Bartosz Opania

Kobiety zachwycają się jego urodą, ale on amantem bywa tylko na scenie. Jest kochającym mężem i ojcem czwórki dzieci.
/ 08.12.2006 14:17
Ma czarne oczy, pociągłą twarz, smukłą sylwetkę. To spojrzenie XIX-wieczna literatura opisywała jako „pałające”, „pełne żaru i ognia skrywanej namiętności”. Strój pozornie niedbały; dżinsy mają świetny fason, sportowa bluza też markowa.
Podoba się kobietom. Jego wizyta w kawiarni Literacka zelektryzowała damską część obsługi. Kto by pomyślał, że jest odpowiedzialnym ojcem czwórki dzieci. Najstarszy jest nastoletni Filip z pierwszego związku. Ze spokojną, cierpliwą Agnieszką ma Jakuba, Julię i Maksymiliana, który urodził się pod koniec sierpnia tego roku („Już dawno straciłam cierpliwość”, śmieje się Agnieszka).
Iskry idą, oczy mu płoną, język się wyostrza, gdy mówi o polityce i politykach.

Liliana Śnieg-Czaplewska: – Panie Bartku, co się z Panem stało? Pali Pan jednego papierosa za drugim. A wydawał mi się Pan pozbawiony wad i uzależnień.
Bartosz Opania: Pochlebia mi pani bardzo, ale zapewniam, że jest całkiem odwrotnie. Kiedy pracuję, palę do dwóch paczek dziennie.

– To straszne. A zęby, a cera?
Onieśmiela mnie pani. Tak blisko już nie będziemy wchodzić w kompromitujące detale.

– Jak tu nie wchodzić? Przecież dla zawodowego aktora jego ciało to też warsztat pracy.
No właśnie, moje ciało przypomina dosyć nieuporządkowany warsztat (śmiech). Dopóki nie zacząłem grać w serialu, nie postrzegałem siebie w kategoriach zawodowca. Wcześniej było w tym więcej amatorskiej radosnej pasji, jak ja ją określam, niż profesjonalnego podejścia.

– To oryginalne podejście, bo wielu Pana kolegów uważa całkiem na odwrót. To ambitne dzieła czynią z nich aktorów, serial jest jedynie źródłem stałych dochodów.
Ależ o tym właśnie mówię! Serial rządzi się twardymi prawami, określonym tempem pracy. To choćby konieczność szybkiego uczenia się dużych partii tekstu na pamięć, a ja z tym zawsze miałem olbrzymi kłopot. Zauważyłem tylko, że im lepszy tekst, tym łatwiej się go nauczyć. Dlatego udział w ambitnych przedsięwzięciach jest prostszy, bardziej inspirujący… No i pozwala na bycie „spontanicznym amatorem”.

– Wymaga też poświęceń. Miał Pan wtedy jasną czuprynę z blond pasemkami…
…Żadne poświęcenie dać sobie ufarbować włosy, żeby wyglądały na rozjaśnione przez słońce. To była pozostałość po filmie „Statyści”, do którego kręciliśmy zdjęcia w Chinach.

– Jakie wrażenia z Kraju Środka?
Chiny były moim odwiecznym marzeniem. Mitycznym słońcem, do którego chciałem dotrzeć. Zderzenie marzeń z rzeczywistością bywa ryzykowne, ale tym razem było super. Czuję, że tam wrócę.

– Chiny są ostatnio modne wśród polskich filmowców. Tam też nakręcono film o polsko-chińskiej miłości (z Michałem Żebrowskim).
U nas jest to miłość polsko-polska. W tym filmie partneruję Kindze Preis, która na użytek filmu nauczyła się perfekcyjnie mówić w dialekcie mandaryńskim.

– W polskich filmach brakuje pięknych, prawdziwych scen miłosnych. Jak będzie tym razem?
Rozczaruję panią, scenariusz ich nie przewidział. Nie wiem, co ma pani na myśli, mówiąc „prawdziwych”. Zapewniam panią, że te piękne sceny, o ile mi wiadomo, są zazwyczaj udawane.

