Agnieszka Dygant

Kobieta pełna sprzeczności. Paznokcie maluje sama, za to do fryzjera jeździ do Wrocławia. Nigdy nie była na siłowni, ale ma dobry prawy sierpowy.
/ 16.03.2006 16:57
Agnieszka Dygant, 32 lata, aktorka. Ukończyła Wydział Aktorski w PWSFTViT w Łodzi. Popularność przyniosły jej seriale: „Na dobre i na złe” (Mariolka – salowa), „Fala zbrodni” (Czarna – policjantka) i „Niania” (Frania – opiekunka do dzieci). W lutym, na walentynki, zobaczymy ją w komedii romantycznej „Tylko mnie kochaj”. Zagra tam architektkę Agatę, naprawdę czarny charakter.

Ma bardzo napięty terminarz. Nasze spotkanie przekładała kilka razy. Sprawia wrażenie osoby dynamicznej, otwartej, ale też roztrzepanej: „O rany, zapomniałam, że to dziś się umówiłyśmy!”. Podczas wywiadu zamówiła w kawiarni lody waniliowe. Choć zwykle nie pali, poprosiła o papierosa. Jest zabawna i bezpośrednia. Ale kiedy chce, potrafi ostro postawić na swoim. Chętnie mówi o pielęgnowaniu urody, kaloriach i kompleksach. Na pytania o życie prywatne najeża się nie do poznania. Nie powie nic o mężu i miłości. To zbyt intymne.

Iwona Zgliczyńska: Mówi się, że jesteś podobna do Sophii Loren?
Jak diabli (śmiech).

- Irytuje Cię to porównanie do innej aktorki?
Sophia Loren jest tak atrakcyjną kobietą, że mogę traktować to tylko jako komplement.

- Uważasz się za piękną?
Nie, ale też nie uważam się za brzydką. Generalnie: zyskuję przy bliższym poznaniu.

- W liceum nie byłaś obiektem westchnień chłopców?
Nie kierowałam wtedy całych pokładów swojej energii w rejony damsko-męskie. Oczywiście byłam normalną nastolatką: podobali mi się chłopcy. Ale na pewno nie czułam się klasową miss.

- Kompleksy?
A kto ich nie ma? Jak się jest dorastającym człowiekiem, to zwykle ma się do siebie mnóstwo zastrzeżeń. Potrzeba czasu i trochę dojrzałości, żeby popatrzeć na siebie z innej perspektywy. Szybko zorientowałam się, że lekka dysharmonia twarzy może być atutem przed kamerą. Generalnie akceptuję siebie. Nie jestem typem kinowej amantki, raczej aktorką charakterystyczną.

- Kiedy zaproponowaliśmy Ci bardzo seksowną sesję zdjęciową, nie byłaś zachwycona. Musieliśmy negocjować. Odrzuciłaś wiele przezroczystych i skąpych ciuchów.
Chciałam, aby zdjęcia oddawały mój charakter, a nie były sztuczną kreacją wbrew mojej osobowości. Nie jestem aż tak otwarta, by mocno eksponować ciało. W takich sytuacjach bywam ostrożna.

- W czym czujesz się najlepiej?
W spodniach, koszulach, masywnych butach, prostych formach.

- Reminiscencje śpiewania w punk-rockowej kapeli?
Coś w tym jest. Spójrz, nawet pasek mam z ćwiekami (śmiech).

- Jesteś rozrzutna czy oszczędna?
Oszczędna. Zaczęłam zarabiać już w szkole teatralnej. Usamodzielniłam się finansowo po dyplomie i musiałam ze wszystkim poradzić sobie sama. Potrafię więc długo i cierpliwie niczego nie kupować. A w przypływie gotówki robię sobie jakąś przyjemność.

- Dałabyś się oszpecić dla roli?
Pewnie, jeśli tylko będzie interesująca.

- A jak się czujesz w ciuchach serialowej niani?
Razem z dziewczynami, które zajmowały się kostiumami, szukałyśmy stylu dla Frani. Przemierzałyśmy galerie handlowe wzdłuż i wszerz. Wiedziałyśmy, że każda przesada i niestosowność jest dla niej jak najbardziej wskazana. Wybrałyśmy bardzo fajne markowe ciuchy. Skomponowano je ze sobą w taki sposób, że efekt jest specyficzny. Perły i mini już od śniadania... Podoba mi się to igranie z kiczem.

