Beata Kozidrak fot. AKPA

Beata Kozidrak - Liczy się teraz!

Ma opinię artystki, która zamienia w złoto wszystko, czego się tknie. Tylko nam Beata Kozidrak opowiedziała, czego brakuje jej do szczęścia…
/ 30.03.2012 06:34
Beata Kozidrak fot. AKPA
Jej zespół Bajm zadebiutował w 1978 roku. Cztery lata później pewien dziewięciolatek zobaczył w telewizji teledysk „Co mi, Panie, dasz?” i zauroczył się śpiewającą ten hit brunetką przebraną w pokutny wór (to dopiero była kreacja na miarę kryzysowych czasów!). Dzisiaj dziewięciolatek dobiega czterdziestki, Beata Kozidrak z brunetki stała się blondynką, a zauroczenie zmieniło się w miłą znajomość. Ta powoduje też, że nigdy nie możemy zrobić „profesjonalnego” wywiadu. Ostatni raz widzieliśmy się sześć lat temu, kiedy Beata wydała solową płytę. – Musisz wydawać te albumy częściej, bo jeśli na kolejny przyjdzie czekać tyle co na ten nowy, to na wywiad przyjdę chyba z wnukami – witam artystkę. Nie wiem, jak ona to robi, ale liderka Bajmu sprawia wrażenie kobiety, która magicznie zatrzymała czas. Nadal ma ten sam ognisty temperament i urodę co w latach 90. No i rewelacyjną figurę! Bez trudu można uwierzyć Beacie, gdy ta śmieje się, że wciąż wymienia się ciuchami ze swoimi córkami. Zresztą od tego tematu rozpoczynamy rozmowę...

- Miałem się z tobą spotkać jakiś czas temu, po sensacyjnej wiadomości, że twoja córka Agata chce zostać projektantką…
Beata Kozidrak:
  A co w tym sensacyjnego?!

- Jak to co? W tym samym czasie za oceanem na taki sam pomysł wpadła córka Madonny Lourdes. Porównania nasuwają się same…
Beata Kozidrak:
Myślę, że jeśli mogę być porównywana do Madonny, to tylko dlatego, że występujemy już od wielu lat, nasza muzyka trafia do kolejnych pokoleń fanów, wylansowałyśmy wiele przebojów – ona na całym świecie, ja z Bajmem tutaj,
w Polsce – ale na tym podobieństwa się kończą. Ona działa w zupełnie innej rzeczywistości, ma do dyspozycji najlepszych fachowców i od produkcji muzyki, i od marketingu. U nas praca z profesjonalistami jest komfortem.

- Wrócimy jeszcze do tego, ale na razie chciałbym jednak zostać przy wątku dzieci. Kiedy patrzysz na swoje córki, zapala ci się w głowie czerwone światełko, że pora przekazać pałeczkę młodszemu pokoleniu?
Beata Kozidrak:
Przestrzeń muzyczna jest otwarta i dla młodszych, i dla starszych. W innych krajach jest tak, że artyści z wiekiem zyskują na wartości. Dopóki więc na koncerty Bajmu będą przychodziły tysiące fanów, a mnie samą cieszyć będzie to, co robię, nie zacznę się zastanawiać, czy pora skończyć karierę. Zresztą… rząd podniósł wiek emerytalny (śmiech).

- Masz wpływ na te decyzje swoich córek, które dotyczą wyboru zawodu?
Beata Kozidrak:
Nie. I uważam, że rodzice nie powinni się w to wtrącać. Zasugerować coś delikatnie, naprowadzić - tak. Ale na pewno niczego nie nakazywać, bo to z reguły przynosi kiepski efekt. Jeśli się czegoś dziecku zakaże, stanie się to dla niego pokusą. Jeżeli będzie się je na siłę do czegoś pchało, to dziecko i tak zrobi wszystko, aby wybrać swoją drogę.

Jak Beata Kozidrak dba o formę? Czytaj dalej...


