Agnieszka Radwańska fot. Olga Majrowska

Agnieszka Radwańska: Dopiero się rozkręcam

Ósma rakieta świata idzie przez korty jak burza. Zawsze walczy do końca. Dlaczego nie może dogadać się z tatą, jaką cenę płaci za uprawianie zawodowego sportu i kiedy będzie miała czas na męża i dzieci?
/ 14.12.2011 06:26
Agnieszka Radwańska fot. Olga Majrowska
Przez ostatni rok jej życie wykonało woltę o 180 stopni. Zawodowe: znów jest w pierwszej dziesiątce najlepszych tenisistek świata, zagrała w prestiżowym turnieju Masters, ma innego trenera – „na wyjazdy”, zdobyła indywidualny kontrakt sponsorski na stroje sportowe włoskiej firmy Lotto. I gra coraz lepiej – jej tenis jest niezwykle efektowny i skuteczny. A poza tym: wyprowadziła się z domu i… zmieniła kolor włosów. Spotykamy się z Agnieszką w jej ukochanym Krakowie, do którego zawsze wraca po zakończonym sezonie. „Isia” znajduje chwilkę między treningami. Rozmawiamy tak, jakbyśmy były na korcie – Radwańska świetnie odbija piłeczkę.

– Na spocie, który reklamował prestiżowy turniej Masters, stoisz pośród siedmiu najlepszych tenisistek świata w seksownej mini, szpilkach i wyglądasz…
Agnieszka Radwańska:
…jak milion dolarów? (Śmiech). Pamiętam, jak raz wystroiłam się w spodnie, białą koszulę, założyłam 14-centymetrowe szpilki. Podeszła do mnie jedna z koleżanek i powiedziała: „Czego byś nie ubrała, zawsze wyglądasz jak milion dolarów”. To było bardzo miłe.

– A propos miliona… W tym roku na korcie zarobiłaś dwa i pół miliona dolarów, jesteś w pierwszej dziesiątce najlepiej zarabiających tenisistek 2011 roku. Co się robi z takimi pieniędzmi?
Agnieszka Radwańska:
Inwestuję w nieruchomości. Na razie tylko w Krakowie. I uprzedzam twoje pytanie – nie mam mieszkania w Londynie. To był żart i źle się skończył. W jednym z programów telewizyjnych pokazywałam, jak mieszkam, potem podchwyciły to gazety, Internet. Tyle tylko, że ten luksusowy dom w Londynie, a właściwie pałacyk, był wynajęty. Mieszkałam tam dwa tygodnie. A ile było potem odkręcania z urzędem skarbowym!

– Lubisz życie w luksusie? Najlepsze tenisistki na świecie mieszkają podczas turniejów w pięciogwiazdkowych hotelach, mają do dyspozycji limuzyny z kierowcami i wszystko, czego zapragną…
Agnieszka Radwańska:
Luksus jest wtedy, jak mam dwa dni wolnego. Ciężko pracowałam na to, co mam. Grałam nawet wtedy, gdy nie byłam na 100 procent zdrowa. Ten sezon zaczęłam tuż po operacji stopy. Lekarze byli w szoku, że w ogóle wyszłam na kort.

– Nie rozczulasz się nad sobą.
Agnieszka Radwańska:
Nie mogę. Gdybym to robiła za każdym razem, jak coś mi dolega, granie nie miałoby sensu. To jest zawodowy sport. Wyobraź sobie na przykład, że w Australii gramy na betonie w 45-stopniowym upale. Przy podłożu temperatura dochodzi do 100 stopni Celsjusza. Kiedyś zrobiono próbę z jajkami. Wrzucono je na kort, a one po prostu się ugotowały. Podczas takiego meczu nie walczysz z przeciwnikiem, tylko z samą sobą. Niektóre zawodniczki mdleją, zdarza się to także zawodnikom.

– Jak kiedyś obecnemu numerowi jeden w męskim tenisie Novakowi Dokoviciowi. Podobnie Twojej koleżance Francuzce Marion Bartoli, którą zwożono z kortu na wózku inwalidzkim. A Ty zemdlałaś kiedyś?
Agnieszka Radwańska:
Na korcie nigdy, ale wiele razy byłam o włos. Miałam wrażenie, że dochodzę do ściany i nie jestem w stanie zrobić już nic. Nie mam siły ruszyć ręką ani nogą, w głowie mam pustkę, a przed oczami ciemność. Ale potem jest kolejna piłka i kolejna. A mecz może trwać godzinę, a może trzy i pół. Pamiętam kilka takich horrorów. Najgorzej było w Tajlandii. Sto procent wilgotności, upały. I jak tu grać? Po meczu, zanim wróciłam do pokoju, wskakiwałam do basenu. W ubraniu. Ściągałam jedynie buty.

