Beata Pawlikowska: Dość czekania na księcia!

Mówi, że podróże to najlepszy pomysł, jaki miała na siebie. W czasie wypraw dojrzewała, zmagała się z demonami. Czego poszukuje dzisiaj? O wielkich życiowych zmianach i odnalezieniu prawdziwej przystani z Beatą Pawli
Beata Pawlikowska fot. Iza Grzybowska/MAKATA
– Od naszego ostatniego wywiadu minęło osiem lat. W ilu miejscach w tym czasie byłaś?
Beata Pawlikowska:
Nie liczę miejsc, bo wydaje mi się to niepotrzebne. Ważne jest to, co i jak przeżyłam. Jedno wiem na pewno – napisałam 15 książek.

– No proszę, dwie książki rocznie. Nerwica natręctw czy autoterapia?
Beata Pawlikowska:
(Śmiech). Nerwica to przymus. A ja piszę, bo lubię pisać. Właśnie ukazały się moje dwie najnowsze książki z nowej serii „Dzienniki z podróży”. I wyobraź sobie, że za dwa miesiące ukażą się następne dwie. Dlaczego piszę? Bo to mi daje radość. Poza tym pisząc książki, mogę podzielić się z innymi ludźmi tym, co mnie fascynuje albo co wydaje mi się ogromnie ważne. Dlatego oprócz książek podróżniczych piszę też czasem książki o życiu.

– A co w Twoim życiu zdarzyło się w tym czasie?
Beata Pawlikowska:
Najważniejsze – urządziłam mieszkanie. Wyburzyłam w nim wszystkie ściany, pomalowałam na biało, otworzyłam na wielką przestrzeń. Na ścianach powiesiłam fotografie z podróży, rozstawiłam na półkach afrykańskich wojowników i amazońskich szamanów. Mam kolekcje kajmanów i papug i słońce przez cały dzień, tak jak lubię. Poza tym… zakochałam się i rozstałam. Ale też odkryłam coś ważnego o miłości.

– Powiedziałaś, że ja zawsze dzwonię, kiedy Ty jesteś po rozstaniu. Ale spotkałyśmy się dotąd „wywiadowo” tylko raz, a wiem o co najmniej dwóch Twoich rozstaniach. Z facetem poznanym w komputerze poprzez e-maile, no i potem z mężem Wojciechem Cejrowskim – miłością Twojego życia.
Beata Pawlikowska:
To był mąż i niemąż jednocześnie, ale nie był miłością mojego życia. Gdyby był, nie odeszłabym.

– „Niemąż”? Co to znaczy? Nie mieliście ślubu?
Beata Pawlikowska:
To był dziwny ślub. Zawarty w kościele, ale nie przekazany dalej do urzędu stanu cywilnego. To znaczy, że oficjalnie w polskich dokumentach jestem i zawsze byłam panną. Dlatego potem nie było rozwodu, a ślub został po prostu anulowany przez sąd biskupi. Dobrze, że tak się stało. To nie był dobry związek. Nie lubiliśmy się, nie byliśmy przyjaciółmi. Ja nie lubiłam jego kontrowersyjnego programu w telewizji, bo kompletnie nie zgadzałam się z jego poglądami, on nie znosił moich książek, szczególnie tych o życiu. Walczyliśmy, trzaskaliśmy drzwiami, rozstawaliśmy się, wracaliśmy. Na całe szczęście to dla mnie zamknięty rozdział.

– Na tyle zamknięty, że nie obchodzi Cię ponowny ślub twojego eks-niemęża?
Beata Pawlikowska:
Co mogę powiedzieć? Życzę mu szczęścia z całego serca.

– To on zaraził Cię podróżami? A jak zaczęłaś podróżować sama, rzuciłaś go?
Beata Pawlikowska:
Nie. To nas właśnie połączyło – wspólna pasja. I to nas też podzieliło, bo okazało się, że inaczej patrzymy na ludzi i na świat.

