Anna i Krzysztof Ibiszowie

Nie chcieli zrobić ze ślubu widowiska. Nie chcieli telewizji ani setek gości. „Postanowiliśmy, że będzie skromnie i miło".
Beata Sadowska: Po co Wam ślub?
Anna Nowak-Ibisz: Jest naturalny, jak po ciąży poród. Po prostu bardzo chcieliśmy być żoną i mężem.
Krzysztof Ibisz: Ania już 20 lat temu wiedziała, że to będę ja.
A. N.-I.: Rozpoznałam go po zapachu, po spojrzeniu. Nie miałam wątpliwości, że to ten mężczyzna.
K. I.: Też wiedziałem, że to ona i… wszystko zepsułem. Zostawiłem Anię. Niestety.
A. N.-I.: Spotkaliśmy się po 20 latach i wybuchła miłość jeszcze silniejsza niż kiedyś. Inna, bo poprzedzona doświadczeniami, rozstaniami. I pojawiła się myśl, że moglibyśmy mieć dziecko, które dziś byłoby już prawie dorosłe.
K. I.: Kochanie, wszystko przed nami. Mam dopiero 40 lat, ty jesteś jeszcze młodsza!
A. N.-I.: On mnie pociesza, że będziemy ciągnąć do osiemdziesiątki w zdrowiu i szczęściu. Mówi, że w dojrzałym wieku wszystko robi się piękniej i mądrzej.

– Można na przykład piękniej i mądrzej wziąć ślub. Ten poprzedni był głośny, publiczny, transmitowany przez telewizję. Teraz – skromny, kameralny, tylko dla najbliższych…
K. I.: Musiałaś mi to przypomnieć! Teraz nie wyobrażałem sobie, że mogłoby być inaczej. Nawet przez moment nie pomyślałem o hucznej imprezie, 200 gościach i bankiecie do rana. Zadbaliśmy głównie o siebie, żeby tego dnia czuć się komfortowo, żeby byli z nami najbliżsi.

– Poprzednim razem nie zadbałeś o siebie?
K. I.: Nie.
A. N.-I.: Nie wyobrażałam sobie kolejki 300 osób składających życzenia. To nie czas i miejsce dla ludzi, których spotykam raz do roku, z którymi tak naprawdę nic mnie nie łączy.
K. I.: Teraz jest moda, żeby ze ślubu robić widowisko. Niestety, kiedyś sam dałem taki przykład. Dziś wiem, że nie o to chodzi.
A. N.-I.: Postanowiliśmy, że będzie skromnie i miło. Po prostu dla nas. Z 300 osobami na karku gdzie byłaby moja noc poślubna?! Co ja bym z tego miała?!

– Baliście się trochę?
A. N.-I.: To było raczej podekscytowanie. Ale na pewno nie strach: „w co ja się pakuję?!”.
K. I.: Małe grono bliskich minimalizowało tremę. Jeśli ktoś musi się przygotować do ślubu jak do występu, może to ciężko przeżyć.

– Za pierwszym razem dostałeś po łapach. Za drugim pomyślałeś dwa razy?
K. I.: Skąd!
A. N.-I.: On się raczej bał, że się nie zgodzę, bo nigdy nie chciałam wyjść za mąż. Bał się, że będę chciała z nim być, ale nie podejmę decyzji o ślubie.
K. I.: Myślałem, że dla Ani ślub to rodzaj zniewolenia, symbol drobnomieszczaństwa.


– Dlaczego wcześniej nie chciałaś wyjść za mąż?
A. N.-I.: Nie trafiłam na odpowiedniego faceta. Wszyscy inni byliby zniewoleniem.

– Przy Krzyśku nie miałaś wątpliwości?
A. N.-I.: Żadnych! Na początku trochę mu się przyglądałam, ale zamieszkaliśmy razem i ciągle było dobrze.

Ciebie koledzy nie ostrzegali?
K. I.: Pewnie, że ostrzegali: „Stary, po co ci to?! Przecież można bez ślubu”. I pukali się w czoło. Myślę, że sami są nieszczęśliwi w związkach i gdyby znaleźli odwagę, chętnie by się z nich wyrwali.

Żeby być z kimś, trzeba najpierw nauczyć się być samemu?
A. N.-I.: Miałam na to trzy lata bez związku. I dobrze, bo często po rozstaniu kobieta nie zdąży się obejrzeć, a już ma następnego faceta. Kobiety boją się samotności i jak bluszcz podczepiają się pod mężczyznę. Nawet gdy w niewielkim stopniu spełnia ich oczekiwania.
K. I.: U mężczyzn jest jeszcze gorzej. Kobieta może nie spełniać ich wymagań w 90 procentach, a i tak się z nią zwiążą, bo też boją się samotności. Potem się przyzwyczajamy i tak trwamy. Aż zaczynają się tragedie i życiowe dramaty.

