Anna Maria Jopek, Marcin Kydryński fot. Marlena Bielińska/Makata

Anna Maria Jopek i Marcin Kydryński - Lisbon Story

O rzeczach najważniejszych: dzieci i muzyka. O sobie: dwoje samotników, którzy nie potrafią wieść życia w jednym miejscu. O Lizbonie: miasto, w którym można się zakochać jak w człowieku.
/ 01.12.2009 09:22
Anna Maria Jopek, Marcin Kydryński fot. Marlena Bielińska/Makata
Lizbona była na otarcie łez. I Marcin przez to właśnie, że miała być „zamiast”, nie chciał tam pojechać. Na przekór. Jak to on.
Pierwsza w Lizbonie zakochała się Ania. Przyjechała tu w 2005 roku na koncert. Weszła na scenę, księżyc był w pełni. Październik, ciepło, a ludzie niewiarygodnie słuchali. Po koncercie z muzykami poszli w miasto. Włóczyli się ciasnymi uliczkami. A następnego dnia była niedziela. Główna ulica Avenida da Liberdade zalana słońcem. Fotografowała każdy kafelek na kamienicy, każdy kamień, dom. Myśli: To najpiękniejsze miejsce, jakie widziałam. Wraca do domu i od progu krzyczy: „Marcin, zakochasz się w Lizbonie!”. A ten pojechać nie chciał.


Więc Ania nie mogła się nadziwić: „Ty, który nad wszystko kochasz muzykę fado, nie chcesz zobaczyć, skąd się wzięły twoje dźwięki! Jak to możliwe, że ty, który byłeś w każdym miejscu świata, nie dotarłeś właśnie tam! Tam Afryka już jest w powietrzu!”.

A że Afryka dla Marcina, po Ani i muzyce, to miłość numer trzy, złamał się. Kilka miesięcy wcześniej dzwoni z Lamu. Krótko mówi: „Przyjeżdżaj natychmiast. Dom znalazłem. Musisz zobaczyć”. Ania tłucze się trzema samolotami. Kury latają w lokalnych liniach, dach podskakuje pod pędem powietrza. Na miejscu pole po horyzont, żołnierze uzbrojeni po zęby. Ania za głowę się łapie: „I ja mam tu mieszkać? Chyba muszę mocno go kochać, skoro godzę się na takie szaleństwo”.

Ale dom jest piękny. Z widokiem na cieśninę. I nawet przez chwilę myśli, że może? Przecież zawsze o tym marzyli. To znaczy: Marcin marzył. „Miałem dom na Lamu, na Oceanie Indyjskim, u wybrzeży Kenii”. Może tak by nawet zaczął swoją kolejną książkę o Afryce. I tylko jedno „ale”. Islamska szkoła zaraz za płotem. I szeregi małych chłopców, którzy od rana do wieczora jedną frazę powtarzają w szaleńczym uniesieniu. Ania słucha przerażona. „Marcin – błaga – uciekajmy, to nie jest nasz świat”. Więc wracają do Polski. Marcin zdruzgotany. Afryka miała być planem B. I co teraz? Ania prosi: „Jedź ty do tej Lizbony. Może się jednak zachwycisz”.

***

W życiu trzeba mieć plan B. Jak coś nie wyjdzie, zawsze można uciec. Dla Marcina, choć tak się wzbraniał, planem B stała się Lizbona. Dla Ani to ciągle przede wszystkim muzyka. Ania cała jakby utkana jest z muzyki. Z dźwięków, ulotnych nut, delikatności. Jakiejś magii. Niecodzienności. Codzienność więc, jak mówi, pewnie by ją zjadła. Ratuje ją, że raz na jakiś czas może po prostu wiać. Prosi wtedy: „Marcin, muszę w trasę. Zrozum, jestem już niedobrą mamą, żoną, nosi mnie. Pozwólcie mi pojechać”.
Wraca po trzech tygodniach szczęśliwa. Przyznaje: „Gdybym nie miała dzieci, męża, żyłabym jak mój ukochany muzyk Richard Bona – w pociągu, samolocie, hotelu, w jednej walizce”.  

Porozmawiajmy o gwiazdach - forum >>


Wypycha Marcina: „Teraz ty jedź gdzieś, ucieknij, zaszalej”. Trzynaście lat temu, zanim się spotkali, nie musiałaby tego robić. Ale odkąd Marcin spotkał Anię, wszystko się zmieniło. I jeśli „męska rzecz być daleko, a kobieca wiernie czekać”, u nich teraz częściej jest odwrotnie.

