Agnieszka Popielewicz i Marcin Mroczek

Ta historia miłosna zaczęła się od programu "Ciao Darwin", a rozwijała dzięki internetowemu Gadu-Gadu.
/ 16.03.2006 16:57
Krystyna Pytlakowska: Czy Wy się kiedykolwiek kłócicie?
Marcin Mroczek: Prawie wcale. Chociaż od czasu do czasu bywają spięcia.
Agnieszka Popielewicz: Ale szybko nam przechodzi. Mamy na to receptę.
M. M.: Rozmowa to nasze lekarstwo na nieporozumienia. Zdarza się, że trudne sytuacje wywołują w nas negatywne i niepotrzebne emocje, ale staramy się, by nie wpływały na nasze zachowanie wobec siebie.

- A jak zdobywałeś Agnieszkę? Trudno było?
M. M.: Tak jak każdy facet robiłem wszystko, żeby się we mnie zakochała.
A. P.: Poznaliśmy się w programie telewizyjnym "Ciao Darwin".
M. M.: A później umówiliśmy się w Warszawie.
A. P.: To nie było takie łatwe, ja jestem z Katowic. Dzieliło nas 300 kilometrów.
M. M.: Drugie spotkanie jednak nastąpiło dość szybko.

- Co Was przyciągnęło do siebie?
A. P.: Rzadko spotyka się osobę, z którą można od razu przegadać kilka godzin i nie nudzić się.
M. M.: A my siedzieliśmy i gadaliśmy.
A. P.: I nie mogliśmy skończyć.
M. M.: W ogóle nie widzieliśmy innych ludzi, tylko siebie. Obsługa klubu, w którym byliśmy, patrzyła na nas dziwnie: wszyscy już dawno wyszli, a my nie zauważyliśmy, że jesteśmy ostatnimi gośćmi. Na koniec wymieniliśmy się numerami Gadu-Gadu i rozpoczęły się nocne rozmowy.
A. P.: Jesteśmy w relacji, która właściwie mogła się rozwijać dzięki Internetowi. Bo koszt rozmów przez telefony komórkowe był dla nas zbyt wysoki. Od października będziemy się widzieć o wiele częściej, bo najprawdopodobniej zacznę studiować w Warszawie. Złożyłam swoje dokumenty na uniwersytecie i czekam na odpowiedź.


- Spotykaliście się więc wirtualnie. Taka miłość bez dotyku i zapachu?
M. M.: Nie tylko wirtualnie. Agnieszka dosyć często przyjeżdżała do Warszawy nie tylko do mnie, ale także w sprawach zawodowych.
A. P.: Moi rodzice zawsze uważali, że nauka powinna być na pierwszym miejscu. Jestem jedynaczką, bardzo związaną z rodziną. Wyjazdy do stolicy sprawiały, że tracili w pewnym sensie kontrolę nade mną. Szukałam więc pretekstów, żeby się wyrwać do Marcina, ale bywałam i na castingach, i na zdjęciach. Nie kombinowałam. Zresztą moja mama poznała go w tym samym czasie, co ja przy "Ciao Darwin". Była zaskoczona, że to taki kulturalny młody człowiek.

- Bo pocałował ją w rękę?
A. P.: Nie, ujął ją tym, że nie znając jeszcze mojego imienia, zwracał się do mnie "koleżanko". Czy napijesz się czegoś, koleżanko? Koleżanko, czy potrzymasz mi bułkę?" Zaskoczyło nas to, że nie zwracał się do mnie na "ty" Zachowywał się jak prawdziwy dżentelmen.
M. M.: No, no. Nie wiedziałem, że jestem aż tak sympatyczny.