– Ale ja się pytam, czy w tej jednej stanął Pan na wysokości zadania?
Nie mam pojęcia! (Śmiech). Poza wątkiem miłosnym jest to opowieść o Chińczykach, którzy kręcą film w Polsce, w Koninie, gdzie zresztą faktycznie pracowaliśmy. Cała nasza ekipa przez dwa miesiące mieszkała w Licheniu.


– Jak rodzina znosi Pana długie pobyty poza domem?
Mogę mówić wyłącznie o sobie i swoich odczuciach. Prawdą jest, że zawsze mi ciężko, gdy nie uczestniczę w codzienności moich bliskich. Być ze mną nie mogą, bo chłopcy chodzą do szkoły, najmłodsza córka jest w wieku mocno przed „przedprzedszkolnym”.

– Przemijanie Pana boli? Już Pan nie zagra Romea.
Nigdy nie chciałem zagrać Romea, ani nawet Hamleta. Ten ostatni nie dla mnie, bo nie udźwignąłbym (kpiący uśmiech). A tak ļ propos, w wieku 24 lat zagrałem 16-latka Artura Rimbaud. Potem, mając lat 20, grałem 40-latków. U aktorów takie „przesunięcia” to kwestia wyobraźni, bo nadal twierdzę, że najważniejszym narzędziem pracy jest wyobraźnia. Niestety, odnoszę wrażenie, że reżyserom i producentom właśnie jej często brakuje. Nie biorą pod uwagę, że dobry aktor potrafi się zmienić do roli, ponieważ, u licha, nie będzie grał siebie, tylko określoną postać. Gdyby Al Pacino pracował w Polsce, nigdy po filmie „Strach na wróble” nie zagrałby „Ojca chrzestnego”, bo nikomu nie przyszłoby do głowy, że po roli kloszarda mógłby tak genialnie zagrać gangstera. A nas... Jak cię wrzucą na początku w jedno płytkie korytko, tak zostaniesz do końca.

– Największy aktor wszech czasów?
Marlon Brando. Marzyłem, żeby być jak Marlon Brando. To dla mnie największy aktor filmowy.

– Miał straszne życie.
Wielu cywili, ludzi różnych zawodów, ma dramatyczne przeżycia za sobą. Ja rozdzielam te sfery: życie prywatne i to, co wniósł do kanonu kina światowego.

– Aktorki?
Anna Magnani, a z polskich Jadwiga Jankowska-Cieślak. Wyprzedziła swoje pokolenie. Bo wnosi się coś nowego wtedy, kiedy ma się siłę buntować wobec istniejącego stanu rzeczy. Na przykład w filmie aktor musi się dostosować do reguł pozycji kamerowych, ale ja zawsze zauważam aktorów, którzy się z tych reguł wyłamują.

– Pan też się wyłamuje?
Trochę, ale niespecjalnie, i to raczej dlatego, że jest mi trudno opanować ABC filmowego warsztatu aktorskiego. To dochodzenie do światła, patrzenie w nie, kłamanie przed kamerą, że się patrzy na partnerkę, a jej tam nie ma. Zbliżenia trzeba grać, stosując minimum ruchu. Ja się buntuję: „Dlaczego nie mogę wyjść na zbliżeniu z kadru i wrócić?” I są tacy reżyserzy i operatorzy, którzy na to idą. Wtedy praca jest fantastyczna, a ja czuję się wolny. W „Całkowitym zaćmieniu” reżyser i operator powiedzieli mi: „Rób, co chcesz, jak chcesz”. I wyszło fantastycznie, choć mogło być fiasko. Dlatego nigdy siebie nie oglądam na małym ani dużym ekranie. Nigdy.


– Nawet w serialu? Dlaczego?
Nie lubię się denerwować.

– Ale to mogłoby być pouczające.
W wieku 35 lat? Proszę pani! Do tej pory nie mogłem oglądać swoich ról, bo nie mogłem się od nich uwolnić. Cierpienie potworne. Trzy–cztery lata mijają, a człowiek wciąż analizuje, dlaczego tak, a nie inaczej zagrał, a przecież mógł zupełnie inaczej. Więc siłą rzeczy narzuciłem sobie inne postępowanie. Gdybym co niedziela zaczął siebie oglądać jako doktora Latoszka, zwariowałbym.

