Agnieszka Wosińska

Długo czekała na sukces. Dziś występuje w ambitnych przedstawieniach i serialu „Klan”. Czy teraz nadszedł czas na miłość?
/ 16.03.2006 16:57
Beata Sadowska: Czy umiesz odmawiać?
Agnieszka Wosińska: Nie!


Grzeczne dziewczynki nie odmawiają?
Jak byłam mała, wbijano mi do głowy, że to niegrzecznie nie odpowiadać na pytania. Walczę z tym. Bo jestem za mało cwana, żeby coś zmyślić albo wybrnąć dyplomatycznie.

– Uczysz się niegrzeczności?
Niegrzeczną dziewczynkę też w sobie mam. Na razie ta grzeczna jest silniejsza, ale sama się obawiam, co by było, gdyby odpuściła. Trochę boję się potwora, który we mnie siedzi. Chyba nie jestem taka fajna.

– Jaki jest ten potwór?
Apodyktyczny i upierdliwy, bywa histeryczny.

– Grzeczne dziewczynki idą do nieba, niegrzeczne – tam, gdzie chcą. Nie lepiej pójść tam, gdzie chcesz?
Bardzo chętnie, tylko chyba jeszcze nie wiem, gdzie chcę.

– Twoi znajomi ze szkoły teatralnej mówią, że doskonale wiedziałaś, czego chcesz. Jakbyś tam przyszła z gotowym biznesplanem.
Może dlatego, że nie miałam wątpliwości co do wyboru zawodu. I dopiero niedawno zaczęłam się za to cenić. Ale to nie znaczy, że sama ze sobą już się dogadałam, kim jestem i czego chcę.

– Chcesz grać u Krystiana Lupy.
Narobiłam sobie smaku. Kiedyś w jego przedstawieniu „Powrót Odysa” musiałam zaśpiewać syrenim głosem. I tyle. Inni musieli więcej i ja też chciałam. Zobaczyłam, jak pracuje, ile można się od niego nauczyć. Otworzył przede mną nowy teatralny świat. Metafizyka. Masz szansę unieść się pięć centymetrów nad ziemią. Iluzja, ale przyjemna. Działa jak narkotyk.

– To ryzykowna zabawa.
Lupa bardzo dużo wymaga. Dla niego teatr to cały świat. Dla mnie – duża część, ale poza tym chcę mieć i mam inne życie. On wymaga 100 procent uwagi. Kiedy u niego grasz, znikasz z codziennego życia, tracisz kontrolę. Musisz się umieć bronić, żeby jednak wracać do domu, nie tylko fizycznie.

– Do czego najbardziej chcesz wracać?
Do poczucia, którego chyba jeszcze się nie dorobiłam: osadzenia, bazy, rozpoznania swoich potrzeb.

– Kupno mieszkania to mały krok w tym kierunku?
Próba znalezienia miejsca na ziemi. Żeby chociaż ten adres był. A co to znaczy „moje miejsce na ziemi”? Wydaje mi się, że to tutaj, ale…

– ...„potwór” w każdej chwili może powiedzieć: „Po co Ci to mieszkanie?”
Na szczęście tylko rok w moim życiu nie mieszkałam u siebie. To było straszne. Jestem z Warszawy, studiowałam, mieszkając u mamusi. Potem szczęśliwie się złożyło, że rodziców było stać na kupienie mi malutkiego mieszkanka, więc po studiach byłam już na swoim. A kiedy zrobiło się za ciasne, wynajęłam mieszkanie od kolegi, który wyjeżdżał. Ale było mi źle z poczuciem, że nie wracam do siebie, nie mam swojego miejsca.

– Na scenie grzeczna dziewczynka budzi niegrzeczną?
No, no, no! I to jest cały numer. Jedyny moment, kiedy ta drapieżna może bez kłopotów się ujawnić.

– Pierwszy egzamin do szkoły teatralnej…
Oblałam rozmowę kwalifikacyjną, nie popisałam się. Rok później poszłam przygotowana (śmiech).

