Arkadiusz Janiczek

Potwór w "Placu Zbawiciela", ucieleśnienie łagodności w "Złotopolskich", nerwus w prawdziwym życiu.
Potwór w "Placu Zbawiciela", ucieleśnienie łagodności w "Złotopolskich", nerwus w prawdziwym życiu. Aktor za chwilę zostanie ojcem, a jego niespokojne serce zostało usidlone na wieki. Jak z mężczyzny zrobić baranka? Czy trzeba sięgać po metody jak z filmów szpiegowskich? Ania, świeżo poślubiona żona Arka, zdradza takie sposoby, że drżyjcie, panowie, jeśli przeczytają o nich wasze żony…

Odwzajemniona miłość, dziecko w drodze, kariera... Musicie być bardzo szczęśliwi...
Ania: Nie mamy czasu cieszyć się naszym szczęściem, bo zajmujemy się remontem i urządzaniem mieszkania. Moje koleżanki, które są w ciąży, odpoczywają. Ja biegam i załatwiam setki rzeczy. Nie ma czasu pomyśleć, że za moment będzie z nami dziecko.

– A Ty, Arku, jak przechodzisz ciążę?
Arek: Trochę mniej krzyczę... (śmiech). Bo wiesz, ja raczej nerwus jestem, choć może nie widać.
Ania: On przy ludziach jest krainą łagodności, tylko przy najbliższych wybucha. W gościach milczący, na pytania odpowiada, że będzie tak, jak ja chcę. Uśmiecha się. A w domu – choleryk.
Arek: To prawda. Wyładowuję się nagle. Każdy musi się wyładować. Ci, którzy tego nie robią, prędzej czy później pękną.

– A nie możesz iść na siłownię, żeby się wyładować?
Arek: Kiedy nie mam czasu... Pracuję kilkanaście godzin na dobę. Gram w teatrze Polonia, w "Miłości na Krymie" w Narodowym i w "Złotopolskich". Zwariować można. Wszyscy ci bohaterowie we mnie żyją. Dlatego wybucham.

– Szkoda, że teraz tyle pracujesz. Omija Cię ważny czas w Waszym związku.
Arek: W nocy jestem w domu.
Ania: Dobrze, że na ślub się stawił. I pomógł załatwić kilka urzędowych spraw. Byliśmy w tym sami, bo nikt nie mógł nas odciążyć. A ja nie mogę urywać się z pracy.

– Czym się zajmujesz?
Ania: Pracuję w banku. Tak, wiem, że jesteśmy z pozoru z dwóch różnych światów. Można powiedzieć, że poza tym, że pochodzimy z Opola, nie łączy nas wiele...

– Dziecko, przypominam. A tak na serio – dlaczego jesteście razem? Przez Opole?
Arek: Nie. Zresztą i tak nie bawiłbym się z Anią na placu zabaw, bo jest dziewięć lat młodsza.
Ania: Poznaliśmy się trzy lata temu, na imieninach kolegi. Arek wtedy rzadko przyjeżdżał do Opola. Potem bywał częściej...
Arek: Tak, tak, ale najpierw ty musiałaś zakończyć swoje sprawy. Ania miała chłopaka. Kiedy rozstała się z nim, odezwałem się do niej i tak już zostało.


– Przeniosłaś się do narzeczonego do stolicy?
Ania: Nie od razu. Najpierw chciałam skończyć studia. Potem znalazłam praktyki w banku w Warszawie. Na początku przyjechałam na wakacje. To był trochę test bycia codziennie razem. Potem na kolejny rok akademicki wróciłam do Opola, a Arek przyjeżdżał do mnie. Potrafił całą noc jechać, aby pobyć ze mną kilkanaście godzin.

– Ile to już trwa? Ta miłość?
Ania: Trzy lata. Od roku mieszkamy razem w Warszawie. W styczniu wzięliśmy ślub.

