Klątwa rodu Agnellich

Co sprawia, że ten, porównywany z królewskim, bajecznie bogaty ród targany jest nieustannymi nieszczęściami?
Był wczesny ranek, kiedy pogotowie w Turynie odebrało dramatyczne zgłoszenie. Męski głos błagał o natychmiastową pomoc. „Szybko! Szybko! Bardzo ważna osoba poczuła się źle w moim domu!” Osobą, która walczyła o życie, był Lapo Elkann, wnuk twórcy Fiata. Dzwoniącym – prostytutka-transwestyta, 53-letni Donato Broco, zwany Patrizią.

Według informacji, jakie przekazała lekarzom pogotowia Patrizia, Lapo zażył śmiertelny koktajl kokainy i heroiny. Już kiedy przyjechał do mieszkania prostytutki o 11. wieczorem dnia poprzedniego, był pod wpływem narkotyków i miał ze sobą spory ich zapas. W trakcie całonocnej libacji w towarzystwie Patrizii i dwóch innych prostytutek-transwestytów, Cinzii i Tani, wziął wszystkie przywiezione ze sobą działki. Potem poprosił „dziewczyny”, żeby wyskoczyły na miasto po kolejne. Cinzia i Tani przyniosły jednak nie czystą kokainę, do której Lapo był już przyzwyczajony, ale zabójczą mieszankę kokainy z heroiną. Kiedy po kilku godzinach snu Patrizia podeszła do Lapo, ten leżał z szeroko otwartymi oczami bez oznak życia. Lekarz, który od razu w karetce rozpoczął reanimację, stwierdził, że gdyby pomoc przybyła tylko trochę później, Lapo nie miałby szansy na przeżycie. Dzięki szybkiej interwencji w szpitalu Mauriziano, po trzech dniach pobytu na oddziale intensywnej terapii, odzyskał przytomność. Wydawał się zdruzgotany. „Byłem głupcem”, mówił. Wszystkich, którzy go odwiedzali, pytał, czy mimo tego, co zrobił, wciąż jeszcze go kochają. Gdy doszedł do siebie, rodzina wywiozła go na leczenie do kliniki Meadows w Wickenburg w Arizonie. Tej samej, w której kurację odtruwającą przechodziła Kate Moss. I choć mówi się, że Lapo najgorsze ma już za sobą, długo jeszcze nie wróci do pracy i normalnego życia.

Początek katastrof
Od tamtej pory w prasowych komentarzach wciąż wraca pytanie: jak mogło dojść do takiego wypadku? Jak to się stało, że młody, przystojny, świetnie wykształcony, inteligentny człowiek – ozdoba europejskich salonów – upadł tak nisko? Jak to się stało, że nikt z jego otoczenia nie zauważył, że jest narkomanem? Co robił w towarzystwie transwestytów? Henry’emu Kissingerowi, bardzo bliskiemu przyjacielowi rodziny Agnellich od pokoleń, brakowało słów. „Lapo jest dla mnie jak syn. Jest inteligentnym, wrażliwym, radosnym i bardzo ciepłym człowiekiem... Znam go, od kiedy był małym chłopcem...”, mówił znany polityk tuż po tragedii. Zaczęto spekulować, że nad rodziną Agnellich musi chyba naprawdę wisieć jakieś tajemnicze fatum. To przecież nie pierwsze tak dramatyczne wydarzenie wśród sukcesorów rodu, traktowanego we Włoszech jak rodzina królewska.