– Będąc razem, potraficie dać sobie przestrzeń, wolność?
K. I.: Nie czuję, że Ani jest za dużo, że przekracza granice, których przekroczyć nie powinna. To mądre partnerstwo.
A. N.-I.: Jesteśmy dojrzali i rozumiemy, że każdy ma swoje zainteresowania. Ćwiczę jogę, Krzysiek siedzi przy komputerze, leżę, on czyta. Czasami nie widzimy się cały dzień, nawet jeśli obydwoje jesteśmy w Warszawie.

– Nie chcecie siebie zmieniać?
A. N.-I.: Nie bardzo miałabym co zmieniać. Dotarło do mnie, że nie wszyscy jesteśmy cudowni.
K. I.: Przy Ani wróciłem do siebie sprzed 20 lat, do Krzyśka, którego sam kiedyś lubiłem.
A. N.-I.: To się zaczęło dużo wcześniej. Największą robotę wykonałeś sam. To się zdarza tylko wtedy, gdy coś się nie udaje, na przykład rozpada się małżeństwo. To lekcja, dzięki której możemy zrozumieć, że problem tkwi w nas, nie w naszych partnerach.

– A potem co?
A. N.-I.: Szukasz odpowiedzi, dlaczego nie jesteś zadowolona ze swojego życia. Obydwoje z Krzyśkiem bardzo ciężko nad sobą pracowaliśmy. Krzysiek przeszedł koszmarną drogę i zebrał od życia tyle lekcji, że mógłby nimi obdzielić jeszcze trzy osoby. Wiele go to nauczyło.

– Nie bałaś się „faceta po przejściach”?
A. N.-I.: Nie. Jak mnie ktoś ostrzegał: „No ale wiesz, 40 lat, po rozwodzie”, odpowiadałam: „I bardzo dobrze, przynajmniej coś w życiu przeżył”. Na kogoś takiego czekałam, a nie na mężczyznę bez doświadczeń.

– Czego się nauczyłaś przy Krzyśku?
A. N.-I.: Przestałam być Zosią Samosią. Wcześniej musiałam nią być: kompletnie sama, w bardzo trudnych sytuacjach, bez rodziców. Potem trudno było oddać broń.
K. I.: Powoli, jeden po drugim, wyjmowałem Ani naboje z kabury.
A. N.-I.: Na szczęście mogłam odpuścić. Wiedziałam, że Krzysiek wszystko zrobi, dopnie, nie zawali sprawy i jeszcze pomyśli o tym, na co ja bym nie wpadła.

– Nie mówisz: „Zostaw, ja to zrobię szybciej i lepiej”?
A. N.-I.: Tak robią kobiety, które mają słabszych facetów. Przechodziłam przez to. Dominowałam i dziś wiem, że takie zachwianie równowagi jest do niczego. Nie można konkurować ani dominować nad własnym mężczyzną.
K. I.: Oboje jesteśmy silnymi osobami, ale nie pojawia się to, co miałem w innych związkach: walka o dominację, rywalizacja.
A. N.-I.: Wręcz przeciwnie: przychodzi Krzysiek i mówi: „Nie zrobię tego, nie umiem”. Ja na to: „Ty nie umiesz?! Ty to zrobisz najlepiej na świecie!”
K. I.: Kiedy Ania robi obiad, mogę – jak facet – leżeć na kanapie i czytać gazetę. Nie czuję presji, że muszę pomóc.
A. N.-I.: Harmonia: mnie sprawia przyjemność gotowanie, jemu – czytanie gazety i słuchanie odgłosów z kuchni.
K. I.: Teraz wszyscy mężczyźni będą mi zazdrościć.

– W tej sielance brakuje jeszcze małej dziewczynki biegającej po kuchni…
A. N.-I.: Ona się pojawi, jak przyjdzie jej czas.
K. I.: Na pewno! Zawsze chciałem mieć dużo dzieci. Mogę mieć jeszcze jedno, dwoje, mogę adoptować. Marzyłem o licznej rodzinie, która spotyka się co niedzielę na obiad, razem spędza święta. Może dlatego, że mój dom na co dzień to była mama i ja. Z różnych względów było bardzo trudno.
A. N.-I.: U mnie: tata i ja. Mamy podobne doświadczenia ciężkiego dzieciństwa, obydwoje musieliśmy szybko dorosnąć, żeby przetrwać. Stąd taka potrzeba domu, w którym pachnie ciastem, w którym się gotuje obiad, celebruje święta.
K. I.: Taki dom już stworzyliśmy.

