Andrzej Turski

Optymizm i głęboka wiara w wyzdrowienie pozwoliły mu pokonać nowotwór. Ale przede wszystkim pomogła mu żona, z którą jest od ponad 40 lat.
Znany dziennikarz telewizyjny na łamach VIVY! po raz pierwszy opowiada o swojej chorobie, trudnych chwilach i szczęściu, któremu na imię Zofia.

Alina Mrowińska: Nie lubisz rozmawiać...
Andrzej Turski: o chorobie... Dzisiaj szczególnie nie lubię. Mówię sobie: wyszedłem z tego, koniec, kropka. A przed chwilą zadzwoniła moja lekarka, że coś jej się nie podoba. I jutro muszę iść sprawdzać. Jestem trochę w nerwach, a nuż jakiś nawrót. Chociaż generalnie patrzę optymistycznie i wszyscy mi mówią, że dzięki optymizmowi poradziłem sobie z chorobą. Ale ja w to nie wierzę.

– Nie wierzysz, że psychika może bardzo wiele?
Dla mnie choroba jest czymś materialnym, błędem natury. Któregoś dnia nieprawidłowo dzieli się jakaś komórka, po czym proces narasta. Natomiast dlaczego tak się dzieje, współczesna medycyna nie wie. Być może to głupota z mojej strony, że taki jestem racjonalny.

– Wróćmy do dnia, w którym dowiedziałeś się, że masz raka.
Przyszedłem do profesora Wiesława Jędrzejczaka późnym wieczorem. Pamiętam, że tylko o 23.00 tacy dwaj pracoholicy mogli się umówić. Popatrzył na wyniki...

– Wcześniej coś Cię niepokoiło?
Była gorączka, kiepskie samopoczucie, podejrzenie infekcji bakteryjnej, antybiotyk w ogóle nie działał. Na prześwietleniu widać było, że są jakieś zmiany w śródpiersiu. Potem była tomografia, USG. Okazało się, że mam powiększone węzły i z tym problemem wylądowałem u profesora.

– I co powiedział?
Że są trzy możliwości. Mogę mieć sarkoidozę, ziarnicę złośliwą lub chłoniaka. Pewność będzie dopiero po dokładnym sprawdzeniu węzła. No i szybko okazało się, że mam ziarnicę, stadium 3b. Są cztery stadia, z czego dwa pierwsze nie dają żadnych objawów. Moje wprawdzie nie było katastrofalne, ale oprócz śródpiersia miałem już zaatakowane węzły w brzuchu. Usłyszałem jeszcze, że aby wyleczyć chorobę, trzeba podać 12 razy chemię. 70 procent pacjentów zostaje trwale wyleczonych.

– Bardzo chłodno to brzmi. Co wtedy czułeś?
Pomyślałem, że nie ma powodu, żebym nie był w tych 70 procentach. Profesor jest mistrzem w umiejętnym mówieniu prawdy.

– Ani przez chwilę nie czułeś lęku?
Nie, chociaż może trudno w to uwierzyć. Nie napisałem testamentu, nie zacząłem odliczać dni do końca życia. Nie miałem też pretensji do losu. Myślałem, że nowotwór zdarza się ludziom, więc zdarzył się i mnie.

– Nawet na moment nie pojawiła się myśl, że możesz się znaleźć w 30 procentach?
Zakładanie najgorszej możliwości to nie ja. Miałem wewnętrzną ufność w siły mojego organizmu. Żona zawsze mi mówiła, że mam organizm drwala. Poza tym ufałem lekarzom. Teraz dopiero sobie uprzytomniłem, że przez cały czas choroby nawet nie przeczytałem żadnej książki o ziarnicy. Powiedziałem sobie: trudno, muszę zebrać siły, trzeba przez to przejść. Wypadną mi włosy, ale nie mam wyjścia. Wiedziałem tylko, że chemię będą mi podawać co dwa tygodnie przez pół roku. W środę rozmawialiśmy z profesorem, a w poniedziałek już zacząłem leczenie.

– Byłeś u profesora sam?
Cały czas była ze mną żona. Potem powiedziała, że nawet mi mięsień nie drgnął na twarzy, kiedy usłyszałem, że mam ziarnicę.

– A żona?
Przeraziła się strasznie, mimo że jest lekarką. Zasypała profesora pytaniami i to ją trochę uspokoiło. Ale wiesz... jestem tego pewien, że wtedy byłem taki silny i do przodu, bo wiedziałem, że Zosia jest ze mną. Nie miałem cienia wątpliwości, że nie zostanę z tym sam, że będę miał oparcie, niezależnie od tego, co się stanie. Zawsze wiedziałem, że nasze małżeństwo jest udane, ale choroba bardzo mnie w tym utwierdziła.