Seria nieszczęść rozpoczęła się od śmierci syna założyciela firmy Giovanniego Agnelliego, Edoardo, który zginął w katastrofie samolotowej. Równie zdolny i charyzmatyczny jak ojciec, już jako młody chłopak Edoardo zaczął zarządzać fabryką łożysk kulkowych w Sestriere, należącą do imperium ojca. Żył niczym Wielki Gatsby. Budował wspaniałe rezydencje, fundował ośrodki narciarskie w Alpach i tworzył potęgę klubu piłkarskiego Juventus. Z Virginią Bourbon del Monte, jedną z najpiękniejszych kobiet tamtych lat, córką księcia San Faustino, miał siedmioro dzieci.
Do dziś nie wiadomo, z jakich przyczyn hydroplan, którym 43-letni Edoardo leciał w 1935 roku z Forte dei Marmi do Genui, uległ wypadkowi. Za sterami samolotu siedział as ówczesnego lotnictwa, Arturo Ferrari. Tuż przed podejściem do lądowania hydroplan nagle stracił sterowność i uderzył w taflę jeziora znajdującego się nieopodal lądowiska. Edoardo wypadł z samolotu i zginął na miejscu. Na wieść o śmierci męża Virginia popadła w obłęd. Zaczęła pić, brać narkotyki. Wśród arystokracji zdobyła wątpliwą sławę jako ta, która zwykła przychodzić na większość ekskluzywnych przyjęć nago. W 1945 roku zginęła w wypadku samochodowym. Rodowa legenda głosiła, że zmarła w niemal tak romantycznych okolicznościach, jak Isadora Duncan. Virginia nie miała jednak na sobie szala, który mógłby się wkręcić w koło samochodu. Za to mężczyzna, który prowadził samochód, bez wątpienia był bez spodni. Jeszcze długo potem prasa spekulowała o tym, co działo się w samochodzie przed wypadkiem. Jakby tego było mało, najstarszy syn Edoarda, Giorgio, który miał przejąć interesy po ojcu, po śmierci matki popadł w tak głęboką depresję, że resztę krótkiego życia spędził pod opieką psychiatrów. Żył tylko 36 lat.

Dolce vita
Na swojego sukcesora Giovanni wyznaczył ulubionego wnuka, także Giovanniego, nazywanego w rodzinie – dla odróżnienia od dziadka – Giannim lub Avoccato, czyli mecenasem. I choć Avoccato dożył 81 lat, też wielokrotnie otarł się o śmierć.

Do 45 roku życia prowadził bardzo ekscytujące i ryzykowne życie. Dziadek uważał bowiem, że młodemu człowiekowi należy się trochę zabawy, nim zacznie harować w rodzinnej firmie od świtu do nocy. „Wyszalej się przez kilka lat, a potem wyrzuć to z siebie”, doradzał mu nawet.

Zaraz po studiach Avoccato dołączył do grupy tak zwanych Beautiful People (pięknych ludzi), śmietanki towarzyskiej Europy, która namiętnie konsumowała dorobek ojców i dziadów. „Moje pokolenie chłonęło życie pełną piersią. I ja też się bawiłem”, wspominał po latach. Tak jak wielu innych Agnellich przed nim i po nim, pił i brał narkotyki. Tyle że w tamtych czasach jeszcze nie mówiło się o tym głośno. Avoccato miał zresztą szczęście, nigdy się od nich nie uzależnił. Romansował z najpiękniejszymi kobietami świata: Ritą Hayworth, Anitą Ekberg, synową Churchilla Pamelą, a nawet Jackie Kennedy. Proszony o komentarz do swojej wizyty we Włoszech John Fitzgerald Kennedy stwierdził: „Napiszcie, że prezydent Stanów Zjednoczonych JFK towarzyszył własnej małżonce i Gianniemu Agnelliemu w podróży do Italii”.

Bardziej od zdobywania kobiet podniecało go tylko ryzyko. Wciąż naigrawał się z odwiecznego wroga Agnellich – Silvio Berlusconiego. „Który facet przynosi na konferencję prasową walizkę z przyborami do makijażu, farbuje włosy i nosi wysokie obcasy? Który posiada olbrzymie jachty, ale nimi nie kieruje?”, żartował. On sam rozbijał się luksusowymi samochodami po krętych alpejskich drogach, szusował na nartach i żeglował. Kiedy na morzu zrywała się burza i inni ze strachu wracali do portu, on dopiero rozwijał żagle. „Kocham wiatr, bo wiatru nie można kupić”, mówił.
Jego skłonności do szaleństw nie ostudziło nawet małżeństwo w 1953 roku z księżniczką Marellą Caracciolo di Castagneto. Mimo że wdzięki Marelli uwieczniał na swoich zdjęciach sam Richard Avedon, a Truman Capote pisał: „Gdyby Marella była klejnotem z wystawy Tiffany’ego, musiałaby kosztować niebotyczne pieniądze”. Nie pomogło także przyjście na świat dwójki pięknych dzieci, Edoarda i Margherity. Avoccato uważał, że skoro zapewnia dzieciom luksus, o nic więcej nie musi się martwić.