– Miałyśmy zacząć od podróży, a zeszłyśmy na miłość.
Beata Pawlikowska:
Bo miłość jest najważniejsza. Gdybyś zapytała, w co wierzę najbardziej na świecie, to odpowiedziałabym, że w dobro i w miłość. I dlatego nie rozpaczam z powodu kolejnego rozstania. Lepiej być samemu, niż żyć w iluzji i kłamstwie. Ja tak nie chcę. Wolę uczciwie przyznać, że daliśmy już sobie wszystko, co mogło nas wzajemnie wzbogacić, a teraz czas ruszać samej dalej w drogę.

Porozmawiajmy o gwiazdach - forum >>


– A gdzie dom, rodzina, dzieci?
Beata Pawlikowska:
Nic na siłę i nie za wszelką cenę. Dzieci nie są narzędziem do zapełnienia pustki i potrzeby bliskości.

– Ze swoim kolejnym mężczyzną – Rafałem – rozstałaś się dlatego, że on chciał mieć dziecko, a Ty nie?
Beata Pawlikowska:
To powód bardzo na skróty. Myślę, że w gruncie rzeczy ludzie rozstają się zawsze z tego samego powodu: kiedy odkrywają, że mają różny system wartości – w co innego wierzą, czego innego pragną, inaczej myślą o sobie i o reszcie świata. Nagle prawie wszystko zaczyna ich dzielić. Dlatego się rozstaliśmy. Chcę kochać i być kochana. Ale nie rzucam się teraz w pierwszy lepszy związek, bo nie muszę. Rozumiesz? Nie chodzi o to, żeby być z kimkolwiek, tylko po to, żeby z kimś być. A na razie dobrze mi tak, jak jest.

– Ale każde rozstanie to cierpienie?
Beata Pawlikowska:
Nie. To raczej uwolnienie siebie wzajemnie. Pamiętam, że zapytałam mojego mężczyznę, czy jest szczęśliwy. A on odrzekł: „Chyba musiałbym być chory na głowę, żeby powiedzieć, że jestem teraz szczęśliwy!”. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że chyba nie jesteśmy dla siebie stworzeni.

– Może bałaś się być matką, bo sama miałaś nieszczęśliwe dzieciństwo?
Beata Pawlikowska:
Ale skąd! Jestem wdzięczna moim rodzicom za wszystko, co mi dali. Resztę musiałam sobie znaleźć sama, ale nie jestem tu chyba jakimś szczególnym wyjątkiem. Miałam 19 lat, kiedy wyruszyłam w świat szukać szczęścia, ale miałam mgliste pojęcie o tym, czym jest. Wydawało mi się, że stanie się jakiś cud, spotkam wróżkę i nagle wszystko pięknie się ułoży. I dostałam w skórę od życia, bo pojechałam do Londynu, gdzie pracowałam jako sprzątaczka i kelnerka. Nie było wróżki. Było wiadro i brudna szmata. To świetna szkoła życia. A co do dzieci, być może będę je miała, ale wtedy, gdy ja sama ich zechcę. Nie poddam się terrorowi posiadania dzieci za wszelką cenę albo dlatego, że wszyscy je mają.

– Napisałaś w książce „W dżungli samotności”, że wszystko bierze się z dzieciństwa. Gdybyś była rozpieszczana, nie zostałabyś podróżniczką?
Beata Pawlikowska:
Wprost przeciwnie – wszystko bierze się z dorosłości. Każdy dorosły jest odpowiedzialny za to, co ma w życiu. Jeśli czegoś mu brakowało w dzieciństwie, może sobie to dać jako dorosły. Nie szukać w innych ludziach, rzeczach czy narkotykach zmieniających świadomość, tylko zaopiekować się sobą i świadomie dać sobie bezwarunkową miłość. Nauczyć się tego dawania.