– To taki moment, który wszystko weryfikuje.
Pokazuje, jak jest naprawdę. Choroba dobry związek cementuje. Wiem, że jestem szczęściarzem. W szpitalu słyszałem o przypadkach, że mąż ma chorobę nowotworową, a żona od niego odchodzi. Albo odwrotnie. Nie mieści mi się to w głowie. Cały czas miałem poczucie całkowitego bezpieczeństwa. Przez 10 lat widziałem, jak Zosia opiekowała się swoją matką, która w wieku 82 lat złamała nogę i już nigdy nie mogła chodzić. Tu, w tym pokoiku obok, babcia mieszkała... Zobaczyłem wtedy, na ile Zosię stać, na jak ogromne poświęcenie.

– I to pozwoliło Ci się nie bać...

Żona przyjeżdżała ze mną na każdą chemię. Po trzech godzinach, kiedy wlali mi cztery butelki w żyłę, mogliśmy wracać do domu. Jeżeli się dobrze czułem, od razu jechaliśmy na Mazury. Była już jesień, pogoda najczęściej byle jaka, ale nam to nie przeszkadzało. Kominek, cisza, spokój, muzyka z płyty, widok na jezioro.

– To prawda, że poznaliście się z żoną podczas jazdy na rowerze – Ty miałeś wtedy 14 lat, a Zosia 13?
Mieszkaliśmy na Mokotowie, kilkaset metrów od siebie, szaleliśmy dookoła kina Stolica. Pamiętam dokładnie chwilę, kiedy ją zobaczyłem... śliczną dziewczynkę z bardzo jasnymi, długimi włosami, w czerwonych sztruksowych spodniach. Niesamowite wrażenie. Pomyślałem: „O Boże, jaka ładna”. Rower był duży, męski, a ona bardzo drobniutka i po prostu zjawiskowa.

– Miłość od pierwszego wejrzenia?
Trafiło mnie od razu. Ale wtedy byliśmy przecież dziećmi, potem przez wiele lat znaliśmy się luźno, z przypadkowych spotkań na ulicy. Pamiętam, że w liceum napisałem jej wypracowanie o Antygonie. Kilka razy wracaliśmy do siebie i rozstawaliśmy się. Dopiero kiedy byłem na drugim roku studiów, związek skleił się i trwa do dziś. Jesteśmy razem już 41 lat.

– Jaka jest tajemnica Waszej miłości?
Jest w tym coś nieuchwytnego. Nawet dla takiego racjonalisty jak ja jest to oczywiste. Po prostu wiem, że to ta kobieta. W mojej żonie wszystko mi odpowiada. Ale też ważna jest wzajemna tolerancja. Lubimy być ze sobą, spędzać wolny czas, rozmawiać, ale też razem pomilczeć. Jesteśmy nieszczęśliwi, kiedy z jakichś powodów musimy być osobno. Nie oznacza to, że nigdy i nigdzie bez siebie nie wyjeżdżamy. Zosia kocha Wenecję i pojechała tam niedawno na tydzień z naszą córką. Ja wolę Mazury i ryby.

– Kiedy patrzysz na żonę, to często widzisz tamtą dziewczynkę na rowerze?
Ona jest taka, jak wtedy... Waży tyle samo, ma tę samą sylwetkę, tak samo się porusza. Uśmiech, głos, włosy, sposób myślenia – to się nie zmieniło. To jest ta sama dziewczyna, tyle że ma już 61 lat.

– Kiedy tak Ciebie słucham, myślę sobie, że w dużym stopniu to żona wyrwała Cię z choroby, siłą miłości. Wiem, że zaraz powiesz, że nowotwór to rzecz chemiczna, błąd natury...
No dobrze, nie powiem. A tak poważnie, gdybym był sam, to chorobę znosiłbym znacznie gorzej, na pewno. Śmieję się, że w tym czasie ja przytyłem 10 kilo, a Zosia kilka schudła.

– Cały czas intensywnie pracowałeś. Byłeś wydawcą „Panoramy”, Twój głos można było usłyszeć w programie „7 dni świat”, ale zniknąłeś z wizji.
Przestałem się pokazywać, wbrew radom profesora, który mówił, że z punktu widzenia edukacji społecznej jest ważne, żebym dalej prowadził programy. Najpierw chory, źle wyglądający, spuchnięty od sterydów, potem zdrowiejący i w końcu zdrowy. Żeby ludzie widzieli, że można normalnie żyć, pracować i że ze złośliwego nowotworu można wyjść.