Trudno zliczyć wypadki, jakim uległ w trakcie jazdy na nartach czy żeglowania. Jednak dopiero w 1966 roku przeraził się na dobre. Ferrari, którym pędził z prędkością 200 kilometrów na godzinę, wypadło z drogi. Avoccato przeżył, ale spędził w szpitalu kilka miesięcy. Groziła mu amputacja strzaskanej nogi. Nogę jakimś cudem udało się uratować, ale już do końca życia musiał chodzić o lasce. I zapomnieć o wielu rozrywkach, na przykład nartach.

Przegrana walka
Najgorsza tragedia dotknęła jednak rodzinę Agnellich w kolejnym pokoleniu. Avoccato, który ludziom z zewnątrz wydawał się wieczny, z wiekiem coraz mocniej podupadał na zdrowiu. Tylko najbliżsi znali jego prawdziwy stan. Przeszedł dwa rozległe zawały. Coraz ciężej było mu prowadzić interesy w pojedynkę. W 1998 roku rodzina Agnellich kontrolowała 25 procent włoskiego rynku finansowego, miała udziały w 569 spółkach, a także w 190 przedsiębiorstwach w 50 krajach. Fiat był tylko jedną z nich.

Avoccato zaczął więc pilnie rozglądać się za sukcesorem. Własny syn, Edoardo bardzo rozczarował ojca. Już jako dziecko był dziwnie posępnym chłopcem. Stronił od ludzi. Jego problemy pogłębiały się z wiekiem. Zamiast pójść na studia ekonomiczne, jak chciał ojciec, Edoardo wybrał religioznawstwo. Chodził na pielgrzymki do Asyżu, po czym pojechał szukać sensu życia do Indii. Sensu nie znalazł, nauczył się za to palić haszysz. Po powrocie uzależnił się też od innych używek, w tym od kokainy i prawdopodobnie od heroiny. W 1992 roku został nawet aresztowany w Kenii za posiadanie narkotyków i spędził kilka miesięcy w tamtejszym więzieniu. I choć ojciec starał się zbliżyć do syna, z Edoardem był coraz gorszy kontakt. Rodzina zaczęła go nazywać „crazy Eddy”.

Duże za to nadzieje budził syn młodszego o 13 lat brata Avoccato – Umberta. Niebywale przystojny, świetnie wykształcony, elegancki, Giovanni Alberto, zwany Giovanninem – dla odróżnienia od stryja, porównywany był do Johna Kennedy’ego juniora.

Już jako 18-latek przez dwa miesiące pracował pod przybranym nazwiskiem na tokarce w jednej z filii Fiata. Potem skończył stosunki międzynarodowe na Uniwersytecie Browna w USA i po krótkim stażu w IBM, w 1987 roku, zabrał się za ratowanie firmy należącej do rodziny jego żony, Antonelli Piaggio. Firma, która produkowała rozsławione przez Marcello Mastroianniego w „Słodkim życiu” skutery vespa, była w głębokim kryzysie. Włosi właśnie przesiadali się ze skuterów do samochodów. W wieku 29 lat Giovannino zaczął zarządzać firmą zatrudniającą 40 tysięcy ludzi.
W ciągu czterech lat odnotowała ona 8,6 miliona dolarów zysku, a skuter z pojazdu dla ubogich stał się towarem luksusowym.

W 1997 roku 31-letni Giovannino został namaszczony przez Avoccato na dziedzica tronu Agnellich. Niestety, dosłownie półtora roku później dostał bardzo silnych bólów brzucha. Na początku przepisywano mu leki na grypę i infekcję jelit. Kiedy jednak w przeddzień Wielkanocy trafił na stół operacyjny, okazało się, że to nie drobna dolegliwość, ale bardzo rzadka postać raka żołądka. „Chłopak jest silny. Da sobie radę”, pisano. Walczył do końca. Swoje 33. urodziny spędził na 15. piętrze nowojorskiego szpitala Memorial Sloan-Kettering Cancer Center w Nowym Jorku. Kolejnych nie dożył.