- A nie jesteś? Opowiedz o urodzinowej niespodziance dla Agnieszki.
M. M.: Postanowiłem, że moja dziewczyna musi się trochę namęczyć, żeby zdobyć swój prezent. Uznałem, że zbyt banalnie będzie go po prostu wręczyć. Chciałem, żeby jej pierwsze urodziny ze mną były wyjątkowe i utkwiły jej w pamięci. Spędziłem nad przygotowaniem tego kilka wieczorów.
A. P.: Marcin powiedział, że pójdziemy do centrum handlowego, do biura podróży. Ja też nalegałam, bo chcieliśmy sobie wcześniej zaplanować wakacje. Cały czas dziwnie się zachowywał. Myślałam, że coś kręci, bo ciągle wykonywał jakieś tajemnicze telefony, ukrywał się, zostawał w tyle.
M. M.: Najpierw zostawiłem Agnieszkę w biurze turystycznym na 40 minut. Musiałem dopiąć wszystko na ostatni guzik. Wściekła się i jak wróciłem, już jej nie było. Zadzwoniłem do niej, a ona zła na mnie jak osa mówi, że na pewno się z kimś umówiłem i w jej urodziny zostawiłem ją samą. Musiałem się napocić, żeby ją udobruchać.
A. P.: W końcu jakoś mnie przekonał i zeszliśmy na dół na kiermasz wielkanocny. Oglądając pisanki, wcisnął mi do ręki jakąś kartkę i zniknął, zanim zdążyłam się odwrócić. Otwieram kopertę, czytam i nic nie rozumiem. Tam ukryta w wierszu wskazówka, gdzie mam się udać. Czytam raz, drugi, trzeci. Wiem, że chodzi o jakąś toaletę, ale gdzie ona jest? W końcu domyśliłam się, trafiam tam i za lustrem widzę kartkę. A na niej to, czego najbardziej nie lubię - równanie matematyczne.
M. M.: Z jedną niewiadomą, dosyć proste, ale wiedziałem, że sprawi kłopot Agnieszce (śmiech).
A. P.: Zatelefonowałam po pomoc do przyjaciela z politechniki, który jeszcze w liceum pomagał mi w matmie. W ciągu trzech minut rozwiązał to równanie, dzięki któremu już wiedziałam, gdzie mam iść. Do kawiarni. Tam podeszła kelnerka z tacą i kolejną kopertą. Otwieram, a z niej wylatują pieniądze - 12 złotych i instrukcja, że mam sobie zrobić zdjęcie w automacie. Iść do sklepu z zabawkami, położyć zdjęcie na ladzie, a w zamian coś dostanę. I rzeczywiście, ekspedientka patrzy na zdjęcie i bez słowa daje mi breloczek z kluczem. I kopertę z kartką, że mam się udać do schowka o numerze najszczęśliwszym dla Marcina. To była trzynastka. Biegnę więc do tej skrzynki. Otwieram ją i widzę różę, pięknie zapakowane pudełeczko oraz wizytówkę restauracji, do której mam teraz pójść. Tam czeka na mnie stolik z ogromnym bukietem róż i... Marcin, elegancko ubrany. Kiedy zdążył się przebrać? Jemy obiad, a potem kelnerka wnosi tort ze świeczkami.


- Zaskoczył Cię?
A. P.: Ujął mnie pomysłowością i zainteresowaniem, jakim otacza drugą osobę. Rzadko zdarza się, że mężczyzna umie tak zabiegać, tak wyczuwać potrzeby drugiej osoby.

- Nowa miłość była lekiem na poprzednią?
A. P.: Kiedy się spotkaliśmy, byliśmy w trudnym momencie życia. Oboje siebie potrzebowaliśmy. Bardzo poważnie podchodzę do miłości. Jest dla mnie czymś świętym.
M. M.: Starałem się jakoś pozbierać po poprzednim związku. Kiedy poznałem Agnieszkę, mogłem szybciej poukładać sobie swoje życie i poczuć na nowo motylki w brzuchu. Tak naprawdę zakochałem się w niej przy trzecim spotkaniu
- w Krakowie. Tam poczułem tę iskrę.
A. P.: Chyba trzeba trochę przeżyć, wszystko sobie poukładać i przekonać się, że można się jeszcze raz zakochać. Przeżycia i ludzie, którzy w nich uczestniczą, kształtują osobowość.
M. M.: Niczego nie żałuję. Myślę, że wszystko w naszym życiu jest cenne i zdarza się w jakimś celu. Przeszłość jest lekcją i trzeba z niej korzystać, a nie się odcinać.

- Na różnych etapach życia potrzebujemy innego rodzaju miłości?
A. P.: Miłości potrzebujemy zawsze, ale w różnych jej formach
i kształtach. Zmieniamy się, dojrzewamy. Kochamy bardziej dorośle.
M. M.: Ale, bez względu na wiek, w miłości nie powinno zabraknąć nuty świeżości i młodzieńczego szaleństwa.

- A ile jesteście ze sobą?
M. M.: Daty i czas uczuć chcemy zachować tylko dla siebie, inaczej tracą one swą magię.


- A kiedy padło to ważne słowo?
A. P.: Trochę musiało potrwać, zanim to powiedziałam.
M. M.: Pierwsze kocham wyszło od Agnieszki, i to na Gadu-Gadu.
A. P.: Oj nie, to ty mi to powiedziałeś przez telefon. I miałeś pretensje, czemu ja ci tego nie mówię.
M. M.: Powiedziałem przez telefon, bo ty mi to wcześniej napisałaś.
A. P.: Nie, ty byłeś pierwszy.
M. M.: No dobrze. W każdym razie nie należy kocham mówić za często.
A. P.: To zbyt ważne słowo. W każdym razie po naszych rozmowach przez Internet przed spotkaniem trochę się baliśmy, czy potrafimy się tak naprawdę porozumieć. Czy nie ulegamy internetowej iluzji.
M. M.: Baliśmy się, czy dorastamy do naszych wyobrażeń. A potem przekonaliśmy się, że w rzeczywistości, przebywając ze sobą "na żywo", jest jeszcze lepiej.