Porozmawiajmy o gwiazdach - forum >>


– Istny „hardcore”!
Agnieszka Radwańska:
Mówi się, że sport to zdrowie (śmiech). Pod koniec zeszłego sezonu podczas któregoś z treningów zaczęła mnie strasznie boleć stopa. Wylądowałam u fizjoterapeuty. Potem raz było lepiej, raz gorzej, szczerze mówiąc, trochę to olałam. Grałam dużo ciężkich meczów i na tym się koncentrowałam.

– I w końcu wylądowałaś na stole operacyjnym.
Agnieszka Radwańska:
Nie tak od razu. Wiedziałam, że coś jest nie tak, choć lekarze w Stanach mówili, że to nic poważnego. Ale bywało i tak, że jak wstawałam z łóżka, noga się pode mną uginała. Kiedy jednak na US Open wstałam rano i mało nie upadłam, wiedziałam, że muszę coś z tym zrobić.

– Mimo to wyszłaś na kort.
Agnieszka Radwańska:
Tak. Na dużej ilości tabletek przeciwbólowych i przeciwzapalnych. Starałam się oszukać organizm. Po powrocie do Polski zrobiłam badania i okazało się, że mam przeciążeniowe złamanie kości. Ale przede mną były jeszcze dwa obowiązkowe turnieje, z których nie mogłam zrezygnować. Konsekwencje byłyby zbyt duże.

– Tak duże, że zaryzykowałaś grę z pękniętą kością? Warto było? Wielu zawodników z powodu kontuzji przedwcześnie kończy karierę.
Agnieszka Radwańska:
Nie chodziło wtedy tylko o kwestie finansowe. Spadłabym w rankingu, musiałabym zapłacić gigantyczne kary. Nawet gdybym nie grała, to do rankingu przypisano by mi punkty, czyli w tym wypadku dwa zera. Można powiedzieć, że grałam na jednej nodze. Skończyło się operacją, podczas której wycięli mi kość – tak zwaną trzeszczkę.

– Chodziłaś o kulach i grałaś?
Agnieszka Radwańska:
Podczas pierwszych treningów miałam ustawione na korcie krzesło. Siadałam, brałam rakietę, tata mi rzucał piłki, a ja odbijałam. Później już stałam i odbijałam. Ale za piłką nie latałam (śmiech). Nawet mi wtedy nie przyszło do głowy, że jak zwykle rozpocznę nowy sezon od Australian Open. Miałam nie grać aż do kwietnia, ale w styczniu byłam na korcie.

– I całkiem nieźle Ci poszło…
Agnieszka Radwańska:
Najpierw pomyślałam, że skoro nie gram i siedzę w domu, to równie dobrze mogę sobie zrobić wakacje w Australii. Że pojadę odpocząć i kibicować Uli. Na miejscu doszłam do wniosku, że szkoda, żebym siedziała bezczynnie. Zgłosiłam się więc do turnieju. Na szczęście miałam możliwość zrezygnowania nawet godzinę przed rozpoczęciem meczu. Nie zrezygnowałam. Potem noga puchła jak cholera. Musiałam trzymać ją w wiaderku z lodem. Połowy butów w ogóle nie mogłam włożyć. O szpilkach nie było mowy.

– Jesteś jedną z niewielu tenisistek, które „po godzinach” chodzą w szpilkach.
Agnieszka Radwańska:
Tak, ale oczywiście trampki też noszę. Nie wyobrażam sobie siebie non stop w butach sportowych. Uwielbiam szpilki.

– Wracając do Australian Open. Od tego momentu poszłaś jak burza. Sprawozdawcy sportowi mówią o Tobie „pani profesor”. I że jesteś mistrzynią ofensywy. A także, że tegoroczny sukces zawdzięczasz między innymi zmianie trenera…
Agnieszka Radwańska:
Nieprawda, że zrezygnowałam ze współpracy z tatą. Zmieniłam tylko jej zasady. Ponieważ było między nami trochę spięć, postanowiliśmy, że na wyjazdach będzie ze mną Tomek Wiktorowski – trener żeńskiej kadry tenisowej, a w Krakowie nadal będę trenować pod okiem taty.