Nie dość było jednak nieszczęść w rodzinie Agnellich. Pod koniec 2000 roku 46-letni Edoardo, który wciąż nie mógł znaleźć sensu życia, po kolacji u rodziców pojechał na Most Samobójców pod Turynem i rzucił się z wysokości 90 metrów. Znaleziono go w śmieciach pod mostem następnego dnia rano. Avoccato, który bardzo przeżył śmierć syna, dostał trzeciego zawału.

Po drugiej stronie lustra
Wszystkie swoje nadzieje ulokował we wnukach. Szczególnie zaś w dwóch synach córki Margherity z jej pierwszego małżeństwa – Lapo i jego starszym bracie Johnie. Pięknych, świetnie wykształconych młodzieńcach, którzy budzili powszechny zachwyt.

Życie Lapo może jednak nie było wcale tak baśniowe, jak mogło się wydawać. Tylko na pierwszy rzut oka miał wszystko, o czym można marzyć. Matka Lapo, wbrew woli Avoccato, wyszła za mąż nie za kogoś z arystokracji, tylko syna francuskiego bankiera, przystojnego Alaina Elkanna. Elkann był jednak typem playboya. Szybko zaczął zdradzać Margheritę. Lapo miał zaledwie kilka lat, gdy rodzice się rozeszli. Wraz ze starszym o kilka lat bratem Johnem Philipem (zwanym Jaki) oraz młodszą siostrą Ginevrą zostali przy matce. Margherita nie miała jednak dla dzieci serca. Wkrótce wyszła za mąż po raz drugi – za rosyjskiego arystokratę Serge’a de Pahlena i skupiła się na budowaniu nowej rodziny. Rodziła kolejne dzieci. Serge, którego zarząd Fiata wciąż przenosił do innych filii rozrzuconych po całym świecie, zabierał rodzinę ze sobą. John i Lapo mieszkali kolejno w Rio de Janeiro, Paryżu i Londynie. Nie mogli też liczyć na ojca, który, podobnie jak Margherita, ułożył sobie nowe życie.

Gdyby nie dziadek Avoccato, który szybko zaopiekował się chłopcami, nie mieliby nikogo, komu na nich naprawdę zależało. „Dziadek był dla Lapo niczym Bóg”, powiedział kiedyś jeden z jego przyjaciół. Kiedy Lapo zaczął studiować w Europejskiej Szkole Biznesu w Londynie, do swojego mieszkania w Belgravi, które wynajmował z kolegą Alberto Brasci, przywiózł 100 par butów i kilkadziesiąt garniturów po dziadku. Naśladował nie tylko jego styl ubioru: zegarek zakładał na mankiet koszuli, krawat wyrzucał na sweter. Dzięki identycznemu rozmiarowi nie trzeba było robić w tych ubraniach przeróbek. Naśladował nawet sposób mówienia dziadka, z przeciągłym „r”.

Już wtedy Lapo był, zdaniem Alberta, „przeraźliwie samotnym młodym człowiekiem”. Zaraz po szkole poszedł na rok do wojska. Kiedy skończył służbę, okazało się, że nie ma nawet gdzie wracać. Matka z ojczymem przenieśli się po raz kolejny, tym razem do Szwajcarii.

Fiat zamiast domu
Od tego momentu domem dla Lapo stał się Fiat. Chociaż miał dopiero 21 lat, dziadek postanowił, że najlepiej będzie, jeśli Lapo zacznie zdobywać doświadczenie i kontakty na arenie międzynarodowej. Wysłał wnuka do Stanów Zjednoczonych. We wrześniu 2001 roku Lapo został osobistym sekretarzem Henry’ego Kissingera. Mieszkał wtedy w wartym 25 milionów dolarów apartamencie dziadka. Ale nie miał przyjaciół.

Wkrótce Avoccato przyjechał do Nowego Jorku po ukochanego wnuka. Wykryty u seniora rodu w 2002 roku rak prostaty znów zaatakował. Avoccato wiedział, że ma już mało czasu, a interesy szły coraz gorzej. Fiat, który do 1990 roku przetrwał dzięki sile rozpędu, przeżywał najgorszy kryzys w swojej historii. Tylko we wnukach Avoccato widział ratunek dla firmy.