Lizbona to jedno z niewielu miejsc na świecie, gdzie Marcin budzi się wcześnie. Okna ich sypialni na poddaszu są na wschodnią stronę. Widzi, jak wstaje czerwony świt, po nosie głaszcze rudym światłem. I, jak bohater w filmie „Pod osłoną nieba”, zadaje sobie pytanie: „Ile świtów jeszcze będę w stanie docenić, ile z nich mnie porwie, oczaruje, zachwyci?”.

Jest początek października, a w Lizbonie lato. Alfama, najstarsza dzielnica arabska, mieni się kolorami. Przyjeżdżamy tu razem. Marcin, który, jak słusznie wszyscy przewidywali, zakochał się w Lizbonie, co oświadczył Ani SMS-em swojego pierwszego lizbońskiego dnia, gdy to 5 lutego 2007 na Rua Augusta zjadł krewetki i popił białym winem, przez telefon mówi mi, że jeśli nie przyjadę, niczego nie zrozumiem. Muszę uwierzyć mu na słowo, skoro pojechał i już zaraz postanowił: „Chcę mieć tu drugi dom”. A dom to rodzaj deklaracji. Że będzie się wracać, mimo wszystko. I nie na dzień, na dwa.

Na dłużej. Może kiedyś na zawsze. Więc jedziemy z Anią, Marcin wita nas na lotnisku, w białym kapeluszu i spodniach, nadzwyczaj wtopiony w krajobraz. Kilka dni błądzimy uliczkami Alfamy, wspinamy się po stromych schodach, patrzymy z okna, jak nad Lizboną czuwa rozpostarty na krzyżu Chrystus. Powietrze pachnie inaczej, muzyka wylewa się z piwnic. Lizbona cała jest muzyką. Fado rozbrzmiewa na każdym rogu. Pulsują kolory. Nawet pranie rozwieszone jest tak, jakby to robił najlepszy scenograf. Zaczynam rozumieć...

***

Na powitanie Ania dostaje od Marcina piosenkę. Czasem, jak kobieta, zżyma się w żartach: „Inne dostają brylanty i futra, a ja piosenki”. Ale potem tuli do serca wymiętą kartkę. Słowa Marcin napisał do kompozycji ich portugalskiego przyjaciela Beto.

Beto ma ciemne włosy, spięte z tyłu gumką. Wysoki i chudy. Jest  wspaniałym muzykiem i ostatnim impulsem, pod wpływem którego Marcin po raz pierwszy kupił bilet na samolot do Portugalii.

Marcin: „Pewnego dnia do radia dotarła płyta. Podpisana »Beto Betuk«. Owróciłem i zobaczyłem, że ten Beto to kompozytor, którego piosenki śpiewają moi ukochani artyści z Brazylii i Wysp Zielonego Przylądka. Napisałem mail: »Może się kiedyś spotkamy«. Odpisał: »Jestem maniakalnym wyznawcą pańskiej żony. Jej płytę z Patem Methenym przesłuchałem tysiąc razy.«”.

Piosenkę Beta nagrywamy w studio pod Lizboną. Marcin zatytułował ją „Rua Dos Remedios”, jak ulica obok ich domu. Taka „ulica, która leczy”. Marcin rękoma i nogami się broni, że tekst w żaden sposób ich nie dotyczy. Ciekawe. „Nim blask i biel złączą się/ i niebo znów dotknie fal/ gdy rudy świt lgnie do wzgórz/ a płowe psy jeszcze śpią/ ty budzisz się i to twój dom/ Ja wiem, że Alfama to twój stromy świat z melancholii i mgły/ gdzie można żyć jakby kolejny raz/ odwrócić czas/ Ja wiem, że potrzeba nam/ tych paru dni, kiedy wolisz być sam/ I właśnie to przypomina ci, że/ masz zawsze mnie (...)”.
Właśnie...


***

Takich par nie ma w show-biznesie. A jeśli już – rzadko. Za idealni dla panów krytyków i redaktorów brukowców. Żadnych skandali, plotek, szaleństw. Żadnych tajemnic, zakrętów. Więc może coś trzeba wykreować? Jak na początku ich znajomości: „Playboy i szara myszka”. „Małżeństwo tylko z wspólnej pasji”. „Zostawi ją i ucieknie do Afryki”.