– Nie wmówisz mi, że anoreksja, bulimia, ucieczka do Londynu miały swój rodowód w szczęśliwym dzieciństwie.
Beata Pawlikowska:
Jasne, że nie. Ale ważne jest coś innego – wiem już, że człowiek nie jest ofiarą okoliczności i złych zdarzeń. Nie warto się nad sobą rozczulać. Kiedyś uciekałam, bo szukałam sensu samej siebie w innych ludziach, w alkoholu czy w narkotykach. Aż nagle dokonałam zdumiewającego odkrycia – mój sens jest we mnie i tylko tam należy go szukać. I kiedy go znalazłam, przestałam uciekać. Zaczęłam być sobą. Kocham to, co robię. Czuję się wolna, bo nie muszę kłamać ani udawać na żaden temat i wobec nikogo. Uwielbiam podróżować, dotrzeć na jakieś dzikie pustkowie i wyobrażać sobie, jak wyglądałoby tam moje życie. Uwielbiam też wracać z podróży do Polski, do mojego domu, w którym mieszkam od kilku lat.


– Wcześniej nie chciałaś nigdzie zarzucić kotwicy?
Beata Pawlikowska:
Nie stać mnie było na to, żeby kupić własne mieszkanie. Wynajmowałam różne niepiękne kawalerki. Wszystko wydawałam na podróże. Na pierwszą wielką wyprawę do dżungli amazońskiej zbierałam pieniądze za audycje w radio przez kilkanaście miesięcy, odkładając każdy grosz. Pieniądze potem nagle przyszły same – kiedy zaczęły się ukazywać moje książki. Wtedy też zaczęłam organizować wyprawy w egzotyczne miejsca i wygłaszać wykłady jako guest speaker.

– Zapytano Cię kiedyś, po co piszesz książki psychologiczne, skoro nie jesteś psychologiem?
Beata Pawlikowska:
Przecież to nie są żadne książki psychologiczne, to jest tylko fragment mojego życia. Piszę je tylko wtedy, kiedy odkrywam coś ogromnie ważnego i co – wydaje mi się – może też być ważne dla innych ludzi.

– Myślisz, że ludzie nie wiedzą o tym, że aby lubić życie, trzeba najpierw polubić siebie? To banał.
Beata Pawlikowska:
Pozorny. Błagam cię! W naszej cywilizacji człowiek jest uczony tego, żeby szybko i byle jak wypełnić swoje obowiązki i zaspokoić szefa. Dzieci w szkole uczą się, jak oszukiwać podczas egzaminów. Czy ktoś powiedział ci kiedyś, co trzeba zrobić, żeby być SOBĄ? Jak odzyskać poczucie własnej wartości? Nie czuć się gorszym od innych ludzi? Nie mieć przymusu żebrania o akceptację? Ja właśnie o tym piszę. I wiesz, dostaję masę listów od ludzi, którzy twierdzą, że to im właśnie pomogło i otworzyło oczy. Czy to nie jest fantastyczne, że mogę pomóc komuś, kto jest tak samo uwikłany, jak ja byłam kiedyś?

– Zmieniłaś swój sposób myślenia podczas pierwszej podróży?
Beata Pawlikowska:
To był szok. Nagle odkryłam, że świat nie jest wygodny. Oblepiona przez owady, pogryziona przez muchy, mrówki i moskity, płakałam z bólu. Ale szłam dalej. Albo wtedy, kiedy trzeba było wiosłować przez dziesięć godzin codziennie przez wiele dni, z bąblami na palcach, trzaskającym bólem pleców i bez jedzenia… Dowiedziałam się, czym jest głód. Na wszystko, co się rusza, patrzyłam jak na szansę obiadu. Schudłam, brakowało mi sił, ale wtedy też odkryłam, że życie nie polega na tym, żeby leżeć na łódce, którą ktoś ciągnie na sznurku po rzece. Trzeba samemu chwycić za wiosła. I właśnie tam zrozumiałam, że trzeba być zawsze uczciwym wobec swojej duszy i podążać za swoim przeznaczeniem.