- Często palisz papierosy?
Nie, popalam sobie, kiedy nachodzi mnie ochota. Nie mam skłonności do nałogów. Mogę nie palić nawet pół roku. Prawie nie piję alkoholu. Potrafię się dobrze zabawić bez promili. Więc po co?

- A jaki masz stosunek do operacji plastycznych?

Liberalny. Uważam, że nie ma się czym podniecać.

- W Polsce aktorki zwykle zaprzeczają, że robiły takie operacje.
Rozumiem to. Dlaczego miałyby o tym opowiadać? Jak ktoś sobie operuje wyrostek czy migdałki, to też nie rozgłasza tego w prasie. Oglądam czasem w telewizji program „Chcę być piękna”. Te dziewczyny naprawdę cierpią z powodu długiego nosa, krzywych zębów, obwisłego brzucha. Po totalnej metamorfozie promienieją. Tych emocji nie można podrobić. One są po prostu szczęśliwe. Uroda odmienia ich życie.

- Naprawdę w to wierzysz?
Wierzę! Znam dziewczynę, która po operacji odstających uszu wprost rozkwitła życiowo. Teraz nie unika wysoko upiętych fryzur, jest bardziej przebojowa i lepiej sobie radzi w życiu.

- Tylko że te kobiety z „Chcę być piękna” dają sobie czasem wybić wszystkie zęby i wymienić je na nowy, sztuczny garnitur.
To nie świadczy o ich głupocie, tylko o tym, jak bardzo są zdeterminowane. Sama, gdybym miała być nieszczęśliwa z powodu nieładnych zębów, to zaraz bym je powybijała. Choćby o ten kaloryfer (śmiech).

- Często zdarza Ci się rozmawiać z kimś na ulicy?
Nie stosuję wybiegów, że gdzieś akurat się spieszę. Lubię słuchać różnych historii. Ale to moja mama jest specjalistką od zasysania takich opowieści. Gdziekolwiek pójdzie, to coś ciekawego przyniesie. Jeśli chcesz słuchać, to zawsze coś usłyszysz.

- Jesteś bardzo związana z mamą?

Tak!

- A przyjaciółki?
Nie, to jest zupełnie inna relacja. Ona jest moją mamą i wie o mnie rzeczywiście najwięcej.

- To rzadkość!
U nas jest normalnie: nie całuję mamy w rękę, nie mówię: „Niech mama pozwoli”. Czasem się pokłócimy. Nie jesteśmy w stosunku do siebie bezkrytyczne.

- Jesteś do niej podobna?
Fizycznie? Nie. Mama ma piękne włosy: czarne, gęste, kręcone. Hiszpański typ urody, regularne rysy. W odróżnieniu ode mnie nawet tuż po przebudzeniu świetnie wygląda (śmiech).

- A Ty wkładasz więcej wysiłku w to, by dobrze wyglądać?

Powinnam. Kiedy pracuję, to z godziny na godzinę warstwa makijażu staje się grubsza i grubsza. Kiedy przychodzę do domu, muszę natychmiast to wszystko zmyć i nałożyć krem.

- Jesteś konsekwentna w dbałości o siebie?
Staram się. Od lat używam kremów pod oczy i balsamów do ciała. Lubię kremy Lancôme, Anna-yake, Chanel. Ale to nie jest tak, że ja się tą pielęgnacją jakoś mocno ekscytuję. Lubię mieć pomalowane rzęsy. Jak nie mam, to też wyjdę na ulicę. Oczywiście po zmroku (śmiech).

- Nie obawiasz się, że fani zobaczą Cię nieumalowaną?
Nie, bo bez makijażu wyglądam tak fatalnie, że jestem nie do poznania (śmiech).

- Często chodzisz do salonów piękności?
Z rzadka. Kilka razy byłam w salonie Matrix. Jestem entuzjastką rąk pani Basi i jej cudownie relaksującego masażu twarzy. Uwielbiam mieć zadbane stopy. Paznokcie maluję na czerwono. Nienawidzę tego robić sama. Ale zwykle nie chce mi się gdzieś dzwonić, umawiać.

