Alicja Resich-Modlińska

Nie ma czasu wziąć ślubu. Może wreszcie uda się tego lata? Po raz pierwszy opowiada o swoim związku z Krzysztofem Jordanem.
Nie ma czasu wziąć ślubu. Może wreszcie uda się tego lata? Po raz pierwszy opowiada o swoim związku z Krzysztofem Jordanem. I o spotkaniu z Kamilem Durczokiem, który okazał jej wiele serdeczności. Bardzo jest mu za to wdzięczna.

Jakie są powroty?
Wspaniałe. Podobno nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, ale ja uważam, że można zaryzykować. Dać sobie więcej niż jedną szansę. Gdy dostałam propozycję powrotu do Dwójki, uznałam ją za prezent od losu. Cieszę się, że mogłam stworzyć „Śniadanie z Dwójką”, które też prowadzę.

– Twoje odejście dziesięć lat temu musiało być traumatyczne. Pozbyto się Ciebie bez znieczulenia?
To było bardzo trudne przeżycie, zniknęłam z ekranu wraz z „Wieczorem z Alicją” w okresie wielkiej popularności tego programu.

– Publiczność Cię doceniała – otrzymałaś trzy Wiktory. A jednak prasa Cię krytykowała.
To był pierwszy rozrywkowy talk-show w telewizji polskiej. Krytykowano „Wieczór…” za to, że nie przypomina amerykańskiego show Oprah Winfrey. A to inny gatunek. Wszyscy się uczyliśmy – ja, goście i prasa. Pamiętam absurdalne zarzuty, że nie jestem czarna jak Oprah.

– Masz specyficzne poczucie humoru: ironiczne, intelektualne. Czy szeroka publiczność je rozumiała?
Dogodzenie wszystkim jest trudne. Podam przykład. Znalazłam się kiedyś w jury programu dla dzieci wraz z Wojciechem Mannem, Janem Chojnackim i Grzegorzem Wasowskim. Umówiliśmy się, że przez cały program Wasowski się nie odezwie ani słowem, a my, jak gdyby nigdy nic, będziemy uparcie mówić do niego i dyskutować. Wydawało nam się, że to wyszło niezwykle śmiesznie. Na drugi dzień sprzedawca w moim sklepie powiada: „Fajny ten program, ale biedny ten Wasowski. Nie wiedziałem, że jest niemową”. A wracając do „Wieczoru”, wykreowałam w nim wielu wspaniałych artystów: Szymona Majewskiego, Piotra Gąsowskiego, Joasię Kurowską.

– Jak to jest być osobą budzącą kontrowersje?
To część naszego zawodu. Czasami boli, ale trzeba robić swoje. Radiowa „Trojka” przyzwyczaiła mnie do tego, że mogę sobie pozwolić na subtelności, na przykład w mocno abstrakcyjnym kabarecie Wasowskiego i Manna „Nie tylko dla orłów”. Byłam tam Zmysłową Sową i pisałam różne odjazdowe kawałki. Dziś młodzi ludzie mówią do mnie: „Zmysłowa sowa, no, no, no…”

– Fajnie czuć się ciągle zmysłową?
To było 18 lat temu, wtedy byłam zmysłowa.

– Z czasem zmysłowość wzrasta.
Dziękuję. W końcu mam niezły dekolt. Ale nigdy nie chwaliłam się zanadto klatką piersiową.

– Dlaczego? Nie wypadało?
Wolałam, żeby oceniano moje walory umysłowe, a nie biust. Ale zawsze miło usłyszeć, że jest się ładnym.
– Często to słyszysz?
Często. Od kobiet, dzieci i starców.

– Od własnych dzieci też?
Są moimi wielbicielami, z wzajemnością.

– A Twój partner Krzysztof Jordan umie komplementować kobietę?
Umie komplementować swoją kobietę.