- Ale Kasia poszła twoją drogą.
Beata Kozidrak:
Nie miałam na to wpływu. Nie było jednak dla mnie zaskoczeniem, że Kasia zainteresowała się muzyką, bo odkąd skończyła dwa latka, jeździła z nami na koncerty. To było dla niej naturalne środowisko – tu miała „ciocię”, która śpiewała, tam „wujka”, którego widziała w telewizji, a potem spotykała na festiwalach. Brała udział w naszych rozmowach o płytach i koncertach, bo przecież zawód muzyka to nie jest fucha, którą kończysz o godzinie 17, wracasz do domu i zajmujesz się czymś innym. Żyjesz tym całą dobę, zwłaszcza jeśli jest to twoja życiowa pasja. A i dla mnie, i dla Andrzeja tak właśnie jest. Kiedy więc Kasia oświadczyła, ze też chce związać się z muzyką, było to dla mnie oczywistością. Myślę nawet, że gdyby powiedziała, że chce zdawać na prawo albo medycynę, to dopiero zrobiłabym duże oczy z wrażenia!

- Agata nie zamierza jednak robić wam konkurencji i zamiast mikrofonu wybrała szkicownik i nożyczki.
Beata Kozidrak:
Od zawsze pasjonowała się modą. Nie chcę jej chwalić, ale przeszła nawet specjalistyczny kurs i ponoć jest niezła.

- Będziesz jej pomagać?
Beata Kozidrak: Myślę, że da sobie radę sama, ale zawsze może liczyć, tak jak Kasia, na naszą pomoc.

- A założysz ciuchy z metką „zaprojektowała Agata Pietras”?
Beata Kozidrak:
Jeśli tylko przypadną mi do gustu (śmiech). A mówiąc serio, jestem spokojna o Agatę, bo widzę, jak pięknie realizuje swoje pasje. Ma znakomity gust, także muzyczny. Wiele płyt, które ona już „przerobiła”, odkrywam po niej…

- Ale i tak jesteś na czasie! Ostatnio przeczytałem, że słuchasz Coldplay, Kings of Leon, nowego The Living Colour... Jak ważne w twoim zawodzie jest trzymanie ręki na pulsie?
Beata Kozidrak:
Jesteś dziennikarzem muzycznym, więc wiesz, że chyba wszystkie melodie już dawno wymyślono. Współczesne produkcje koncentrują się na nowych rozwiązaniach technicznych. Kings of Leon prochu nie wymyślają, ale ich muzyka jest nagrana w taki sposób, że brzmi świeżo, inaczej. Właśnie ze względu na technikę. To ostatnio także i moje hobby.

- Nową płytę nagrywałaś długo, ale w tym czasie i tak nie próżnowałaś, bo nadal potrafisz dać rocznie mnóstwo koncertów. Skąd czerpiesz na to siłę?
Beata Kozidrak:
Paradoksalnie to właśnie koncerty dają mi najwięcej energii. Napędza mnie moment, kiedy jestem na scenie. To moje środowisko naturalne!

- Ale nie oszukujmy się, czas leci i power się traci. Gwiazdy radzą sobie z tym w różny sposób. Jak jest z tobą? Masz trenera, w domu siłownię… Jak dbasz o formę?
Beata Kozidrak:
No właśnie nie dbam!

- Nie żartuj! Ja poszaleję na waszym koncercie, a potem kręgosłup mi pika i strzyka…
Beata Kozidrak:
Spokojnie, mnie również! Tyle że w trakcie koncertu tego nie czuję. Dopiero po dwóch, trzech dniach łapię się na tym, że coś mnie pobolewa. Zaczynam się zastanawiać, o co chodzi, i wtedy dopiero olśnienie: „No tak, wariatko, przecież miałaś koncert. Trzeba było tak nie szaleć!”. Ale w czasie koncertu się o tym nie myśli. To jest żywioł! I rewelacyjny przepływ energii między mną a fanami.

- Skoro już jesteśmy przy fanach
Beata Kozidrak:
w dzisiejszych czasach gwiazdy mają profile na Facebooku, prowadzą blogi, piszą na Twitterze, publikują zdjęcia, które zrobiły komórką.

Dlaczego Beata Kozidrak ucieka za granicę? Czytaj dalej...