Spokojnemu, dobrze ułożonemu Johnowi, który skończył studia politechniczne i miał praktykę w General Electric, Avoccato powierzył funkcję wiceprezesa. Lapo miał zająć się promocją marki. Henry Kissinger nie ma jednak wątpliwości, że to Lapo, młody, ale charyzmatyczny, z wielką wyobraźnią, jednym słowem chodząca kopia dziadka, miał być jedynym jego następcą. W wieku 24 lat Lapo wszedł oficjalnie do zarządu spółki i zabrał się energicznie do pracy. Zebrał wokół siebie sztab 30 świetnie wyszkolonych, gotowych do największego wysiłku ludzi. Ich hasło brzmiało: „W Fiacie nie śpimy nigdy”. I rzeczywiście wszyscy, łącznie z Lapo, spędzali w fabryce dnie i noce.
Wiedział, że Fiat musi dostosować produkcję do nowych wymagań. Małe, tanie i brzydkie samochody zastąpić większymi i bardziej luksusowymi autami. To jednak musiało potrwać. W tym czasie postanowił stworzyć nowy wizerunek marki i wytworzyć u młodych ludzi snobizm na fiata. Pomysł podsunęło mu życie. Kiedy u swojego przyjaciela ze studiów, Alberta, zobaczył koszulkę na suwak z dużym logo, wiedział już, co ma robić. Zasypał rynek ubraniami i gadżetami nawiązującymi do długiej tradycji Fiata. Na koszulce umieścił logo firmy z 1920 roku. Pomysł chwycił. Tylko na sprzedaży gadżetów firma zarobiła 5 milionów dolarów. Za przykładem Lapo koszulkę z suwakiem zaczęli nosić młodzi mężczyźni w całych Włoszech.

To jednak nie przysporzyło Lapo przyjaciół. Jego samotność stała się jeszcze bardziej dokuczliwa po śmierci dziadka w 2003 roku. Na dodatek już wcześniej skłócona rodzina zaczęła wtedy spierać się jeszcze bardziej. Margherita miała żal, że ojciec zupełnie pominął w testamencie dzieci z jej drugiego związku. Przestała się też odzywać do Johna. Dopiero na ślubie Johna z piękną Lavinią Borromeo z lombardzkiej arystokracji w 2004 roku doszło do pojednania.

Drugie życie
Nikt wtedy nie wiedział, że bywanie na salonach i związek z Martiną Stellą, najpopularniejszą włoską gwiazdką filmową (Martina wystąpiła m. in. w epizodzie w „Ocean’s Twelve”), z którą Lapo pokazywał się na salonach, był tylko przykrywką drugiego życia. Dopiero w trakcie długiego śledztwa udało się ustalić, że Lapo brał kokainę od dawna. Uważał, że nie ma z tym problemu, panuje nad sytuacją. Od dawna bywał także częstym gościem w turyńskiej dzielnicy czerwonych latarni San Salvarino. Zawsze incognito, najpierw spotykał się z dziewczynami, potem głównie z transwestytami. Patrizię poznał w lecie 2005 roku. Prostytutka twierdzi, że tylko wśród transwestytów Lapo czuł się dobrze. Płacił im niebotyczne stawki. Podczas gdy za seks z prostytutką stawka w San Salvarino wynosi 75 dolarów, Lapo płacił 1200 dolarów za noc. Przynosił kwiaty, prezenty i biżuterię. Między mężczyznami nie zawsze dochodziło do zbliżenia. Według Patrizii przyjaźnili się, a Lapo zwierzał się ze swoich problemów.
Nie wiadomo jednak nadal, co doprowadziło pięknego 28-letniego chłopaka do uzależnienia od narkotyków, co pchnęło go w ramiona transwestytów. Być może nie wytrzymał ciężaru odpowiedzialności, jaką przyjął na swoje barki w tak młodym wieku? Od tego, czy odniesie sukces, zależało, czy Fiat zostanie w rękach rodziny Agnellich. A być może w San Salvarino znajdował namiastkę szczęścia? Dziś tylko od niego zależy, czy wyciągnie wnioski z lekcji, jaką wziął od życia.

Magda Łuków
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)