– Arek, w Twojej branży rzadko słyszymy o ślubach. Dlaczego zdecydowałeś się zalegalizować związek?
Arek: To było dla mnie oczywiste. Zamierzałem poślubić Anię, ale wciąż nie miałem czasu. Kiedy okazało się, że będziemy mieć dziecko, poczułem, że to najlepszy moment. W tydzień załatwiliśmy wszystkie formalności, łącznie z zamianą mieszkania na większe.
Ania: Ja też wiedziałam, że kiedyś weźmiemy ślub, że wszystko zmierza w tę stronę. Dziecko jedynie przyspieszyło naszą decyzję.

– A ja pytam właśnie o tę decyzję, o ślub. Czemu nie na kocią łapę?
Arek: To kwestia wiary. A także odpowiedzialności za dane przed ludźmi i Bogiem słowo. Potrzebowałem oświadczyć przed wszystkimi, że to jest moja żona. To jest kobieta, jakiej szukałem.

– Odpowiedzialność i odwaga równa się męskość.
Arek: Śmiejesz się? A ja ci na poważnie mówię, że tak właśnie jest. Poślubienie kobiety jest jednym z nielicznych męskich gestów, jakie nam zostały.

– Wcale się nie śmieję. To wzruszające. A kiedy mówisz: "Oto moja żona", to myślisz czasem, dlaczego właśnie ona?
Arek: Ania po prostu pasuje do mojego świata. Z tym bankiem i całkiem innym charakterem. Ona ma wspaniały dystans do wszystkiego. Jestem wybuchowy, ale dzięki niej staję się spokojniejszy.

– Jesteś, Aniu, piorunochronem…
Arek: Tak. Poza tym mam wielką potrzebę, by troszczyć się o moją żonę. Tak mnie wychowano. Mężczyzna ma mieć honor. Ma okazywać swoją wielkość także w pokorze. Moi rodzice byli szczególnie wyczuleni na godne załatwianie spraw do końca. Jeśli dowiedzieli się, że coś przeskrobałem i nie przeprosiłem, to zawracali mnie z drogi i kazali zamknąć tę sytuację we właściwy sposób.

Aniu, Ciebie też tak przeprasza?
Ania: Bardzo szybko. Potem jest bardzo miły i zapomina, że coś się stało. Jest zaledwie kilka osób, które znają go naprawdę. Na przykład jego mama. Ona mi współczuje, że z nim wytrzymuję.

– To znaczy, że masz fajny kontakt z teściową. Zwykle matki synów uważają, że ich ukochani chłopcy są cudowni.
Ania: Mama Arka jest mądrą kobietą.

– Jesteście bardzo różni. A co Was łączy?
Arek: Dziecko. I pies (śmiech).
Ania: I miłość. Naprawdę świetnie się uzupełniamy. Ja wracam o 17.00 z mojego uporządkowanego świata i stykam się z totalnym zamieszaniem w domu.
Arek: Mam ostatnio tyle pracy, gram prawie codziennie, że Ania z braku zajęć zaczęła robić drugie studia.
Ania: Chciałam wykorzystać czas do porodu, bo potem pewnie już nic nie zdążę zrobić. Dlatego poszłam na podyplomowe studia. Public relations.


– Ambitna kobieta. Ale poważnie – oprócz dziecka, psa i wspomnień, trzeba chyba mieć wspólną hierarchię wartości...
Ania: Wspólnym mianownikiem jest wiara. Naprawdę ujęło mnie podejście Arka do religii. Nie sądziłam, że w tym zabieganiu i roztrzepaniu może mieć czas na cotygodniową wizytę w kościele. A co jeszcze ważniejsze, naprawdę stara się żyć według dekalogu.
Arek: Wspólnym rdzeniem jest nasze pochodzenie. Ania jest moją pierwszą i ostatnią dziewczyną, której nie musiałem tłumaczyć, jacy są ludzie w moich stronach. Ona wie, skąd się wziąłem.