– Co to jest przeznaczenie według Ciebie?
Beata Pawlikowska:
To jest to, co nada sens twojemu życiu i co masz zapisane w duszy. Trzeba to tylko w sobie odnaleźć. Nie pytać innych ludzi, nie porównywać się do nich, nie szukać odpowiedzi na okładkach kolorowych pism, nie ścigać się z nikim. George Clooney w filmie „Człowiek, który gapił się na kozy” mówi, że przeznaczenie jest jak rzeka. Znajdziesz swoją rzekę, wejdziesz do niej i ona poprowadzi cię dalej. Chociaż nie wiesz, dokąd pójdziesz ani jak długo to będzie trwało, masz świadomość jednego: będzie dobrze. I ja właśnie tak się poczułam w mojej pierwszej podróży. Odnalazłam swoje przeznaczenie, bo pragnęłam tego jak powietrza. Czułam się tak, jakbym przechodziła w inny wymiar, jakby to, co widzę w myślach, stawało się rzeczywistością. I naprawdę się stało.


– Tak sobie wymyśliłaś: będę podróżować, a potem pisać o tym książki?
Beata Pawlikowska:
Nie. Pisanie było we mnie zawsze. Nie myślałam, że to będzie mój zawód. Wiedziałam tylko, że będę to robić, nawet gdybym pracowała w sklepie czy na poczcie. Że wrócę z pracy do domu i siądę do pisania. Pierwszą powieść napisałam w szkole średniej i czytano ją potem na antenie Trójki. Miałam zaledwie 18 lat. To była filozoficzno-magiczna opowieść o Baltazarze, który powraca na Ziemię ze swojej Wyspy. Rozmawia z Nocą i zwierzętami, idzie na wojnę i szuka prawdy. Rety, ale to było dawno (śmiech).

– I co teraz? Planujesz następną podróż?
Beata Pawlikowska:
Piszę. Dbam o siebie. Codziennie chodzę na siłownię, którą urządziłam we własnym domu, żeby nie tracić czasu na dojazdy. Dużo śpię. Zdrowo jem. Czuję się szczęśliwa.

– Z ręką na sercu?
Beata Pawlikowska:
Tak.

– Przysięgnij na Biblię.
Beata Pawlikowska:
Przysięgam, na co chcesz: jestem szczęśliwa.

– Zmieniłabyś coś w swoim życiu, gdybyś mogła?
Beata Pawlikowska:
Nie. Lubię to, kim jestem. Budzę się rano, patrzę w niebo – bo mam pochyłe okna w sypialni – i się uśmiecham. I myślę sobie, że życie jest cudowne. Wczoraj jechałam rowerem i nagle usłyszałam nad głową ptaki. Spojrzałam do góry i zdumiałam się. Czy zastanawiałaś się kiedykolwiek, jak niezwykłymi istotami są ptaki? Potrafią przemieszczać się w powietrzu jak samoloty. To cud! Nie żałuję niczego, co się stało, i nie wybiegam zbyt daleko myślami w przyszłość. Jestem tu i teraz, i cieszę się z tego jak dziecko. Nie zrezygnowałabym też z żadnej mojej podróży, choćby nie wiem jak niebezpiecznej. Nawet z takiej, kiedy było mi naprawdę bardzo ciężko. Kiedyś w górach w Peru dostałam ataku choroby wysokościowej. To śmiertelna choroba, jeśli dojdzie do obrzęku mózgu. Ja też czułam, że to moje ostatnie chwile na ziemi i że jeszcze tej samej nocy pewnie umrę i nigdy nie wrócę do Polski. Zamknęłam oczy i pomyślałam: kurczę, ale miałam superżycie!