– Porażki mobilizują?
Jestem dosyć leniwa i chyba tylko porażka jest mnie w stanie zmusić do działania.

– Kiedy czytałam recenzje Twojej pracy w „Gazecie Wyborczej”, zastanawiałam się, jak Tobie się jeszcze chce. Roman Pawłowski za każdą rolę zmywał Ci głowę.
Nie pisał o głównych rolach, tylko obsmarowywał mnie. Wystarczyło, że przemazałam się w tle.

– Nie opadały Ci skrzydła?
Nie, bo w szkole nieźle mi szło. Sprawdzałam się, podobałam. Wyszłam stamtąd z poczuciem, że jest OK. Złe recenzje mnie nie martwiły. Raczej to, jak działały na innych. Czytali, że Wosińska jest beznadziejna i nie mieli jak tego zweryfikować, bo to były drobne role. Na szczęście po zagraniu u Agnieszki Glińskiej w „Pamięci wody” Roman Pawłowski napisał, że miło mu przyznać, że się mylił.

– Satysfakcja?
Na pewno, ale ten pean też przyjęłam ze spokojem.

– W szkole też podobno byłaś taka wyważona: bez euforii, bez histerii.
Mówiłam ci o potworze... Potrafię też wybuchnąć.

– Kiedy?
Czasami przez drobnostkę. A czasami sama szukam okazji. Podświadomie motam konflikcik, zdarza mi się bywać „podżegaczem wojennym”.

– Farbowany lis! No właśnie…
Jestem blondynką, ale natura chyba się pomyliła, bo lepiej mi w rudych. Poza tym, nawet jak po szkole przez jakiś czas byłam platynową blondynką, i tak wszyscy wołali na mnie „Ruda”.

– W takim razie, Ruda, relacje z mamą. Podobno trudne?
Były tak bliskie, że teraz jest trudno. Za późno zaczęłam odcinać pępowinę. Ale jest w porządku. Przy okazji mojej roli w „Pamięci wody” mówiłam, że czerpałam z własnych doświadczeń. Chodziło mi o stan mojej bohaterki: jakaś zapaść, dziwne cierpienie silnej osoby, głęboka depresja. Wtedy miałam w sobie podobny ciężar. Mogłam się utożsamić – aż za bardzo! Bolało.

– Co najbardziej?
Rola przyszła w momencie, kiedy trochę zaczęłam wątpić, czy jeszcze mi się uda przekonać do siebie twórców. O publiczność się nie bałam. Najpierw musiałam się jednak dochrapać roli, w której mogłabym się sprawdzić. Na tę u Agnieszki czekałam dziewięć lat.

– Strasznie długo.
Nie potrafiłam siebie sprzedać, więc miałam wymówkę: jestem fajna, ale nie umiem się wypromować. Aż kiedy zaczęłam podupadać, powiedziałam sobie: „Może w końcu ruszysz dupę?”. Potem okazało się, że wystarczyło więcej wysiłku.

– Dla mnie nieumiejętność sprzedania własnej osoby musi częściowo wynikać z niskiej samooceny: bo rodzice się rozeszli, bo mężczyzna zostawił. I przestajesz wierzyć.
Mnie też się nie układało. Miałam po drodze nieudane związki i siłą rzeczy zaczęłam trochę gorzej o sobie myśleć. To przekłada się na zawód, bo przegrywasz zdjęcia próbne albo nawet cię na nie nie zapraszają. Wtedy naprawdę trudno się ruszyć i ogarnąć rzeczywistość.

– Teraz dużo grasz w teatrze, masz dobre recenzje, występujesz w „Klanie” – zawodowe spełnienie?
Tak. Można powiedzieć, że się dowartościowałam.

– A prywatnie?
Powoli zaczynam się ze sobą dogadywać.

– I łatwo się bronić przed myślą, że w wieku 36 lat nie masz rodziny i dzieci?
Już to przerabiałam. Nic na siłę, bo nic dobrego z tego nie wynika.

