazdorzy po Live Aid wrócili szybko do dawnego luksusowego życia, on postanowił sprawdzić, jak naprawdę wygląda życie w Etiopii. Wyjechał tam z żoną na półtora miesiąca. Poznawał kraj, pracując w sierocińcu. Wrócił jako inny człowiek. Potem co jakiś czas słychać było o jego akcjach charytatywnych, jak choćby o tej z 1995 roku, kiedy to wspólnie z Luciano Pavarottim zbierał pieniądze dla ofiar wojny w Bośni. Jednak rzeczywiście głośno o Bono aktywiście zrobiło się w lutym 2002 roku podczas Światowego Forum Gospodarczego, kiedy to we wszystkich dziennikach świata pojawiła się informacja o spektakularnej dyskusji na temat kryzysu w Afryce, jaką odbył z Billem Gatesem i amerykańskimi politykami.
Już wtedy był on działaczem Amnesty International – organizacji walczącej o prawa człowieka, Greenpeace – upominającego się o prawa zwierząt, a także ruchu Drop The Debt (ang.: Darować dług, wcześniej znanej jako Jubileusz 2000), którego celem jest oddłużenie 52 najbiedniejszych krajów świata. Sam założył też organizację DATA – skrót od Debt, Aid, Trade for Africa, czyli Zadłużenie, Pomoc, Handel w Afryce – nie nastawioną na zysk grupę nacisku, której celem jest informowanie świata o takich problemach najbiedniejszych państw, jak niekontrolowane rozprzestrzenianie się epidemii AIDS i nieuczciwe zasady światowego handlu, dzięki którym bogacą się najbogatsi, a najbiedniejsi wciąż są biedni.

Lobbysta
Jego nauczycielem był słynny amerykański ekonomista z Harvardu, Jeffrey Sachs (po roku 1989 wspierał reformy wolnorynkowe w Polsce). To on, również gorący zwolennik umorzenia długów Trzeciego Świata, pokazał mu, że nawoływanie do pomocy odnosi niewielki skutek, jeśli nie ma się rzetelnej wiedzy i szczegółowego programu. Od tego momentu Bono zaczął działać systemowo. Zanim rozpoczął profesjonalny lobbing, wnikliwie przestudiował stanowiska w tej sprawie zarówno demokratów, jak i republikanów. „Uznałem, że jeśli jestem sławny, ta moja sława może się komuś przydać”, stwierdził Bono i rozpoczął dość nietypowe dla siebie tournée. W ciągu kilku lat rozmawiał o problemach najuboższych, między innymi z Janem Pawłem II, Billem Clintonem, Tonym Blairem, Gerhardem Schroederem, Michaiłem Gorbaczowem, Nelsonem Mandelą, premierem Kanady Jeanem Chrétienem, multimilionerem Georgem Sorosem. I zadał sobie sporo trudu, by do nich dotrzeć. Zabiegając o poparcie własnych projektów, Bono nie zawahał się prosić o pomoc najbardziej zatwardziałych konserwatystów, którzy nawet nie tylko uważali go za człowieka w podkoszulku, ale też kogoś, kto – jako liberał – propaguje w świecie szkodliwe idee.
Sceptyczny wobec artysty był choćby sekretarz skarbu z gabinetu kolejnego prezydenta – George’a W. Busha, Paul O’Neill: „Początkowo nie chciałem się z nim spotkać. Myślałem, że to jakaś gwiazda popu, która chce mnie wykorzystać. Ale szybko zmieniłem zdanie. To poważny człowiek. Bardzo zaangażowany w te sprawy i mający na ten temat ogromną wiedzę”. Sekretarz tak bardzo zmienił zdanie o Bono, że w maju 2002 roku wspólnie odbyli 12-dniową podróż po Ghanie, Ugandzie, RPA i Etiopii, gdzie odwiedzali szkoły i szpitale, aby ocenić, jak wykorzystywana jest amerykańska pomoc dla Afryki i stworzyć nowe kryteria jej przydziału.
Wielu przywódców ujął Bono nietypową dla polityków prostolinijnością i oddaniem idei. Po spotkaniu z Janem Pawłem II we wrześniu 1999 roku nazwał go „pierwszym wyluzowanym papieżem w historii”. Do dziś przyznaje, że odmieniła go ta audiencja. „Rozmawialiśmy o nieludzkim i niesprawiedliwym traktowaniu najuboższych krajów. O tym, jak wielkie ciężary finansowe wciąż muszą one ponosić na rzecz najbogatszych – w ramach spłaty długów. Widziałem determinację, z jaką papież walczył z chorobą Parkinsona. Wiem, że to nasze spotkanie było dla niego przede wszystkim aktem woli. Mówił do nas niemal szeptem. Byłem mocno poruszony, zwłaszcza jego pokorą. Ale papież zrobił na mnie kolosalne wrażenie także z powodu swego poczucia humoru. On miał wielki talent komediowy! Powiedziałem mu, że jest wspaniałym showmanem”, opowiadał podekscytowany po audiencji w Castel Gandolfo. I dodawał żartobliwie: „Byłem tam w towarzystwie Jeffa Sachsa, Boba Geldofa i mojego wielkiego mentora Quincy Jonesa (amerykańskiego muzyka i producenta muzycznego – przyp. red.). I to Quincy, śmiertelnie poważny człowiek, zwrócił moją uwagę na obuwie Ojca Świętego – atłasowe kapcie w kolorze byczej krwi. »To są najbardziej funkowe klapki, jakie widziałem«, szepnął”.