– A propos doktora Latoszka. Trudno się było Panu wdrożyć do roli lekarza pracującego w szpitalu?
Na początku bywały pewne wątpliwości. Na szczęście mamy na planie znakomitych konsultantów medycznych, którzy wszystko pokażą i wyjaśnią. Jeżeli jednak już o to pani pyta, to moja mama, lekarz bakteriolog, wiele lat pracowała w szpitalu dziecięcym przy Niekłańskiej, jako szef laboratorium. Poznałem tam wybitnych fachowców, którzy traktują swój zawód jak misję.

– Szorstki ten Pana doktor Latoszek.
Nie wszyscy mogą być aniołami. Może złagodnieje, jeśli tak mu każą scenarzyści.

– Lubi Pan swoją postać?
Nie patrzę na nią w kategoriach sympatii czy antypatii. Są lepsze i gorsze odcinki. To jest praca. Staram się być rzetelny, uczciwie ją wykonywać, niezależnie, czy mam na to specjalną ochotę, czy nie.

– Przed laty wyznał mi Pan kategorycznie, że gardzi „tanią popularnością”, a serial ją przecież daje.
Kiedy ja ją niespecjalnie zauważam ani nie odczuwam potrzeby zauważania. Gdyby mi coś ciążyło, na pewno bym o tym powiedział.

– Co może ciążyć?
Fakt, że aktor zagrał wiele ról, a kojarzony jest z jedną. Wtedy trzeba nabrać do tego zjawiska właściwego dystansu. I nie traktować go śmiertelnie poważnie. Zresztą, co w naszym pięknym kraju można traktować śmiertelnie poważnie? Nabieram powoli dystansu do siebie, choć zdarza mi się czasami tracić poczucie humoru.

– Przed kilkoma laty miał Pan prawdziwie złotą passę, grając wielkie role w ambitnych przedsięwzięciach, głównie w Teatrze Telewizji.
Mogłem sobie pozwolić na wybieranie, a nie łapanie każdej propozycji. To fantastyczne uczucie móc doświadczyć takiej hojności aktorskiego losu i dzięki niej rozsmakować się w zawodzie. Nawet jeśli po latach pozostają z tego trzy, cztery role, które człowiek ceni.

– Wydawał mi się Pan wtedy człowiekiem zbuntowanym, niepokornym, do którego praca w telenoweli za diabła nie pasuje.
Moim nieskromnym zdaniem jakość polskich filmów obecnie nie jest znacznie wyższa niż polskich seriali. Sytuacja wygląda tak, że kilka osób umawia się, że coś jest wybitne, a to jest zaledwie poprawne. Życie zmusza nas do kompromisów. Ja się nigdy nie zarzekałem ani nie wyrzekałem nie tylko pracy w serialu, ale i w jakiejkolwiek innej formie. Jest jeden warunek: to musi być ciekawa, w miarę ciekawa propozycja.

– Trzeba utrzymać rodzinę i czworo dzieci?
Jestem odpowiedzialny, przynajmniej staram się. W tym wieku już trzeba. Nie będę się nad tym rozwodzić, bo to każdy wie.


– Proste, chociaż nie najłatwiejsze.
Górnik nie musi być szczęśliwy, że kopie węgiel. Kiedy jest mi ciężko, jestem bardzo zmęczony, znużony, rozczarowany moją pracą, wtedy zastanawiam się, czy byłbym bardziej szczęśliwy, zjeżdżając dzień w dzień do kopalni na 6.00 rano.

– I co?
I od razu mi się poprawia humor. Trochę i na krótko, ale zawsze coś.

– Ceni Pan sobie inteligencką szansę pospania dłużej?
Kto by nie cenił, ale aktor często wstaje na plan o 5.30, bo trzeba łapać światło, bo jest duża liczba scen do zrobienia i trzeba zacząć jak najwcześniej. Wtedy nie da się pospać.

– Opania, syn Opani. Bartosz, syn Mariana. Jakie miał Pan dzieciństwo w teatralnym domu?
Myślę, że normalne, prócz tego, że dorastałem w komunistycznej Polsce, która była nienormalna. W wieku 12 lat planowałem desant na Kreml, budowałem samolot z części znalezionych na śmietniku, żeby uciec do USA.