Fakty są takie. Trzynaście lat razem, dwóch synów, kilkanaście wspólnych płyt, setki koncertów, na których Marcin za kulisami, bo na widowni nie wytrzymałby. Mówi: „Nie chciałbym zobaczyć, że ktoś choćby niewinnie ziewnie, bo dla mnie to, co Ania z muzykami robi na scenie, to jest moment wielkiego święta”. Dom, gdzie nieustannie ktoś gra na jakimś instrumencie, tomy nut pokreślonych ręką Ani (teraz taszczy w torbie mazurki Chopina, które aranżuje dla japońskiego muzyka Makoto Ozone), tysiące zdjęć Marcina z różnych zakątków świata. Tysiące płyt.

Ona do niego mówi: „Wonzu”. On do niej: „Jopciu” albo „Jo”. Wszystkie płyty z cyklu „Siesta” dedykuje „Zawsze dla Jo & Little Co”. Czyli dla Jo i Małej Spółki, czytaj: dzieci.  Mówią: „To miłość sprawia, że wszystko staje się jasne. I wspólna pasja. A jeśli budujesz związek na pasji, możesz wygrać”. Muzyka nie była przypadkiem w ich życiu, zarzekają się, by pod żadnym pozorem nie nazwać jej pracą, obowiązkiem, Boże broń. Muzyka jest filozofią życia.

Na pierwszą randkę pojechali na koncert Stinga. Noce przegadali o swoich mistrzach. Marcin: „Jak Salieri, zostałem pozbawiony wielkiego talentu, ale obdarzony darem rozpoznawania geniuszu. Za to Ania jest utalentowana niewyobrażalnie i nie przeszkadzało mi, że świecę światłem odbitym, że swoje muzyczne ambicje realizuję przez nią. Prawdą jest, że nie wiem, gdzie byłbym dziś bez niej”. Ania: „Nie wiem, gdzie byłabym dziś bez niego”.

***

„Ja nie jestem Quincy Jones (legendarny producent muzyczny – przyp. aut.), a ona nie jest 15-letnią debiutantką”, mówi Marcin, kiedy pytam, czemu wyszedł ze studia podczas nagrania piosenki. Ania ma swoją wizję, jak zaśpiewać, on swoją. Może kiedyś walczyłby, zaklinał, że lepiej jest tak, jak on myśli, ale dziś odpuszcza. 

Trzy lata temu Ania wyrwała się spod wpływu Marcina. Albo on ustąpił. Jak wolą panowie krytycy. Ostatnią płytą, którą nagrali razem, była „ID”. Już tam się ciągle sprzeczali. Ale potrzebowali impulsu. I nadszedł.

Wrzesień 2008. Koncert Ani we Włoszech. Marcin, jak zwykle, za kulisami. Potem wieczorem, przy winie, mówi: „Wiem, w jakim kierunku zmierzacie, że ryzykujecie, że poszukujecie, ale dla mnie to muzyka fruwającej ryby, a ja wolałbym po prostu posłuchać pięknych piosenek!”.


I wtedy ostatecznie padło zdanie: „Trzeba się muzycznie rozstać”. Nie kłócą się o życie. Marcin: „Przez te 13 lat, jeśli ciche dni trwały godzinę, dwie, wszystko”.
Za to przy pracy iskrzyło jak złoto.

Czy można się kłócić o takty, nuty i frazy? O muzykę w ogóle, tak bezwzględnie broniąc swoich racji? Marcin do Ani: „Moja droga, jeszcze wiele ci brakuje do profesury z luzofonii”. Ania do Marcina: „Tak, tak, profesorem to jesteś ty, ja tylko śpiewam”. Marcin do Ani (łagodniej, choć sarkastycznie): „Jak ja mogę mądrzyć się przy kimś, kto grał Mozarta w filharmonii, ale wybacz, nie rozumiem, o czym śpiewasz”. Ania do Marcina: „A ja nie rozumiem, dlaczego, ilekroć chciałam nagrać płytę z ukochaną bossa novą, zżymałeś się: »O, Boże, jakie to będzie pretensjonalne. Dziewczyna znad Wisły śpiewa brazylijską muzykę!«”. I tak ciągle.

