Boicie się?

Do Polski reżyser przyjechał z aktorką Emily Stofle, wyglądali na zakochanych. "Moi bliscy czują się ze mną spokojnie i bezpiecznie", uśmiecha się reżyser. Aktorzy po spotkaniu z nim czują się "zlynchowani".
/ 20.08.2007 11:27
Dziwny człowiek. Z jednej strony introwertyczny i małomówny, z drugiej – uważnie słucha i analizuje każde słowo. Czasami chłodny i wyobcowany, a wobec narzeczonej, aktorki Emily Stofle, ciepły i radosny jak mały chłopiec.

Podczas pobytu w Gdańsku, na premierze najnowszego filmu „Inland Empire”, zerwał większość umówionych wcześniej wywiadów, ale kiedy zapytałam, czy nie chciałby zobaczyć stoczni, TEJ stoczni, zatrzymał się, spojrzał mi głęboko w oczy i powiedział, że byłoby wspaniale. Zaraz potem kazał przebukować swój bilet lotniczy. Doskonale wiedział, co wydarzyło się w tym miejscu i jak to zaważyło na losach świata.
Dzień później spacerowaliśmy po opuszczonych stoczniowych halach, a David Lynch opowiadał mi, skąd tyle mroku w jego filmach, a skąd tak wiele pogody ducha w nim samym.

W centrum tajemnicy
„Myślisz, że wystarczy mieć niedobre dzieciństwo, by malować czarne obrazy albo reżyserować horrory? ”, śmieje się Lynch. „W moim przypadku było odwrotnie. Wyrosłem na klasycznej amerykańskiej prowincji, gdzie wszystkie domki wyglądają tak samo, nawet ogródki mają identyczne. Rodzice byli otwarci, pozwalali mi chodzić własnymi ścieżkami. Słowem – ideał dzieciństwa”.
Gdzie zatem szukać rozwiązania zagadki? Skąd biorą się w głowie Lyncha tak przerażające obrazy? „Może to właśnie jest jego bunt przeciwko temu uporządkowaniu”, zastanawia się Krzysztof Krauze. „Może Lynch zbuntował się, bo czuł, że pod powierzchnią tego ułożonego świata musi coś się czaić? Że świat nie może być tak prosty jak na amerykańskich pocztówkach? ”. Lynch uśmiecha się i patrzy mi głęboko w oczy: „Sam wielokrotnie nad tym myślałem… Kiedy to wszystko się zaczęło? Mój tata był naukowcem i prowadził badania na zamówienie ministerstwa rolnictwa. Zajmował się drzewami, więc zawsze mieszkaliśmy w okolicach lasu. A las jest dla dziecka czymś absolutnie magicznym. Pamiętam, że godzinami przyglądałem się tym drzewom i różnym przedmiotom, szukając w nich czegoś więcej niż to, co widzę. Od czasów Einsteina wiadomo, że materia nie jest tylko tym, co widzimy. Jest tam coś więcej. A co? Tajemnica. I to jest najbardziej fascynujące, że nie wiemy, co tam jest, tylko czujemy, że coś być musi. A niepokój? To musiało być jeszcze w dzieciństwie. Kiedy byłem u dziadków, zauważyłem, że wiatr w tej okolicy wieje jakoś… dziwnie. Wiał mocno i przeszywająco. Każdym porem skóry czułem, że w powietrzu coś wisi. A co to było, to już każdy musi znaleźć we własnej głowie. Trzeba tylko poprowadzić widza, pokazać mu, że rzeczywistość ma kilka wymiarów, że różne światy i czasy mieszają się ze sobą. To co będzie, już było. A my żyjemy w samym centrum tajemnicy. Boisz się? “

Skąd ten lęk?
Lyncha można się bać. Kiedy mówi o mrokach duszy i niewyjaśnionym lęku, zwęża powieki i patrzy przenikliwie. Za chwilę podbiega jednak Emily, jego narzeczona, a twarz Lyncha rozpromienia się. Twierdzi, że czasem rozmawia z Emily o tajemnicach ludzkiej duszy, ale nigdy nie mówi wszystkiego. „Pewne rzeczy są niewyrażalne”, uśmiecha się. „Poza tym każdy artysta nosi obrazy w swojej głowie. Czasem nie mówi się o nich nawet bliskiej osobie”.
Bliscy… Brzmi to niewiarygodnie, ale David Lynch bardzo szybko założył rodzinę i został ojcem. Jeszcze w trakcie studiów na Akademii Sztuk Pięknych w Filadelfii. Dziś jego córka Jennifer Chambers Lynch też jest reżyserem. Kilkanaście lat temu zrobiła horror „Uwięziona Helena” z jedną z ulubionych aktorek ojca Sherylin Fenn w roli głównej. Film opowiada o kobiecie więzionej przez psychopatę. Najnowszy projekt Jennifer, który wejdzie na ekrany w tym roku, to z kolei… historia seryjnego mordercy.
Kiedy pytam Lyncha, czy skłonności do makabreski są dziedziczne, uśmiecha się. „Nie sądzę, by Jen odziedziczyła to po mnie. Każdy artysta szuka mrocznej strony życia, choć nie każdy próbuje ją opisać. Może nie każdy po prostu ma odwagę. A Jen ma, może to odziedziczyła po mnie. Wie, że świat jest tajemnicą, nie boi się go, ufa intuicji”. Poza tym korzysta ze sprawdzonych przez tatę aktorów – w „Uwięzionej Helenie” zagrała Sherylin Fenn („Miasteczko Twin Peaks”), a w jej najnowszym filmie gra Julia Ormond („Inland Empire”) i Bill Pullman („Zagubiona autostrada”).