– Odpowiadasz mi równie lakonicznie, jak kiedyś Tobie Krzysztof Kieślowski w Waszym telewizyjnym wywiadzie. Mocno się wówczas namęczyłaś?
Namęczyłam się. To pierwszy ważny wywiad w moim życiu.


– I chyba ostatni Kieślowskiego przed śmiercią?
Tak. Byłam bardzo stremowana, spięta. Tak to przeżywałam, że nie mogłam zasnąć przed spotkaniem. A potem przyśniło mi się, że jesteśmy z Kieślowskim na zboczu Gubałówki i on się opala na leżaku, pod pledem w kratkę, na masło kakaowe. Pamiętam do dziś zapach tego masła. Gdy spotkaliśmy się w barku przed nagraniem, był równie przerażony jak ja. Zdecydowałam się opowiedzieć mu o moim śnie. Zaczął chichotać, zaprzyjaźniliśmy się. W czasie programu doszło do sytuacji niezwykłej, on również zadawał mi pytania. Po premierze filmu „Czerwony” zszedł ze sceny i w towarzystwie Preisnera wręczył mi bukiet róż. To był piękny i wzruszający moment. Wielkie dowartościowanie mnie jako dziennikarza.

– A jednak po latach telewizja z Ciebie zrezygnowała.
Dokładniej telewizja zrezygnowała ze Studia A, którego byłam współwłaścicielem. Studio A było na prawo, a Robert Kwiatkowski na lewo. Krótko po jego nominacji na prezesa TVP zaczęto stopniowo zdejmować nasze programy. Podobno zajmowały tylko czas antenowy, który można było lepiej wykorzystać. Chciano mnie pognębić, dodając że jestem słabsza od innych. Nigdy nie zapomnę rozmowy z naszym czołowym reżyserem, szefem telewizyjnej rozrywki, który postanowił zdjąć cykl wywiadów „Bliskie spotkania”. Był dość bezpośredni: „Alicja, co ty będziesz ludziom takie pierdoły wciskać. Kogo obchodzi potrzeba filozofii Wojciecha Marczewskiego. Poopowiadaj lepiej o facetach, z którymi spałaś”. Bardzo przyjemne, prawda? No i nagle zostałam na lodzie.

– Bez pracy?
Bez pracy.

– Wpadłaś w panikę?
Zaczęłam szukać innego zajęcia. Pamiętam przykre dla mnie rozmowy typu: „A dlaczego pani już nie ma na ekranie?” lub „Dlaczego zgodziła się pani robić program «Piękny i Bestia» w RTL albo «Zerwane więzi» w Polsacie?” Miałam ochotę odpowiedzieć: «To moja praca!» Ale po „Wieczorze z Alicją” każdy program wydawał się być skromny.

– Wtedy w Twoim życiu prywatnym też byłaś na zakręcie. Rozwód, zmiana domu… Czy były mąż pomagał Ci przetrwać ten trudny okres?
Coś tam zarabiałam, ale oczywiście pomagał mi. Dzieci jeszcze wtedy chodziły do szkoły. Staś wspierał mnie psychicznie, mówił, że jestem najlepsza i mam się nie przejmować. To były niełatwe lata. Ale i wielki sprawdzian. Mogłam polec, a nie poległam. Jak się ma dzieci, nie można sobie pozwolić na załamanie.

– Jakoś musiałaś odreagowywać?
Mam w sobie coś takiego, że jak jest źle, to zaczynam dbać bardzo o siebie, o wygląd. Dieta, sport… Rekompensuję sobie złe samopoczucie, dodając zewnętrznego blichtru. Kilka głupich posunięć wtedy zrobiłam. Wybudowałam dom trzy razy za drogi w stosunku do moich możliwości.

– I kupiłaś alfa romeo.
Bardzo piękne alfa romeo. Zachowywałam się nierozsądnie.

– Widocznie wtedy było Ci to potrzebne?
Widocznie tak. Gdybym była rozsądna, kupiłabym małe mieszkanie, włożyła oszczędności do banku i żyła z procentu. Ale jestem honorowa, nie lubię okazywać, że ktoś mnie zniszczył.