Eksperymenty muzyczne mają we krwi. Ania już dawno temu powiedziała sobie: „Nie mogę wyjść na scenę i w ten sam sposób śpiewać do tej samej publiczności. Muszę na nowo ich poruszyć, zaintrygować”. Więc robi nowe rzeczy, zaprasza gości, zmienia składy muzyków. Słucha mistrzów. Lata śpiewała, siedząc, jak przyjechał Mino Cinelu i rzucił: „Grajmy sexy”, zrzuciła buty i, jak w transie, przetańczyła całe koncerty.

Odkąd zrozumiała, że w muzyce tak naprawdę nie o słowa chodzi, a  emocje, wyzwoliła się. Wyszła poza granice. I dosłownie, i w przenośni. Ania: „Może dlatego mam w nosie radiowe playlisty. Nie grają mnie w radio? Trudno, przeżyję. Może będę skazana na banicję, może mnie wygonią, powiedzą: »Pani jest nieznośna z tymi swoimi szaleństwami, tą dziwaczną muzyczką, tą wokalizą«. Ale, u diabła, ja ciągle mam dokąd wiać”.

***

Muzyk jest trochę jak kuglarz. Wszyscy go pragną tylko na chwilę. W jednym mieście nie można grać koncertów przez 200 dni w roku. Więc nieustająco przepakowujesz walizki. I czy to kariera najwyższych lotów, czy los jazzowego „wycierucha”, jest to samo – ciągle w drodze.

Ania śpiewała wszędzie. Na najlepszych scenach świata. Hollywood Bowl w Los Angeles, Carnegie Hall w Nowym Jorku, Queen Elizabeth Hall w Londynie, Opera w Tel Awiwie, Blue Note w Tokio, i najbardziej zdumiewających: na barze w Hard Rock Café na Bali i w domu schadzek w Surabai. W Niemczech w 20 miastach, 100 miast w Hiszpanii, cała Turcja. Czasem fenomenalna sala, czasem proza życia, klubowa sytuacja, improwizacja.

Tak jak teraz, w Lizbonie. Onda Jazz, mały klub w Alfamie. Grali w nim i Yami, i Richard Bona, i wszystkie największe gwiazdy luzofonii.
Ania: „Zaproszono mnie na jam session. Z portugalskimi muzykami. Powiedziałam, że przyjdę, posłucham, a jak mi się spodoba, zaśpiewam. A oni wybałuszyli mnie na plakacie. I co mam teraz zrobić?”.

Więc jest spotkanie, próba sił przed koncertem. Dwie frazy, kilka słów i już grają tak, jakby znali się od lat. Na koncert przychodzi 50 Polaków. Ania dziwi się: „Że oni moje nazwisko dostrzegli na plakacie? Że im się chciało przyjść posłuchać Anny Marii?”.

Po koncercie jest piwo o wpół do drugiej w nocy. Na Rua Dos Remédios już zamykają bary. Ale ktoś wynosi stolik, stawia pełne szklanki. Jeszcze przeżywają koncert. Znów przegadają do świtu.


***

Czy można tak bezwzględnie fascynować się sobą po 13 latach małżeństwa? Czy znów w całej tej ich historii nie jest to zbyt idealne, nierealne, w świecie bez zasad, wartości, bez kręgosłupa?

Marcin: „Ania jest jedyną osobą, jaką znam, która z upływem lat staje się coraz bardziej atrakcyjna i sexy”.
W sumie to rzeczywiście jest argument dla mężczyzny. Ale nie jedyny. „Ona wytwarza wokół siebie ciepło, taka jest bezgranicznie bezkonfliktowa. Potrafi mnie uspokoić jednym słowem. Kiedy jest obok, nie wpadam w depresje”.

Była szarą myszką w wytartym swetrze, z loczkami. I z tego niepozornego kaczątka przeistoczyła się w zjawisko. Z dziewczynki żyjącej tak, by nie wadzić nikomu, w kobietę świadomą siebie i tego, kim jest i czego chce. Przestała się bać, przestała pytać. Uzyskała to, co i w życiu, i w muzyce najważniejsze – własny głos. Za to Marcin, który za najsłuszniejszą zawsze uważał własną rację, zamilkł ostatnio, zwolnił. Świat człowieka wiecznie z siebie niezadowolonego w miarę upływu czasu coraz bardziej składa się z pytań.