– Twoi rodzice, Aniu, byli zadowoleni, że związałaś się z aktorem?
Ania: Tata zapytał tylko: "Jakim aktorem?". Boczył się do momentu poznania Arka, od tego czasu uwielbiają się.
Arek: Tata Ani bardzo nam pomaga, ostatnio przyjechał i remontował nam mieszkanie. Poza tym to ja jestem największym smakoszem jego wina.
Ania: Arek spędza z moim tatą więcej czasu niż ze swoim. Mają podobne poglądy.
Arek: Mój tata całe życie podróżował po Polsce. Zaopatrywał elektrownię w skomplikowane części. Przyzwyczaiłem się, że mam ojca na telefon. Ukształtowałem się sam, choć dałem się namówić na ukończenie tej samej szkoły, co tata i wujek – technikum mechanicznego. I nie żałuję. Szczęśliwie na dalszym etapie rodzice nie wnikali w moje wybory.

– Z pomp i rur trafiłeś na scenę... Trochę daleko odbiegłeś.
Arek: Występowałem w kabaretach już w podstawówce i wiedziałem, że interesuje mnie scena. Kiedy przyszedł czas matur, przypomniałem sobie o moim dawnym marzeniu i byłem pewien, że powinienem spróbować.

– Zagrałeś bardzo mocną rolę w "Placu Zbawiciela". Byłeś w tym filmie okrutnym facetem. Aniu, jak Ty to zniosłaś?
Ania: Ta rola wywoływała mój niepokój. Arek przygotowywał się, wchodził w tę okropną postać.
Arek: Jowita Budnik, która grała w "Placu Zbawiciela" moją żonę, opowiadała, że po zdjęciach budziła się w nocy i patrzyła z ulgą na swego męża, że to nie jest ten potwór Janiczek.

– Przynosiłeś tę rolę do domu?
Arek: Czasem czułem, że mi się trochę miesza. Chodziłem z planu zdjęciowego na piechotę do domu, z Mokotowa na Wolę, żeby to ze mnie zeszło.

– Mówi się, że każdy z nas nosi w sobie wszystkie możliwe role, charaktery. Aktor jest tym, który potrafi je w sobie znaleźć…
Ania: Czasami, kiedy się o coś spieramy, widzę pewne przebłyski z tamtej postaci... Arek, w sensie ekspresji uczuć, jest podobny do tamtego faceta.
Arek: Na moje wrzaski Ania znalazła straszną, ale skuteczną metodę. Zaczęła mnie nagrywać. Kiedy odtworzyła mi te nagrania, byłem zdruzgotany.

– Przyparty do muru, jak z ciążą...
Arek: Tak, tak, ale to tylko moja wina, że zwlekałem ze ślubem, aż Ania zaszła w ciążę. To nic nie zmieniło w uczuciach, ale faktycznie, gdyby nie to, może pobralibyśmy się za dwa–trzy lata...

– Ale oświadczyłeś się romantycznie?
Ania: Ojoj, bardzo.
Arek: Nie byłbym sobą, gdybym nie zrobił jakiegoś numeru. Oświadczyłem się w Centrum Janki. W sklepie jubilerskim.

– Ale podczas zdobywania względów Ani byłeś chyba bardziej konwencjonalny?
Ania: Zdobywał mnie konfiturami, przyjeżdżał z Warszawy o drugiej w nocy i przywoził za każdym razem inne smaki.
Arek: Byłem zmęczony tymi podróżami i nie miałem sił na bardziej wyrafinowane zdobywanie. Tylko te konfitury mi zostały. Dobrze, że mnie przyjęła. Naprawdę, dobrze, że przyjęła.

Rozmawiała Agnieszka Prokopowicz/ Viva!
Zdjęcia Krzysztof Opaliński/melon
Stylizacja Gisele Mobella
Makijaż Patrycja Dobrzeniecka
Fryzury Sylwia Habdas-Zardoni/metaluna
Produkcja sesji Ewa Kwiatkowska
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)