– Biblia mówi: po siedmiu latach tłustych nadchodzi siedem chudych.
W tej wierze utrzymywała mnie też moja przyjaciółka, astrolog, profesor Violetta Koseska. Bardzo mi pomogła.

– Interesuje mnie, co się z Tobą działo już po odejściu z „Gali”, bo słuch po Tobie zaginął.
Poświęciłam się wtedy działalności piarowskiej. Zrobiłam kilka fajnych imprez. Trzy lata temu zaczęłam współpracę z TVP Kultura, gdzie prowadziłam niedzielne „żywe” studio. Wymyśliłam i opracowałam kanał TVP Rozrywka. Krótko mówiąc, zarabiałam, jak mogłam. Tu pisałam, tam pisałam. A „Gala”… Po raz pierwszy usiadłam po drugiej stronie biurka. To było całkiem nowe wyzwanie, nowy świat. Ja, niby gwiazda, a tu po prostu urzędnik. Lubię się za to, że podjęłam się tego zadania. Ale za parę rzeczy siebie nie lubię.

– Mówisz o felietonie na temat ogolonych głów?
Tak. Minuta na antenie nieznanego lokalnego radia, tuż przed ósmą rano, która na kilka lat zniszczyła moje życie. Nie mogłam sobie wybaczyć, że nie znałam kontekstu tej sytuacji i zażartowałam z osób chorych i cierpiących. Kiedy Kamil Durczok ogłosił na antenie, że jest chory, mnie nie było w Polsce, potem sama wylądowałam w szpitalu z podejrzeniem nowotworu, przeszłam ciężką operację i ominął mnie okres publicznej dyskusji na ten temat.

– Atakowała Cię wtedy cała Polska.
Tak. A ja przepraszałam i przepraszałam. Nie przyznałam się do tego, że po prostu nie wiedziałam. Uznałam, że nikt mi nie uwierzy. Zostałam kompletnie zaszczuta przez prasę brukową, która robiła sobie na mnie tabloidalne manewry w sezonie ogórkowym. Wpadłam w głęboką depresję. Paradoksalnie, w imię obrony praw chorych, wykonywano publiczną egzekucję na mnie.

– Udało Ci się przeprosić Durczoka?
Tak, odpowiedział na mój mail, w którym starałam się dokładnie opisać całą sytuację i prosiłam o jego osobiste przebaczenie.

– Przebaczył?
Nie wiem, ale zachował się bardzo życzliwie. Potem miałam okazję go spotkać. Podał mi rękę i okazał wiele serdeczności. Jestem mu za to ogromnie wdzięczna, bo to były dla mnie bardzo ciężkie czasy.

– A kiedy zaczęły się te lepsze?
Też wtedy, bo tamtą biedą jestem dzisiaj silna. Z mojego błędu wyciągnęłam wnioski, udało mi się podnieść, odzyskać zaufanie do siebie, utwierdziłam się w przyjaźni przyjaciół i miłości moich bliskich. Wiem, kto źle mi życzy. Już nie jestem Alicją z Krainy Czarów, tylko bywam.

– Wtedy też spotkałaś Krzysztofa?
Nie, dużo wcześniej. Dokładnie 10 lat temu, oczywiście na korcie. To niewątpliwie jasny punkt w moim życiu. Krzysztof zawsze zachowuje się fair. Nic na pokaz. Szanuje siebie i tych, którzy pojawiają się w jego życiu.

– Jest z zupełnie innej bajki niż Ty, nie ma z dziennikarstwem nic wspólnego. Takiego człowieka szukałaś?
Ja nikogo nie szukałam, po prostu usiadł naprzeciwko mnie przy stole, wśród wielu innych ludzi, a ja poczułam, że siedzę tylko z nim i to od zawsze, i na zawsze, i jest to najbardziej naturalny stan w moim życiu. Poczułam lekkość w plecach. Takie uczucie towarzyszy mi do dziś, nawet jak walczę z nim na korcie. Bo Krzysztof to sport. A sport to moja druga natura. Krzysztof to również świetne poczucie humoru. Takie sportowo-humorystyczne małżeństwo.