– Nie bałaś się?
Beata Pawlikowska:
Nie. A kiedy wyzdrowiałam, miałam jeszcze większą chęć żyć dobrze, w zgodzie ze sobą. I żyć też dla innych. Może dlatego napisałam te wszystkie książki o życiu, w których przyznałam się do anoreksji, samobójstwa i do gwałtu. Bo to nieważne, że było ciężko. To mnie już nie boli. Najważniejsze jest to, że można się wyleczyć, można w siebie uwierzyć, odnaleźć poczucie własnej wartości i żyć mądrze.


– Masz jakąś metodę tej nauki wiary w siebie?
Beata Pawlikowska:
Tak. Nie martwić się na zapas. Cieszyć się tym, co się ma. Po trzecie – nauczyłam się ufać sobie, bo jestem swoim największym przyjacielem. Pamiętam, że spojrzałam kiedyś w lustro i zobaczyłam SIEBIE. Nie kogoś, kim chciałabym być, nie kogoś, kogo widzą we mnie ludzie, tylko siebie. Uśmiechnęłam się, bo z lustra patrzyła na mnie mała dziewczynka. Przestraszona, trochę zagubiona, ale z jakąś dziką nadzieją w oczach. Wtedy przeszyła mnie nieprawdopodobna myśl: to ja jestem odpowiedzialna za wszystko, co dzieje się w moim życiu. To ja muszę zadbać o siebie. Ja muszę zatroszczyć się o to, żebym była szczęśliwa. Koniec z czekaniem na księcia! Koniec z obarczaniem innych ludzi odpowiedzialnością za moje życie. Ja jestem dyrektorem i prezesem tej firmy i tylko ode mnie zależy jej sukces. To było ze 20 lat temu, ale do dzisiaj pamiętam to uczucie. Bo kiedy naprawdę zobaczysz siebie w lustrze, wszystko zaczyna się zmieniać. Także dlatego, że lubiąc siebie, stajesz się życzliwy dla innych, a oni zawsze odpłacają tym samym. Nawet jeśli są uzbrojonymi wojownikami w dżungli. Pamiętam, kiedyś w Amazonii podczas wędrówki zostałam otoczona przez Indian. Wycelowali we mnie strzały posmarowane kurarą. To jest śmiertelna trucizna powodująca paraliż mięśni. Nie wiedziałam, kim są ani jakim mówią językiem. Ani czego chcą. Ale wiesz, co się stało? Popatrzyliśmy na siebie, prosto w oczy. I znaleźliśmy tam wzajemną przyjaźń, cień uśmiechu. Coś dobrego. I to wystarczyło. Wierzę w swojego Anioła Stróża.

– Który ma postać jaguara? Co to znaczy właściwie „córka jaguara”?
Beata Pawlikowska:
To znaczy mieć w sobie tajemnicę. Wierzę, że wszystko ma jakiś sens i nic nie dzieje się bez powodu. I że idę w dobrą stronę, za głosem, który mnie prowadzi. Jakkolwiek go nazwiesz: Jezus, Budda, Mahomet czy Wisznu. To jest dokładnie ta sama siła, emanująca dobrem i równowagą. Im więcej w sobie masz tej pozytywnej energii, tym lepiej.

– Podróże dają Ci taką energię?
Beata Pawlikowska:
Wszystko jest kwestią sposobu patrzenia na świat. Nie trzeba budować murów między sobą a resztą świata, bo ludzie nie są rekinami, które niosą zło i atak. Jeżeli płyniesz przez ocean, wysyłając pozytywne sygnały, to nawet rekiny odpowiedzą dobrem na dobro.

Rozmawiała Krystyna Pytlakowska

Zdjęcia Iza Grzybowska/MAKATA
Stylizacja Pola Madej-Lubera
Asystent stylistki Maciej Budek
Makijaż Paweł Bik/ART DECO
Fryzury Piotr Wasiński
Produkcja Ania Wierzbicka
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/2 lata temu
Bardzo interesujaca osoba, z bogata dusza i czystym intelektem. Musze poczytac jej ksiazki.