Geniusz i rodzina
Trzeba przyznać, że reżyser nie jest stały w uczuciach. David Lynch rozstał się z mamą Jeniffer, Peggy Lentz, po siedmiu latach małżeństwa, podobnie jak z kolejną żoną, Mary Fisk, z którą ma syna Austina. Jego najsłynniejszą ukochaną była Isabella Rossellini, z którą spotykał się po ukończeniu zdjęć do „Blue Velvet”. Para rozstała się po trzech latach. Od 1991 roku aż do niedawna David Lynch związany był z producentką swoich filmów, Mary Sweeney, z którą ma najmłodszego syna Rileya. Byli parą przez czternaście lat, w maju 2006 roku postanowili nawet wziąć ślub. Niestety już po dwóch miesiącach w sądzie wylądował pozew o rozwód. Od roku nie są razem. Do Polski przyjechał z Emily Stofle, która zagrała jedną z ról w „Inland Empire”. Wyglądali na zakochanych.
Na twórcę „Zagubionej autostrady” trudno pozostać obojętnym. Albo odrzuca się jego twórczość jako mroczną i niezrozumiałą, albo zachwyca nią i poza jego filmami świata się nie widzi. Z Lynchem nie pracuje się łatwo, ale każdy aktor wie, że praca z nim jest otwarciem się na nowe możliwości. Po takim spotkaniu aktorzy są odmienieni. Sami mówią o sobie, że zostali „zlynchowani”. Oznacza to nie tylko otwarcie na tajemnicę, ale też w wielu przypadkach po prostu – sławę. Tak było z Isabellą Rossellini po „Blue Velvet”, Laurą Dern po „Dzikości serca”, a także z Kylem MacLachlanem po „Miasteczku Twin Peaks“.
Zdarza mu się robić zabawne rzeczy. Kiedyś spacerował po Hollywood z plakatem „Gdyby nie krowy, nie byłoby Inland Empire”. Zapytany o znaczenie tych słów odrzekł: „Ależ ludzie tak kochają krowy! ”. Często powtarza też, że lubi widok rozkładających się trupów, bo mają w sobie coś fascynującego, a natchnienia szukał swego czasu w fast foodach, popijając mleczne szejki. „Kiedyś nawet poszedłem do psychologa, myślałem, że może powinienem wybrać się na terapię, ułożyć te myśli w głowie. Ale czujnie zapytałem, czy terapia może pozbawić mnie kreatywności. Lekarz pomyślał, a po chwili powiedział powoli: »Tak«. No i zrezygnowałem”, wyznaje.

Może coś tu nakręcę
Terapii nie poddał się, ale wciąż poszukiwał ścieżki, która w świecie mrocznych obrazów, jakie rodzą się w jego głowie, pozwoli mu spokojnie żyć. Znalazł ją w medytacji transcendentalnej, którą stosuje już od ponad trzydziestu lat. „To jest niewiarygodne”, ekscytuje się. „Daje niewyobrażalną jasność umysłu, spokój i tyle miłości, że aż nie można tego w sobie pomieścić! Czuję zapach Ziemi, jestem częścią tego świata, moja świadomość jest jasna, a ja sam wciąż się rozwijam. Pytasz mnie, jak to możliwe, że moje filmy są tajemnicze, a ja mam w sobie tyle spokoju? Właśnie dlatego! Wszystko ułożyło się w mojej głowie. Nie boję się nieznanego, ufam intuicji, daję się jej prowadzić i zawsze na koniec procesu twórczego znajduję spokój. A co za tym idzie, moi bliscy czują się ze mną spokojnie i bezpiecznie”, uśmiecha się, patrząc na Emily. Ta kiwa do niego głową. „David”, krzyczy do niego. „Przenieś mnie przez kałużę”. Stara stocznia tonie w wodzie i błocie. Lynch natychmiast bierze Emily na ręce. „Oto życie”, uśmiecha się do mnie. „I to miejsce ma w sobie życie, mimo że teraz jest już puste”, pokazuje na rozpadające się hale Stoczni Gdańskiej. „Tu ludzie tworzyli historię. Wciąż czuć tu ducha tamtych czasów. Magiczne miejsce. Może coś tu kiedyś nakręcę. Jestem szczęściarzem, że mogłem tu przyjechać”.

Rozmawiała Agnieszka Prokopowicz
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)