– Wszyscy zachwyceni, zadowoleni, uśmiechnięci. Naprawdę nie ma awantur?
A. N.-I.: Czasami tracimy nad sobą kontrolę. Kłótnie i konflikty muszą być, bo inaczej ktoś dostanie zawału. To też dowód zaufania. Wiemy, że możemy sobie na te awantury pozwolić. One kompletnie nie przekreślają naszej miłości.
K. I.: Nawet jak trzasnę drzwiami albo talerzem o podłogę, to Ania wie, że nie przestaję jej kochać.

– A zdarza się, że walniesz?
K. I.: Zdarza. Bardzo szybko się denerwuję, ale też bardzo szybko mi przechodzi.
A. N.-I.: Ładnie potrafi tymi talerzami rzucać. Ale ja mam w tych sprawach doświadczenie: miałam nadpobudliwego ojca, który szybko wybuchał. Dziś rozumiem, że lepiej wszystko z siebie wyrzucić, niż mieć wrzody na żołądku. Niestety, jako dziecko takie wybuchy odbiera się inaczej.

– Ciche dni?
A. N.-I.: To byłoby najgorsze! Nie obrażamy się na siebie, potrzebujemy maksymalnie 10, 20 minut, żeby ochłonąć.

– 20 lat temu już byliście parą, potem Anię rzuciłeś. Teraz do siebie wróciliście. Przeznaczenie?
K. I.: Tak miało być.
A. N.-I.: Nasze drogi ciągle szły równolegle.
K. I.: Ognisko teatralne w Teatrze Ochoty, szkoła, teatr…
A. N.-I.: Potem straciliśmy się z oczu, ale to było konieczne, żeby do siebie dojrzeć.
K. I.: Konieczne, ale za długo trwało! Szkoda każdego roku bez Ani.
A. N.-I.: Na szczęście zadziałało przeznaczenie. Jeden dzień w roku, w którym Krzysiek jest nad morzem. Jeden dzień, kiedy ja jestem nad morzem. I akurat wtedy, po latach, na siebie wpadamy.
K. I.: Nigdy wcześniej, w żadnym związku, nawet nie podejrzewałem, że między kobietą i mężczyzną może być takie dopasowanie. Niezwykłe! Czy wybuchamy, czy się do siebie przytulamy, zawsze jest totalne zrozumienie. Ania to mój człowiek na tym świecie.
A. N.-I.: Wreszcie czuję, że jest przy mnie mężczyzna. Czasami przypomina tatę, który był niezwykle silną osobowością i musiałam nieźle walczyć, żeby z nim przetrwać. Różnica polega na tym, że z Krzyśkiem nie muszę walczyć.
K. I.: Jestem wdzięczny losowi, że znaleźliśmy się teraz, a nie za następnych kilka lat.
A. N.-I.: Na szczęście byłam konsekwentna. Przecież też mogłabym mieć męża i dzieci, mogłabym być w związku, mogłabym żyć w Niemczech z rodziną.
K. I.: Wszędzie bym cię znalazł. Nawet na końcu świata. Wyciągnąłbym cię z każdego związku.

– Na razie musisz ją wyciągnąć w podróż poślubną. Tylko kiedy? Ty ciągle w pracy we Wrocławiu, gdzie nagrywasz program, Ania w Niemczech, gdzie od kilkunastu lat gra w serialu.
A. N.-I.: Znajdziemy czas!

– Miesiąc?
K. I.: Odpada. Choćby dlatego, że nie wyobrażam sobie, żebym przez miesiąc nie widział syna. Kiedy Maks wyjechał na dwa tygodnie wakacji, już mnie ściskało serce. Z Anią pojedziemy nurkować do Chorwacji.
A. N.-I.: Poza tym mieliśmy trzytygodniową podróż przedślubną: nurkowanie na Zanzibarze.
K. I.: Przecież wtedy jeszcze ci się nie oświadczyłem!
A. N.-I.: No masz! Ale i tak wiedzieliśmy, że chcemy wziąć ślub! Już nie powiem, z jakiego powodu przeciągały się oświadczyny…

– Z jakiego?
A. N.-I.: Nie było pieniędzy na odpowiedni pierścionek, a z gwoździem się oświadczać nie chciał, jak Gustlik Honoracie w „Czterech pancernych”.

– Co to znaczy „odpowiedni pierścionek”?
K. I.: Nie myśl, że chodzi o brylant rodem z „Różowej pantery”. Chciałem, żeby pierścionek był stary, przedwojenny, wyjątkowy.