- Ty jednak tego unikasz. Dlaczego?
Beata Kozidrak:
Proste – nie mam na to czasu. Albo zajmujesz się muzyką, albo masz czas na wszystko dokoła. Dla mnie nagranie płyty to najlepszy kontakt z fanami. Jeśli ktoś chce mnie poznać, może przesłuchać album, wsłuchać się w dźwięki, przeanalizować teksty, a nie czytać na Facebooku, jak mi smakowało śniadanie i co kupiłam w sklepie. Podobnie jest z udziałem w programach telewizyjnych. Już kilka razy przeczytałam, że w jakimś wystąpię. Żeby jeszcze ktoś mi wytłumaczył, kiedy znalazłabym na to czas! Wolę spotykać się z ludźmi na koncertach.

- Rozumiem, że telewizyjne shows odpadają. Kilka lat temu fani zasypywali cię listami…
Beata Kozidrak:
Nadal tak jest! A do tego doszły e-maile. Teraz jednak znalazłam dla nich zastosowanie. Niebawem ukaże się książka o Bajmie. Każdy rozdział będzie się kończył korespondencją od fanów.

- Masz swoje archiwum? Miejsce, gdzie przechowujesz stare kostiumy, listy, prezenty od fanów, płyty?
Beata Kozidrak:
Nie. Musiałabym mieć chyba na to drugą posiadłość, bo przecież przez lata nazbierałoby się tego mnóstwo! A ja należę do osób, które nie żyją przeszłością. Wiem, że nasi młodsi fani mają sporo zabawy, kiedy odgrzebują nasze stare kawałki i występy na różnych imprezach. Wrzucają to potem na YouTube, na który zresztą staram się nie wchodzić, bo najchętniej zaraz bym to wszystko skasowała. Dla mnie liczy się teraz.

- Twój dom to – zgodnie z angielskim porzekadłem – twój zamek?
Beata Kozidrak:
Na pewno. Muszę mieć miejsce, gdzie odreaguję stres, a czasem po prostu się wyciszę. Kiedy jestem w trasie koncertowej, non stop przebywam z ludźmi i mam świadomość, że jestem obserwowana. Każdy mój ruch, uśmiech, grymas… Wszystko w każdej chwili może być uwiecznione. To taki symbol czasów: kiedyś na koncerty fani przynosili zapalniczki, żeby zaświecić nimi w czasie ballad, a teraz wita cię tysiąc światełek aparatów fotograficznych. Wiem, że takie są czasy, ale z roku na rok czuję się tym coraz bardziej zmęczona.

- I dlatego też częściej niż kiedyś uciekasz za granicę?
Beata Kozidrak:
Też. Ale nie tylko dlatego. W Hiszpanii, bo tam mam dom, znajduję to, co lubię. Tam zawsze jest optymistycznie, na luzie i przede wszystkim ciepło, bo kupiliśmy posiadłość w miejscu, gdzie nigdy nie pada śnieg. Tam nawet największe problemy tracą trochę na znaczeniu. Szybciej się tam pozbywam złych emocji i ładuję pozytywną energią. Decyzja o zakupie domu w tym miejscu była jedną z najlepszych w moim życiu.

- Podobnie jak o zakupie posiadłości na Florydzie i w RPA?
Beata Kozidrak:
Oraz w Hondurasie, Honolulu i Peru, ale w Peru to tylko taką małą chatkę – 500 metrów! (śmiech)

- A tak serio?
Beata Kozidrak:
A tak na serio zamierzam inwestować w nieruchomości w Hiszpanii i tylko to mnie interesuje.

- No widzisz, a legendy krążą…
Beata Kozidrak:
Wiem. Gorzej, kiedy zaczyna w nie wierzyć nawet moja dalsza rodzina. Spotykamy się i nagle dowiaduję się o sobie niestworzonych rzeczy. A kiedy mówię, że to plotki, słyszę: „Ale przecież cała prasa o tym pisała!”. I co ja mam wtedy zrobić? Prasa napisała, no to przecież musi być prawda! Takie czasy… Od dawna z tym nie walczę. Niech sobie piszą, co chcą. Prawda i tak wcześniej czy później wypłynie na wierzch.

- A sama czasem zaglądasz do internetu, co tam znowu o tobie napisali?
Beata Kozidrak:
Nie mam na to czasu. O, widzisz, teraz też już muszę lecieć!

- To co? Do zobaczenia za kolejnych sześć lat?!
Beata Kozidrak:
Może tym razem spotkamy się wcześniej...?  
   
Rozmawiał Aleksander Rogoziński