Marcin: „Częściej myślę, co w życiu zrobiłem i czy to, co zrobiłem, w ogóle miało sens. Czy tata byłby ze mnie, no, może nie dumny, a chociaż zadowolony? Czy mam jeszcze coś do powiedzenia? Kogo obchodzą moje audycje, piosenki, fotografie?”.

I to mówi człowiek, który jako pierwszy Polak kilka lat temu w Waszyngtonie odebrał nagrodę za najlepszy reportaż dla lokalnej edycji „National Geographic”, a we wrześniu 2008 medal od prezydenta Portugalii za szerzenie portugalskiej kultury.

Ania: „My jesteśmy taką kombinacją, że jak jedno słabnie, to drugie go będzie popychać. Po tych wszystkich latach zaszła między nami jakaś  wymiana energetyczna. Ja się stałam rebeliantką, Marcin złagodniał. Ale to, że teraz stoję mocno na nogach, zawdzięczam jemu. Podejmować ryzyko. Tego nauczył mnie Marcin. Walczyć o swoje. Tego nauczył mnie Marcin. Wierzyć w siebie. Tego nauczył mnie Marcin. Więc teraz ja jemu nie pozwolę się wycofać”.

***


Żoliborski dom Kydryńskich jest niewielki. Niby każdy ma swój pokoik, ale i tak wszyscy siedzą sobie na głowie. U Marcina 20 gitar, klarnety, na dole duży fortepian, u Ani mały keyboard, pianino, Franek ma swoje modele postaci z „Władcy Pierścieni”, Staś kolekcjonuje pluszaki. Mała przestrzeń, bałagan. Odrobina spokoju, gdy dzieci śpią lub są w szkole.

Dwa lata temu, jak Ania 1 września ruszyła w trasę, nie było jej do początków grudnia. A tu Staś właśnie poszedł do pierwszej klasy, Franek ćwiczyć nie chciał, a Marcin wpadł w kryzys. Dzwoni więc do Ani. Ania w Pernambuco czy Stambule. Prawie krzyczy w słuchawkę: „Franek zamknął się w łazience i powiedział, że już nie tknie wiolonczeli. Staś po raz piąty zgubił baletki na rytmikę! Pękła rura w łazience, rachunki piętrzą się na stole. Co robić?”.
Ania na końcu świata rozkłada ręce. Jak Marcina dopada proza życia, nie ma rady, musi wracać.


Potem Marcin nie cierpi siebie samego. W dżungli sobie radził i na pustyni. I kawał świata samotnie przewędrował, a siedmioletni chłopiec potrafi go wytrącić na tygodnie z równowagi. Tłumaczył sobie, że wyprawy zwalniają człowieka z obowiązku. Musisz dostać się z miejsca A do miejsca B, mieć co zjeść i położyć się spać. Tylko tyle. Za to prowadzić dom w Warszawie z dwójką dzieci, szkołą muzyczną, to brzmi tak nudno, że można się zapłakać, a stawia tysiąckroć większe wyzwania niż bycie reporterem na froncie.

Ponieważ, jak już wiemy, świat Marcina składa się z pytań, ostatnio coraz częściej zadaje sobie kolejne: „Czy potrafię być dobrym ojcem?”. Mówi: „Ilekroć pomyślę, że mógł-bym być lepszy, przypomina mi się, że gdy Joni Mitchell urodziła córkę, podrzuciła ją komuś pod drzwi. Następnym razem zobaczyła ją po 25 latach. Może więc mieszczę się w średniej światowej?”.

***

Ludzie nie mogą sobie wypełniać każdej szczeliny w życiu. Muszą sobie dać przestrzeń. Nie ma nic gorszego, jak wmawiać komuś, że musi kochać to, co i ty kochasz. Marcin kiedyś chciał prowadzić safari w Afryce. Już kupował posiadłość nad rzeką Rufiji, już, już był jak baron Blixen z „Pożegnania z Afryką”. Ania: „Któregoś dnia po prostu przyszedł z takim pomysłem, a ja powiedziałam: »Dobrze. Pół roku będziesz mieszkał z nami, pół roku w Afryce«. Mogłabym sobie to wyobrazić, bo widzę, jaki Marcin jest nieszczęśliwy, gdy zaczyna się zima. Jakie ma smutne oczy. I wtedy wiem, że lepiej jest puścić go wolno, niż kazać mu tak cierpieć”.