– A obrączki ślubne?
K. I.: Złote. Bez nowoczesnych fajerwerków.
A. N.-I.: Przerobiliśmy obrączki ślubne moich rodziców. Dla nas to ważne, że wcześniej oni je nosili.

Ślubu się nie bałaś. A tego, czy poukładasz sobie relacje z synem Krzysztofa?
A. N.-I.: Nie zakładałam żadnych problemów. Wszystko odbyło się bardzo powoli, bardzo naturalnie. Jeśli dziecko czuje w tobie otwartość i akceptację, nie ma siły, żeby cię odrzuciło. Trzeba się bardzo postarać, żeby straciło zaufanie.

– Maks bierze Cię za rękę i mówi: „Chodź się ze mną pobawić”?
A. N.-I.: Tak było od początku. Nawet w dużej grupie ludzi podchodził do mnie albo mówił Krzyśkowi na ucho, że chce właśnie ze mną się bawić.
K. I.: Ania mu nie nadskakuje. Dlatego sam przychodzi i prosi albo mówi: „Aniu, chodź, chcę ci coś pokazać”. I ciągnie ją za rękę.
A. N.-I.: Smaży ze mną naleśniki. W kuchni stoją dwa stołki, na których siadają Maks i Krzysiek. Patrzą i komentują.

– Da się opisać miłość?
K. I.: Kiedy kogoś kochasz, cieszysz się, że jesteś na tym świecie. Cieszysz się z każdej minuty, którą masz przed sobą. Z każdego budzenia i zasypiania obok siebie, z każdego drobiazgu: gotowania, jedzenia, wspólnego oglądania filmów. Z poczucia, że ta osoba jest blisko. Jacek Kuroń napisał po stracie żony: „Miłość jest wieczna, tylko życie za krótkie”.
A. N.-I.: Pamiętam radość, kiedy Krzysiek zostawił u mnie szczoteczkę do zębów. JEGO szczotka w MOJEJ łazience.
K. I.: Kie.dy pierwszy raz przyszedłem do Ani, myślałem: „Czy to możliwe, że będę codziennie chodził po tych schodach?” No i proszę! Dziś, kiedy wracam do domu, Ania się przede mną chowa.

– Jak to?!
A. N.-I.: Ze szczęścia wpadam w panikę i wskakuję za lampę.
K. I.: Ostatnio schowała się za drzwiami w gabinecie. Wydawało jej się, że jest strasznie sprytna. Coś podejrzewałem i zabrałem z łazienki lusterko z długą rączką. W tym lusterku miałem ją jak na dłoni.
A. N.-I.: Mamy różne swoje rytuały, które pielęgnujemy.
K. I.: Na przykład misia, który się chowa. Jest mały i wkładam go pod ulubiony kubek Ani. Jak go znajdzie, musi się zdziwić i powiedzieć: „O, tu przyszedłeś!”. Udajemy, że on sam tak chodzi.
A. N.-I.: Znamy z Krzyśkiem swoje zwyczaje. Wiem, co on zrobi po powrocie do domu. Znam pierwszy, drugi, trzeci krok. Dlatego misio czeka zawsze w tych miejscach. Wiemy, to może wydawać się bardzo dziecinne, ale my już tak mamy. Właśnie tego brakowało nam w dzieciństwie.
K. I.: Zostawiamy sobie jeszcze żółte kartki.

– Ostrzeżenia?
K. I.: Karteczki miłości! Samoprzylepne.
A. N.-I.: Krzysiek pyta: „Ile znalazłaś?”. Mówię, że cztery, a on na to, że brakuje jeszcze pięciu. Wtedy piszczę ze szczęścia i szukam dalej.
K. I.: Ania lubi kwiaty, więc jak wraca z Niemiec po pracy w serialu, zawsze czekają na nią w domu.
A. N.-I.: Mamy też system: „zostaw i zapomnij”. Są rzeczy, które robię tylko ja, są takie, które robi tylko Krzysiek.
K. I.: Jeśli wrzucę brudną koszulę do kosza, mogę o niej zapomnieć, bo znajdę ją potem wyprasowaną na wieszaku.

– Te Wasze rytuały moglibyście tak wymieniać jeszcze przez tydzień?
A. N.-I. i K. I.: Co najmniej!

Rozmawiała Beata Sadowska
Zdjęcia Robert Wolański
Stylizacja Jola Czaja, makijaż Tomek
Kocewiak/D’Vision Art dla Lancôme,
fryzury Jarosław Korniluk/Metaluna, scenografia Alicja Olak,
produkcja sesji Joanna Guzowska
Podziękowania za pomoc w realizacji sesji dla Hotel Le Regina – A member of Small Luxury Hotels of the World w Warszawie, www.leregina.com
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)