– Czyli że nie usłyszymy już, jak krzyczysz z kortu do siedzącego na trybunach taty: „Odpieprz się”, tak jak było na turnieju Rolanda Garrosa w Paryżu?
Agnieszka Radwańska:
Na turniejach jest bardzo dużo emocji. A mój tata jest nerwowym człowiekiem. Nie przeczę, że bardzo często dochodziło między nami do awantur. Oboje mamy trudne charaktery, każde z nas upiera się przy własnym zdaniu, no i krzyczymy na siebie, niestety. Ale wtedy, na Roland Garros, już nie dałam rady pohamować emocji. To był już ten moment, kiedy nie potrafiliśmy się kompletnie porozumieć, kłóciliśmy się bez przerwy. On nie wytrzymywał ciśnienia podczas turnieju, a ja nie wytrzymywałam tego, że on nie wytrzymuje. Zaczęło mi to przeszkadzać. Postanowiliśmy, że zrobimy sobie przerwę. Oboje chcemy, żeby było dobrze. A teraz, kiedy nie jesteśmy ze sobą niemal 24 godziny na dobę, lepiej się dogadujemy.

– Twój ojciec mówił, że zmieniłaś starego tatę trenera na młodego, przystojnego, z Warszawy. I lepiej by było, żebyś zamiast malować paznokcie, zabrała się za treningi i że marnujesz swój potencjał.
Agnieszka Radwańska:
Nie komentuję jego wypowiedzi.

– Nawet wtedy, gdy mówił, że nie chce, żebyś stała się „królową straconych szans”?
Agnieszka Radwańska:
(Śmiech). Nikt nie lubi krytyki.

– Nowy trener Cię nie krytykuje?
Agnieszka Radwańska:
Raczej nie, bo my dyskutujemy. O tym, co zrobiłam źle, co muszę poprawić i nad czym jeszcze popracować. Ale jeśli mam inne zdanie, to nie siedzę cicho jak mysz pod miotłą. Z Tomkiem znamy się od lat. Wie, jak gram, co mogę na korcie zrobić, a czego nie zrobię na pewno. A poza tym świetnie dogadujemy się również poza kortem. To bardzo ważne, bo podczas turnieju jesteś z trenerem non stop, czasem przez półtora miesiąca. Gdyby ktoś miał mnie denerwować przez cały ten czas, to bym powiedziała: „Dziękuję bardzo, do widzenia panu”. A Tomek mnie nie denerwuje.

– Czyli to, że tak dobrze Ci poszło w tym sezonie, jest po części i jego zasługą?
Agnieszka Radwańska:
Po części pewnie tak. Stałam się spokojniejsza. Mam mniejszą presję.

– Czujesz się coraz pewniej na korcie, masz „na rozkładzie” gwiazdy tenisa, grasz wspaniale technicznie, nawet kiedy schodzisz z kortu pokonana, to wśród owacji. Twoja gra jest bardzo widowiskowa. Na Ciebie w nowym, ciemniejszym kolorze włosów też miło popatrzeć. Ten rok był dla Ciebie naprawdę wyjątkowy…
Agnieszka Radwańska:
Przede wszystkim dlatego, że po raz pierwszy zagrałam w turnieju Masters, w którym gra osiem najlepszych zawodniczek świata.

– Doszłaś bardzo wysoko, ale miałaś też i gorsze momenty.
Agnieszka Radwańska:
W porównaniu z tym, że w jednym z turniejów musiałam zagrać przeciwko siostrze, nawet przegrana w Masters nie była taka zła. Jesteśmy z Ulą najlepszymi przyjaciółkami. Wszystko robimy razem. Razem trenujemy, chodzimy na imprezy. Chyba że akurat gramy turnieje w różnych miejscach na świecie. Ale nawet wtedy gadamy ze sobą przynajmniej dwa razy dziennie. Kiedy się dowiedziałam, że staniemy przeciwko sobie, nie wiedziałam, czy śmiać się, czy płakać. Podobnie zresztą jak Ula. Wyszłyśmy na kort i zagrałyśmy. Bo jaki miałyśmy wybór? Pozostałe zawodniczki z niedowierzaniem na nas patrzyły, kręciły głowami i mówiły, że to jest „joke of the week”. Dla mnie to nie był żart tygodnia. To był żart roku! I wielka przewrotność losu. Na 128 zawodniczek musiałyśmy trafić akurat na siebie!