– Tata ogląda syna w popularnym serialu telewizyjnym?
Nie sądzę, by mu się chciało. Jeżeli idzie w telewizji coś z życia „pozaserialowego”, to oczywiście dzwoni i rozmawiamy. Jesteśmy w bardzo bliskich stosunkach. Doświadczyłem wielokrotnie, że zawsze mogę liczyć na pomoc rodziców, wydobywali mnie już z niejednej opresji.

– A czy coś powoduje burze?
Myślę, że jeśli, to nasze temperamenty, choć ojciec jest osobą dość zamkniętą – wbrew wrażeniu, jakie sprawia.


– Do swoich problemów przyznawał się przed laty dość otwarcie.
Ale ja nie jestem upoważniony, aby o nich mówić. Dla mnie jest pozamykany. Nigdy też specjalnie nie wprowadzał mnie w arkana tego zawodu. Uczył mnie, ale… w przelocie. Bo praca nad rolą jest intymnym zajęciem. W tak zwanym akcie twórczym każdy jest sam. Śmiem twierdzić, że ja bym takiego natłoku zajęć nie wytrzymał. Oprócz spektakli w teatrze, tata jeździ po Polsce z bardzo ambitnym recitalem. Śpiewa piosenki Wysockiego, Brela, recytuje monologi rosyjskie. Kilka razy byłem z nim „gdzieś w Polsce” i patrzyłem z zachwytem, jak występując dla przeróżnej publiczności, recytując teksty z najwyższej półki, nie schodzi poniżej, trzyma poprzeczkę… Nic łatwego go nie obchodzi, a taka postawa wymaga wielkiej siły, bo ludzie są dzisiaj przyzwyczajeni do łatwizny.

– Co Pan robi, jak Pan nic nie robi?
Dawno nie miałem wolnego. Mam to szczęście, że dzielę pasję z moimi synami. Ze starszym gramy razem na gitarach, chociaż już dawno zostawił mnie w tyle. Młodszemu zaszczepiłem fascynację Bruce’em Lee i ćwiczymy sztuki walki – ja w jego wieku nie umiałem tak dużo. Córeczka Julia, która do niedawna była najmłodsza, mówi na razie: „Tata, nie”, ale to się zmieni. Maksymilian jeszcze nic nie mówi.
Aktorstwo jest tylko jedną z pasji, którą chciałem w życiu robić. Dużo się w mojej głowie dzieje; wymyślamy coś z moim przyjacielem Wojtkiem Kalarusem, ale potem realizujemy to zaledwie w dwóch procentach. Ale dzieje się dużo, bo uważam, że pomysł jest najważniejszy. Na rolę, scenariusz, utwór. Gdyby ktoś kazał mi coś skomponować na zamówienie i na termin, przestałoby mnie to interesować. Z lenistwa nie zmieniam zawodu.

– A na serio?
Oglądam TVN24, czytam mnóstwo gazet społeczno-politycznych i dyskutuję o polityce z każdym, kto wpadnie mi w ręce.

Rozmawiała Liliana Śnieg-Czaplewska/ Viva!
Zdjęcia Krzysztof Opaliński/Melon
Stylizacja Iza Wójcik
Podziękowania dla Teatru AtenEUm, ul. Jaracza 2, Warszawa www.teatrateneum.pl za pomoc przy realizacji sesji.
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (6)
/01.01.2007 22:39
kwintesencja mężczyzny-szorstka powierzchowność przykrywa wewnętrzne ciepło,wrażliwość, delikatność. a przy tym mądry już życiowo facet.
/01.01.2007 22:38
kwintesencja mężczyzny-szorstka powierzchowność przykrywa wewnętrzne ciepło,wrażliwość, delikatność. a przy tym mądry już życiowo facet.
/01.01.2007 22:37
kwintesencja mężczyzny-szorstka powierzchowność przykrywa wewnętrzne ciepło,wrażliwość, delikatność. a przy tym mądry już życiowo facet.
POKAŻ KOMENTARZE (3)