Zanim poznał Anię, chciał podróżować, więc podróżował. Kiedy chciał być fotografem, znalazł sposób, by dotrzeć do mistrza Tomasza Tomaszewskiego i w jeden wieczór stał się fotografem. Realizował mnóstwo marzeń, ale tak naprawdę żadne z nich nie przetrwało z taką siłą, jak marzenie o związku z muzyką.

Dlatego może Ania na 40. urodziny kupiła Marcinowi saksofon. Zawsze ma kłopot, gdy musi sprawić mu prezent. Trudno go zadowolić materialną rzeczą. Zawsze udowodni, że wszystko ma i niczego nie potrzebuje. Ale Ania wie, że granie na instrumencie jest jego największym marzeniem. Więc włóczy ten ciężki saksofon przez całą Warszawę i znowu myśli: Jak bardzo muszę go kochać, że to robię!

Dwa lata wcześniej, razem ze Stasiem, zapisał się na klarnet do szkoły muzycznej. Najstarszy, wyrośnięty uczeń w szkole. Egzaminy grają w duecie. Ania: „Jeden jest duży, a drugi malutki i za każdym razem, gdy ich słucham, umieram ze szczęścia i dumy. Szkoda tylko, że Marcin gra, gdy nikt nie słyszy. Pakuje te swoje klarnety i saksofony i wyjeżdża do naszego wiejskiego domu”.


Po 11 września świat się dla nich zmienił. Przez wiele miesięcy chcieli tylko siedzieć w domu i pilnować siebie nawzajem. Potem krok po kroku wracali do życia. Do świata i ukochanych miejsc. Ile to już razy byli w Afryce? W lutym pojadą, jak co roku. Chłopcy mają jej wprawdzie trochę dość. Marcin zżyma się: „Kiedy byłem dzieckiem, marzyłem, by zobaczyć Afrykę, a Franio prosi: »Błagam, tato, nie jedźmy tam! Ile można oglądać słoni?«”. Ania łagodzi: „Zrozum dziecko. Może jego marzeniem jest polecieć na Saturna?”.

Zaszczepili się na wszystko, na co można się zaszczepić, i w drogę. Może inni zastanawialiby się: po co ciągać dzieci w takie niebezpieczne miejsca, oni jadą. Zabierają niezbędne minimum, przerzucają do Nairobi, a potem do jednego z parków narodowych. Wynajmują samochód, zapuszczają się tam, gdzie świat się zatrzymał. Ania myśli: Która kobieta nie zrobi awantury, gdy rano w namiocie woda będzie stała po kolana? Kiedy trzeba przejechać przez most, którego nie widać spod potoków wody? Ale może ja po prostu wierzę Marcinowi. Zamknę oczy i pójdę za nim. I przez życie, i przez tę wodę.

Umówili się, że trzy tygodnie to ostateczny czas rozłąki. Na początku ich miłości Marcin pojechał do Indii na kilka miesięcy. Wrócił i powiedział: „Nigdy już bez ciebie nie wyjadę na tak długo”. Potem mówił, jak w jednej ze swoich piosenek: „Samej cię nie zostawię”.

Czasem jednak zostaje w Afryce na dłużej. Śpi, gdzie dojdzie, dzwoni, gdy złapie zasięg. Ania: „Musiałam się z tym pogodzić. Może martwiłabym się, gdyby się nie meldował co jakiś czas. Ale nie wyobrażam sobie nic złego. Ja wiem, że on wróci”.

***

A gdyby ktoś ich zapytał o receptę na życie? Powiedzieliby, jak to muzycy: harmonia. Mówią: „W naszym życiu jedyne, co »być musi«, to dzieci, reszta »być może«”.
Lizbona żegna deszczem. Wracamy z Anią. Marcin zostaje. Cóż. „Wiem, że potrzeba nam tych paru dni, kiedy wolisz być sam”...

Tekst Katarzyna Przybyszewska
Zdjęcia Marlena Bielińska/Makata
Stylizacja Jola Czaja
Asystentka stylistki
Agnieszka Dębska
Makijaż Gonia Wielocha/Helena Rubinstein
Fryzury Miguel Molena
Produkcja sesji Ania Wierzbicka

Podziękowania dla hotelu Dom Pedro Palace w Lizbonie, www.dompedro.com, tel. +351 213 896 600, oraz linii lotniczych TAP, www.flytap.com za pomoc w realizacji sesji zdjęciowej.