– Razem z siostrą też studiujecie.
Agnieszka Radwańska:
Nawet poczekałam na Ulę dwa lata, żebyśmy mogły uczyć się na jednym roku. Jesteśmy jednymi z niewielu zawodniczek, które nie dość, że zdały maturę, to jeszcze studiują. Tylko że z czasem u nas kiepsko, ale robimy wszystko, by nadążyć za innymi studentami. Na szczęście wykładowcy na wydziale turystki i rekreacji na AWF-ie idą nam na rękę i pozwalają zaliczać egzaminy wtedy, kiedy nam pasuje.

– A jak się zakochacie, to nie będziecie ciągle razem…
Agnieszka Radwańska:
(Śmiech). Damy radę, ale między nami faktycznie jest wyjątkowa więź. Od roku mieszkamy we dwie. I jest świetnie. Co prawda mamy teraz dużo więcej obowiązków, ale dzielimy je po równo. Jak ja ogarniam kuchnię, to Ula łazienkę i tak dalej.

– Co z gotowaniem?
Agnieszka Radwańska:
Muszę z bólem stwierdzić, że nie umiemy gotować, nigdy nie było na to czasu… i dalej nie ma. Ale mama mieszka blisko i zawsze nam uzupełnia zamrażarkę i zaopatruje w obiadki.

– Czytałam, że Twoi rodzice się rozwiedli.
Agnieszka Radwańska:
Nie mieszkają już razem. Rozstali się rok temu.

– Nie wytrzymali intensywnego tenisowego życia w rozjazdach?
Agnieszka Radwańska:
Tenis nie miał raczej tu nic do rzeczy. Rozstali się, jak to się może zdarzyć każdemu innemu małżeństwu.

– Bardzo przeżyłaś ich rozwód?
Agnieszka Radwańska:
Nikt nie chce, żeby jego rodzice się rozeszli, i każde rozstanie się przeżywa. Ale my z Ulą dałyśmy sobie z tym dobrze radę. Myślę, że to dlatego, że rodzice rozwiedli się, kiedy my już byłyśmy dorosłe. Może gdyby wydarzyło się to kilka lat wcześniej, byłoby nam trudniej. A my już jesteśmy samodzielne, mamy swoje życie, więc jakoś tak strasznie w nas to nie uderzyło. Zwłaszcza że rozpad ich małżeństwa to był długotrwały proces.

– Jesteś piękną, młodą kobietą, otoczoną aurą sukcesu, wokół Ciebie mnóstwo przystojnych, bogatych mężczyzn, otoczonych aurą sukcesu…
Agnieszka Radwańska:
Domyślam się, do czego zmierzasz. Wiesz przecież, że o sprawach prywatnych nie opowiadam publicznie. Mogę tylko zdradzić, że w przyszłości chcę mieć rodzinę, dzieci. Ale nie teraz. Chociaż moja koleżanka Belgijka Kim Clijsters urodziła dziecko, a zaraz potem wygrała turniej wielkoszlemowy US Open. Jak ona to zrobiła? Tego nie wiem. Ja poczekam do końca kariery, czyli mniej więcej do trzydziestki (śmiech).

–  To jakieś osiem lat, jeszcze trochę przed Tobą.
Agnieszka Radwańska:
Jestem bliżej początku niż końca kariery. I dopiero się rozkręcam. Chociaż z kobietami nigdy nic nie wiadomo, bo są zmienne (śmiech). Właśnie dlatego kobiecy tenis jest mniej przewidywalny niż męski.

– Ma to swoje minusy. Niektóre tenisistki, jak Twoja koleżanka Wiera Zwonariewa, grają nierówno. Zdarzały jej się na korcie ataki histerii.  A Ty, jak wstaniesz lewą nogą, to jak grasz? Bo nerwy na wodzy potrafisz utrzymać.
Agnieszka Radwańska:
Nie da się grać cały czas na wysokim poziomie, nikt nie jest maszyną. Zdarza się gorszy dzień, gorszy mecz. Czasem po prostu nie wychodzi. Nazajutrz na korcie nagle wszystko się udaje. To tak zwany dzień konia. Mniej elegancko mówi się: „ale mu rzygało”. To nasz tenisowy slang.


– To świetnie Ci się w tym roku „rzygało”. O ile torebek powiększyła się Twoja słynna kolekcja?
Agnieszka Radwańska:
Wiesz przecież, jeden wygrany turniej – jedna nowa torebka. Wygrałam dwa prestiżowe. Ale nie powiem ci, jakie torebki kupiłam, bo znowu wszyscy będą mi wypominać.