Wędka, nie ryba
Bono dawno już przestał być idealistą dyletantem. Jest na tyle wytrawnym społecznikiem, że może być partnerem dla każdego polityka. Trudno też oskarżyć go o populizm. Kiedy mówi o własnych ideach, unika utopijnych deklaracji o „walce z nierównością i niesprawiedliwością”. Konkretnie naświetla zastraszonym tragedią z 11 września Amerykanom zagrożenia, jakie niesie ze sobą bierność w sprawie Afryki. Argumentuje, że każdy z tych biednych krajów błyskawicznie może stać się kolejnym Afganistanem czy Irakiem – wylęgarnią terrorystów. Opierając się na wyliczeniach ekonomistów, udowadnia, że również przeciętnemu Amerykaninowi powinno zależeć na ekonomicznym sukcesie Afryki. Afryki nie będącej petentem, a partnerem handlowym.
W realizacji tych celów ma pomóc także najnowsza inicjatywa Bono i jego żony Alison Hewson, promocja kolekcji ubrań Edun (czytane od tyłu znaczy „nude”, czyli nagi). Cała produkcja ulokowana będzie w Afryce i Ameryce Południowej, a nadrzędną ideą jest zwiększenie ogólnej liczby miejsc pracy w krajach Trzeciego Świata. Poza koordynującym przedsięwzięcie projektantem mody Roganem Gregory pracownicy mają się rekrutować wyłącznie z miejsc, w których będą tworzone. „Zdecydowaliśmy się zaangażować w ten projekt po kolejnej z naszych licznych podróży do Afryki”, opowiada Hewson. „Na miejscu nie mogliśmy się oprzeć wrażeniu, że Afrykanie tak naprawdę nie chcą jałmużny od organizacji charytatywnych, chcą robić interesy. To są dumni, świadomi własnej wartości i godności ludzie. I chcą pracy, a nie łaski. Mam nadzieję, że nasza firma da przykład innym”. Taka filozofia w języku ekonomistów nazywa się zapewnianiem potrzebującym wędki, a nie ryby. I bez wątpienia jest efektem współpracy Hewsonów z Jeffreyem Sachsem.
Ali Hewson wierzy, że świadomość klientów butików wzrosła już na tyle, że interesuje ich miejsce pochodzenia ubrania i warunki, w jakich zostało ono wyprodukowane: „Mam nadzieję, że ludzie pytają już siebie przed zakupem, czy chcą, by ubranie dla ich dziecka szyło inne dziecko w nieludzkich warunkach”.
Kiedy w 2002 roku Bono nawoływał do stworzenia nowego planu Marshalla, który pozwoliłby wyciągnąć najuboższe państwa świata z pułapki wielomiliardowych długów, wielu poważnych polityków z politowaniem kiwało głowami. Minęły trzy lata. George W. Bush i Tony Blair ogłosili plan programu pomocowego dla najbiedniejszych regionów, który roboczo nazwali... „nowym planem Marshalla”. Po czym zatwierdziła go grupa G-8 zrzeszająca najbogatsze państwa świata. Jaki wpływ na to miał 45-letni Irlandczyk? Nawet jeśli niewielki, już dziś Paul Hewson wymieniany jest wśród kandydatów na nowego szefa Organizacji Narodów Zjednoczonych. Wybory w przyszłym roku i nikt już nie lekceważy tej kandydatury.

Maciej Wesołowski/ Viva!

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)