- Jak się relaksujesz?
Śpię, leżę, czytam, odpoczywam, sprzątam. Nic ciekawego.

- Robisz sobie przyjemności?
Jak widać... (przed Agnieszką stoi zamówiona ogromna porcja lodów waniliowych).

- Po wakacjach przytyłaś. Przechodzisz na dietę?
Mam wielkie szczęście: mój organizm sam się jakoś reguluje. Kiedy odpoczywam, tyję, a kiedy pracuję (szczególnie przy „Fali zbrodni”), natychmiast chudnę. Wtedy moja mama martwi się i mówi: „Dziecko, jak wiatr zawieje, to się złamiesz wpół”.

- Ćwiczysz?
Nie! Żaden basen, żadna siłownia.

- Zawsze tak było?
No, niestety, tak. Jak mam okazję pojeździć na nartach, to pojeżdżę. Ale nic ponadto.

- Jako Czarna – pani komisarz w „Fali zbrodni” – wyglądasz na wysportowaną. Skaczesz, biegasz po dachach, bijesz się... Czy to robi za Ciebie kaskaderka?
Nie przypominam sobie żadnej dublerki. Specjaliści od walk, którzy ustawiają te sceny, śmieją się, że mam dryg do bicia. Jak się postaram, to mogę nieźle pociągnąć z dyni (śmiech).

- Podejmujesz decyzje intuicyjnie czy są one racjonalne?
Raczej intuicyjnie. Wierzę, że większość pomysłów na rozwiązanie moich życiowych dylematów tkwi we mnie samej. Trzeba się tylko bardzo uważnie w siebie wsłuchać. Uważam, że czasem warto zaryzykować coś wbrew rozsądkowi. Ostatnio czytałam książkę Erskine’a Caldwella pt. „Blisko domu”. Główny bohater mówi, że jego szczęście polega na tym, że zawsze próbuje być o krok dalej niż inni. Nawet jeśli miałby wejść w krowi placek, to trudno. Ja rozumiem ten „krok do przodu” tak: nie pozwól, by strach przed nowym paraliżował Cię i nie pozwalał na skok na głęboką wodę.

- Główna rola w „Niani” była ryzykowna?
Wiedziałam, że będą porównywać mnie do amerykańskiego pierwowzoru, który wykreowała Fran Drescher. A ona przecież świetnie zagrała tę rolę.

- A jednak oglądalność polskiej „Niani” bije dziś rekordy.
Tym bardziej cieszę się, że zaufałam sobie i podjęłam ryzyko.

- Sklep z ciuchami?
MaxMara. W tym sklepie łatwo stracić głowę. Chciałabym mieć wszystko, co tam jest, ale ceny studzą zapał. Od czasu do czasu jednak na coś się skuszę.

- Co masz w torebce?
Trójkolorowy puder Shiseido, pomadkę w kolorze naturalnym Clinique i dużo próbek: jest antyperspirant SVR, jakieś perfumki i koniecznie krem pod oczy.

- Perfumy?
W dawnych czasach sama je robiłam. Przepis: pół litra spirytusu (kradłam dziadkowi) i liście pokrzywy. Minus: mikstura brudziła ubranie i wnerwiała dziadka. Potem stałam się pasjonatką aromatów owocowych: melonowych, arbuzowych, cytrynowych. Słodkie – zawsze mnie mdliły. Od kilku lat preferuję zapachy zdecydowanie cięższe: piżmowe, korzenne, typowe dla brunetek. Podoba mi się Clinique Aromatics Elixir. Niektórzy uważają, że jest śmierdziuchem. Ostry, konkretny, trochę taki... starokościelny. Kiedy jest gorąco, uwielbiam aromaty wytrawne, mrożące powietrze. Grono ulubieńców: Eau du Soir, Sisley; Black Cashmere, Donna Karan; Dune, Dior.

- Jaki salon kosmetyczny byś poleciła?
Salon fryzjerski Ambiente we Wrocławiu. Moje włosy potrzebują dobrej pielęgnacji. Do Grześka mam absolutne zaufanie. Zaglądam do niego, gdy jestem we Wrocławiu (ul. Ofiar Oświęcimskich 15).

Rozmawiała Iwona Zgliczyńska,
Zdjęcia Beata Wielgosz
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)