– Tak jak Twoje pomalowane paznokcie.
Agnieszka Radwańska:
Śmiejemy się z Ulą podczas pakowania: „Uff, skończyłyśmy. Jeszcze tylko rakiety, stroje na kort, lakier do paznokci i jesteśmy gotowe”. Popatrz na to z innej strony. Na korcie jesteśmy spocone, czerwone, zmęczone. Mało kobiece. Jedyne, co mogę zrobić, żeby trochę lepiej wyglądać, to pomalować paznokcie. Dlatego zawsze mam zrobiony manikiur. A jeśli gdzieś wychodzę, to mam także zrobione włosy, makijaż, wkładam szpilki i kieckę. Najbardziej mnie śmieszy, jak wchodzę na 12-centymetrowych albo wyższych szpilach na players party i wszyscy się dziwią, że po całym dniu na korcie daję radę chodzić w takich butach.

– Wracamy do szpilek, to jakiś fetysz.
Agnieszka Radwańska:
Mówiłam kiedyś, że życie tenisisty jest jak bycie w klasztorze. Pełne wyrzeczeń. Staram się więc między turniejami, treningami, które zajmują 99 procent mojego czasu, żyć jak normalna dziewczyna. Lubię chodzić w sukienkach, robić zakupy i spotykać się z przyjaciółmi. Na szczęście mam Ulę i Karolinę Wozniacki (numer jeden w światowym rankingu – red.). O mnie i o Karolinie na zawodach mówią „double trouble”. Gdy dołącza do nas Ula, zmieniają na „triple trouble”.

– Kłopoty? Dlaczego?
Agnieszka Radwańska:
Z nami jest zawsze wesoło. Zawsze nas słychać. Uwielbiamy stroić żarty, śmiać się. Bardzo im ufam. Mimo że mam dopiero 22 lata, nie ufam ludziom, bo kilka razy się nacięłam. Okradła mnie przyjaciółka, z którą znałyśmy się od 10 lat. I to nie z pierścionka czy kosmetyków, ale ze wszystkiego. Mieszkała w innym mieście i jak przyjeżdżała do Krakowa, nocowała u nas. I przy okazji wynosiła różne rzeczy, a my się w ogóle nie kapnęłyśmy. To mnie nauczyło dystansu wobec ludzi.

– Ikona tenisa, Martina Navratilova, mówi, że jeśli poprawisz grę ofensywną, będziesz tenisistką kompletną. Wojciech Fibak – że mogłabyś grać jeszcze lepiej, gdybyś na zimę nie wracała do Krakowa, tylko trenowała w ciepłych krajach. A Ty wracasz.
Agnieszka Radwańska:
Rodzina, przyjaciele są dla mnie ważniejsi od tenisa. Gdybym nie mogła tych dwóch miesięcy spędzić w domu, wolałabym nie grać. Tutaj mam nie tylko najbliższych, ale też studia, mieszkanie. Po 10 miesiącach w podróży muszę mieć dokąd wrócić. W Krakowie ładuję akumulatory. Zdarza mi się przyjechać choć na dwa, trzy dni między turniejami, by wyspać się we własnym łóżku i poleżeć na swojej kanapie. Takie chwile dają mi więcej niż długi wypoczynek w ciepłych krajach.

– Jesteś na wysokim ósmym miejscu w rankingu. Cel na przyszły rok to…?
Agnieszka Radwańska:
Nie myślę takimi kategoriami. Co mam powiedzieć? Że chcę być pierwsza w rankingu? Albo wygrać Wielkiego Szlema? Pewnie, że chcę. Tak jak każdy tenisista. Niczego nie zakładam. Nie wróżę sobie, po prostu gram do końca.

Rozmawiała Katarzyna Zwolińska
Zdjęcia Olga Majrowska
Stylizacja Jola Czaja
Makijaż i fryzury Paweł Bik
Produkcja sesji Ela Czaja i Tomasz Czmuda

Zdjęcia zostały zrealizowane we wnętrzach Hotelu Stary, ul. Szczepańska 5 w Krakowie, tel 0048 384 08 08, email: stary@hotel.com.pl, www.hotel.com.pl.
Właścicielom Hotelu Stary za pomoc serdecznie dziękujemy.
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/14.01.2019 14:45
Tenis - sport dla bogatych, to i można się na nim wzbogacić? To nie to co piłka nożna dla pospólstwa?