– Wierzysz, że miłość zdarza się wtedy, kiedy jesteśmy na nią gotowi?
Chciałabym, żeby tak było i chciałabym być gotowa. Podobno tak samo jest z dziećmi: jak mają być, to są. Ale zaczynam myśleć o tym, że może ich nie będę miała.

– I jak Ci z tym?
Nie najlepiej. Ale z drugiej strony uważam za nieuczciwą chęć posiadania dziecka dla samej przyjemności posiadania. Nie chcę wpisywać się w stereotyp, że kobieta jest kobietą, jak zostaje matką. Uczę się być szczęśliwa tu i teraz.

– A jeśli macierzyństwo, to jakie?
Dotarło do mnie, że nie można mieć szczęśliwego dziecka, jeśli sama nie będę szczęśliwa.

– Wyobrażasz sobie, że zostajesz matką i rezygnujesz z kariery, na którą tak pracowałaś?
Karierę mogłabym odpuścić. Paradoksalnie tym łatwiej, im ciężej na sukces musiałam zapracować. Były chwile zwątpienia, więc teraz nie ma zachłystywania się.

– Pełnia szczęścia?
Jeszcze do tego nie doszłam. Ale najważniejsza jest chyba zgoda na siebie.

– Nawet na siebie w pojedynkę?
Pitu, pitu! Presja społeczna jest silna. Z tym jeszcze do końca sobie nie poradziłam. Nasłuchałam się komentarzy: „O, kochana, najwyższy czas, zegar bije”. I są takie dni, kiedy myślę: oni mają rację, przecież ja chcę być matką dla swojego dziecka, a nie babką.

– No i…?
Już wiem, jak mogłoby wyglądać szczęście: partnerstwo, miłość, dziecko.

– Częściej rzucałaś, czy byłaś rzucana?
Po równo. Za swoje dostałam.

– Ale był moment, że prawie wyszłaś za mąż.
Miałam nawet pierścionek zaręczynowy. Pierścionek został, przyjaźń też.

– Żałujesz, że tylko tyle?
Nie, to nie było to.

– I naprawdę nie żałujesz żadnego związku, nie myślisz: a gdybym wtedy postąpiła inaczej…
Zdarza się. Ale zaraz przychodzi refleksja, że tak nie można, że sama wpędzam się w kanał, że niby coś mogłam zrobić, a nie zrobiłam i teraz co?! To droga donikąd.

– Łatwo nie mieć do siebie pretensji?
Trudno. Jak zaczynam dorośleć, okazuje się, że mam sporo zakrętów do pokonania. Niektóre jeszcze z dzieciństwa, bo moja rodzina się rozpadła. Nie ma siły, to zostaje i trzeba to przepracować.

– Najlepsza terapia na zakręty?
Pracować w pocie i łzach, dopiero potem może przyjść sukces i miłość.

– A jak przychodzi ksiądz po kolędzie…
Była u mnie mama. Pierwsza kolęda w nowym mieszkaniu. Mama podenerwowana, czy mam w domu krzyż i święconą wodę. Koniecznie chciała się mną pochwalić. Ksiądz pyta o zawód, odpowiadam: „Aktorka”. A mama: „I do tego siostra zakonna z »Klanu«!”.

Rozmawiała Beata Sadowska
Zdjęcia Jacek Poremba
Stylizacja Jola Czaja, makijaż Tomek Kocewiak/D’Vision Art dla Lancôme,
Fryzury Sylwia Habdas-Zardoni/Metaluna, scenografia Ewa Iwańczuk,
Produkcja sesji Joanna Guzowska,
Scenografia Antik-Bazar, ul. Okrąg 9, Warszawa; Com 40, Galeria Mokotów,
Fioletowa sukienka – Peek & Cloppenburg; zielone buty – SHO BE DO; biała kamizelka z kokardą – Dawid Woliński, spodnie niebieskie – LILLA MODA; welurowa spódnica – Dawid Woliński, top – MACIEJ ZIEŃ FIRST CLASS