– Małżeństwo?
Nie mamy jeszcze ślubu, ciągle nie ma czasu. Ale oboje marzymy o tym, może uda się tego lata.

– Masz potrzebę zalegalizowania związku?
Miałam kilka lat temu ukłucia zazdrości, gdy ktoś mówił: „moja żona”, „mój mąż”. Brakowało mi tego. Mówimy o sobie „mąż” i „żona”, bo tak jest prościej. Czasem mówię też „mój Krzysztof”.

– Powiedziałaś, że to nie był błysk, płomień? Że uczucie rozwijało się stopniowo?
Był płomień, ale do wspólnego życia podeszliśmy bardzo rozważnie. Żeby nikomu nie sprawić za dużej przykrości. Krzysztof musiał kompletnie przeorganizować swoje życie. Jest z Poznania, tam funkcjonował zawodowo i rodzinnie.

– Teraz oboje mieszkacie w Warszawie i to w nowym domu?
W apartamencie, dla ścisłości. Tak wypada teraz mówić ( śmiech). To bardzo ładne mieszkanie, w Wilanowie. Właśnie się rozpakowuję.

– Wydawało mi się, że Ty nie przepadasz za zmianami w życiu. A tu ciągłe zmiany.
Tomek Raczek kiedyś ładnie to określił: „Ala, ty masz po prostu duszę pionierki”. Widać taka karma. Nauczyłam się, że nie należy przywiązywać się do miejsca, które się zajmuje w życiu.

– Pokory też się nauczyłaś?
Tak. Mój ojciec, profesor prawa, wpajał mi, że dla siebie trzeba mieć szacunek, ale zachowując odpowiednią perspektywę. W życiu odnosił ogromne sukcesy zawodowe, ale nigdy się nie wywyższał. Razem z mamą, osobą głęboko religijną, pomagali niezliczonej ilości ludzi. Tata udzielał porad prawnych, mama wspierała duchowo i żywiła. W taki sposób wyrażali swój szacunek do „życia poczętego”. Przejęłam to po nich i od lat angażuję się w liczne akcje charytatywne.

– A gdzie Alicja z Krainy Czarów?
Alicja jest już za duża i nie mieści się w lustrze. Teraz nadszedł czas moich dzieci. Są już dorosłe. Córka studiuje filozofię, syn jest muzykiem. Teraz oboje w Chinach zgłębiają tajniki tai-chi. Czuję w sobie coraz więcej spokoju. Nigdy nie przypuszczałam, że to takie miłe uczucie, na które tak bardzo trzeba się napracować.


Rozmawiała Krystyna Pytlakowska/ Viva!
Zdjęcia Magda Wunsche
Stylizacja Gisele Mobella
Makijaż Katarzyna Rogacewicz
Fryzury Kacper Rączkowski
/D’Vision Art
Produkcja sesji Paweł Walicki
Za pomoc w realizacji sesji dziękujemy Sinnet Tennis Club,
Warszawa, ul. Gołkowska 2.
www.sinnet.pl
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (3)
/2 lata temu
Madra I piekna kobieta !
/12 lat temu
Jest zadbaną i elegancką kobietą ale ma coś w sobie bardzo irytującego i denerwującego .Nie lubię jej oglądac i słuchać.
/12 lat temu
Od czasu ataku na Durczoka i ś.p. Pawłowskiego nie mam do niej szacunku. Tłumaczenie, że nie wiedziała o chorobie było żenujące. Przecież na sam ich widok można było stwierdzić, że są chorzy!!! A te jej "Śniadanie z 2" do jak dla mnie beznadziejny program. Jak rozumiem miało być konkurencją dla DDTVN...