- Marcin, a kiedy przedstawiłeś Agnieszkę bratu?
M. M.: Nie musiałem tego robić. Podczas nagrania programu, gdzie poznałem Agę, byłem z bratem.

- Odbijaliście sobie kiedyś dziewczyny?
M. M.: Podobały nam się te same, ale nigdy nie było takiej sytuacji, że byliśmy rywalami. Szanse są wyrównane, więc byłoby to zbyt ryzykowne (śmiech). Agnieszka też się Rafałowi podoba, sam mi to mówił.
A. P.: Z Rafałem mam dobry kontakt. Potrafimy śmiać się i bawić w swoim towarzystwie. Gdy jesteśmy we trójkę, ja "rządzę" (śmiech). Moją kartą przetargową jest gotowanie.
M. M.: Agnieszka gotuje, a my zmywamy. A dużo po niej zmywania, bo zużywa tyle naczyń, jakby przygotowywała posiłki dla 13 osób, a nie trzech. Fajnie, gdy jest Agnieszka ze swoją kobiecą rączką.


- Jesteście zazdrośni o siebie?
A. P.: Często jesteśmy wystawiani na takie próby, jakich inne pary nie mogą doświadczyć. Gdy pojawia się tłum fanek, a często bywają to szalone nastolatki, odpychają mnie, odgradzają od niego. Bywam bezradna! I... zazdrosna.
M. M.: Nie trzeba zwracać na to uwagi i uzbroić się w cierpliwość w rozdawaniu autografów.

- Irytuje Cię, że jesteś w jego cieniu?
A. P.: To nie tak. Złościło mnie, kiedy mówiono, że chcę dzięki niemu coś osiągnąć. Nie jestem przecież całkiem anonimowa.
M. M.: Aga, nim ją poznałem, wygrała konkurs Oriflame "Matka i córka". Już wtedy wzbudzała duże zainteresowanie swoją osobą.
A. P.: Konkurs odmienił moje życie. Potem zaczęło się pozowanie, zdjęcia, udział w programach.

- Jak sobie radzicie z zazdrością?
M. M.: Raz lepiej, raz gorzej. Ale im dłużej jesteśmy ze sobą, tym bardziej sobie wierzymy. Poznajemy się w różnych sytuacjach, co sprawia, że nabieramy do siebie zaufania.
A. P.: Kiedy Marcin jest zazdrosny, to tak zabawnie drga mu szczęka. M. M.: Nie lubię być zazdrosny, chociaż uważam, że odrobina zazdrości jest potrzebna!
A. P.: Spędzamy ze sobą teraz dużo czasu, przez co uczymy się bycia razem. Wakacje nam w tym pomogły. Spędziliśmy cudowne dwa tygodnie na Krecie, blisko natury, z dała od szarej rzeczywistości.

- Planujecie przyszłość?
M. M.: Jeszcze nie. Za dużo dzieje się wokół nas. Pochłonięty jestem nagrywaniem nowych odcinków "M jak M" i studiami. Żyję z dnia na dzień, nie planuję, realizuję marzenia (uśmiech).
A. P.: Ja natomiast przygotowuję się do prowadzenia programu w telewizji. Prowadzić go będę wspólnie z Eweliną Kopic, prezenterką telewizyjnej Dwójki, która, tak jak ja, jest katowiczanką, więc odczuwamy "regionalną" bliskość. To program o modzie, urodzie i wydarzeniach kulturalnych.
M. M.: Do tego Aga znalazła się w finale konkursu Miss Polski. Wiąże się z tym wiele obowiązków, wyrzeczeń, ale mam nadzieję - też radości! Przyszłość? Czasem myślę, że za pięć lat będzie tak samo jak teraz. Ale nie zaprzątam sobie tym głowy.
A. P.: Wiem jedno - uwielbiam dzieci, mam do nich słabość.
M. M.: Ja uwielbiam dzieci, ale mojej siostry (śmiech).

- A o ślubie rozmawiacie czasem?
M. M.: Kiedy moja mama poznała Agnieszkę, od razu spytała, kiedy ślub.
A. P.: Nie rozmawiamy jednak ani o ślubie, ani o zaręczynach.
M. M.: Na razie docieramy się, poznajemy. I zmieniamy się dla siebie nawzajem. Podobno miłość tego wymaga...?

Wrzesień, 2005
Rozmawiała Krystyna Pytlakowska
Zdjęcia Piotr Porębski/ Metaluna
Stylizacja Marcin Dąbrowski/Metaluna
Makijaż beata Milczarek/Metaluna
Fryzury Sylwia Habdaś-Zardoni/Metaluna
Produkcja sesji Joanna Guzowska