– Ale nie dałeś się przekonać.
Jak baletnica zwichnie nogę, to też nie tańczy w gipsie. Włosy wprawdzie mi nie wypadły, ale mocno się przerzedziły, brwi zostały, ale wypadły wszystkie rzęsy. Wyglądałem jak poparzony. Uznałem, że swoim widokiem stwarzałbym widzom pewien dyskomfort. Chociaż podziwiam i bardzo szanuję Kamila Durczoka, że zrobił tak, jak zrobił, że pokazał ludziom całe swoje doświadczenie.

– Pamiętasz ostatnią, 12. chemię...?
Pamiętam dobrze nawet moment wyjęcia igły. Koniec, ogromna ulga, że mam to z głowy, a nawet szczęście... Tak, szczęście to dobre słowo. Ostatnie cztery chemie źle znosiłem i miałem już tego dosyć. Usiłowałem nawet wymóc na lekarzach skrócenie terapii. I nareszcie koniec... Wycałowałem wszystkie pielęgniarki. Jeszcze czekały mnie badania kontrolne. Pojechałem nawet do Bydgoszczy, żeby wszystko sprawdzić na jedynym w Polsce, supernowoczesnym tomografie. Chciałem mieć całkowitą pewność, że jestem zdrowy. Pamiętam, że na wynik czekaliśmy trzy godziny. Byłem spokojny. Zosia nic nie dawała po sobie poznać. Gdy okazało się, że wszystko w porządku, natychmiast zadzwoniliśmy do córki. Dopiero niedawno dowiedziałem się, że chodziła wtedy po lesie i płakała, czekając na wynik badania.

– Kiedyś żyłeś pracą, chciałeś być w centrum wydarzeń. Czy dziś potrafisz nie brać ze sobą na Mazury komputera, nie czytać gazet?
Komputer biorę, dwa razy dziennie przeglądam serwisy agencyjne, gazety czytam, ale na pewno mam inny stosunek do swojego życia zawodowego. Mniej się przejmuję drobnymi niepowodzeniami. Kiedyś z różnymi bzdurami walczyłem niemal do ostatniej kropli krwi, szarpałem się, a teraz mam większy dystans. Nie martwię się też, czy mój program zdejmą, czy nie.

– Zobaczyłeś, że jest świat poza pracą?
Z całą pewnością do czasu choroby praca była u mnie na pierwszym miejscu. Brutalnie to mówię, ale nawet żona i córka były na drugim. Pamiętam, że kiedyś odbyły się nawet imieniny bez solenizanta, bo ja akurat wtedy musiałem wyjść. A teraz widzę, że moje zdrowie, życie prywatne jest równie ważne, jak praca. Ale nie mogę ci powiedzieć, że ważniejsze, skłamałbym. Po prostu wszystko się zbilansowało.

– Bardziej umiesz cieszyć się chwilą?
Zawsze kochałem przyrodę. Nie ma piękniejszej rzeczy niż jezioro, cisza i krzyk żurawia przed zmierzchem. Wszystko, co przyjemne, ładne, bardziej mnie cieszy niż przed chorobą. I jeszcze jedno: zacząłem przynosić żonie kwiaty, tak bez okazji, a dawniej robiłem to tylko na imieniny.

– Twój świat stał się teraz mniej bezpieczny?
Może, paradoksalnie, świat stał się bardziej przewidywalny. Różne rzeczy mogą się zdarzyć, ale ja już niczego się nie boję, chyba tylko Pana Boga i śmierci. Czuję się tak mocno, głęboko doświadczony, że nic ani nikt nie jest w stanie mnie złamać. Wiem też, że nic złego nie może się stać, dopóki jesteśmy z Zosią razem. Rozumiem dopiero teraz stare, dobre małżeństwa, w których gdy jednego zabraknie, to drugie szybko za nim podąża. To rzadki już przypadek, ale czasem, gdy widzę takie pary staruszków na ławce w parku, to myślę, że my też będziemy tacy sami.

– Choroba nie może powrócić?
Nawet gdybym się jutro dowiedział, że jest nawrót, to powiem: dam radę.

Rozmawiała Alina Mrowińska
Zdjęcia Piotr Bujnowicz/Farbyka Obrazu
Stylizacja Izabela Wójcik
Makijaż i fryzury Magdalena Jarętowska



SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)