POLECAMY

Droga do sławy

Występowanie, pokazywanie się innym czy zdobywanie rozgłosu stało się sposobem łagodzenia bólu wywoływanego życiowymi niepowodzeniami. Czy to jest właściwa droga? Co należy zrobić, aby stać się sławnym? Czy to łatwe? Czy zdobycie agenta wystarczy na bycie gwiazdą przez całe życie?
Droga do sławy

Jaka jest nasza wartość?

Ludzie, bardziej niż czegokolwiek innego, pragną tego rodzaju zainteresowania, którym są darzeni celebryci – twierdzi Hal Niedzviecki. – [...] chcą uznania, walidacji, poczucia posiadania miejsca w kulturze [ponieważ] już dłużej nie wiemy, gdzie przynależymy, o co nam chodzi czy powinno nam chodzić. Jak zauważa Lakshmi Chaudhry, pozbawieni jakichkolwiek znaczących standardów mogących świadczyć o naszej wartości, zwracamy się po uznanie do opinii publicznej. Nasze „zwykłe” życia wydaje się przez to zubożone i mniej znaczące, jeśli porównamy je ze światem mediów, który w coraz większym stopniu symbolizuje wszystko to, co wielkie i warte zachodu, a przez to bardziej „prawdziwe” – pisze.

„Jestem zmęczony trwaniem w tym niesatysfakcjonującym życiu [...]. Wiem, że Hollywood to miejsce dla mnie” – wyznaje 17-letni Aaron.

Zobacz też: Celetoidzi - chwilowi celebryci w czasach demokracji

[...] celebryta oznacza sukces. Uchwyca wszystkie najlepsze rzeczy w naszym społeczeństwie – opisuje ten sposób myślenia Alice Marwick z Uniwersytetu w Nowym Jorku. – Bycie sławnym, wydaje nam się, oznacza, że wszystko już zawsze będzie idealne.

Celebryta ma być kuracją na wszelkie bolączki, umożliwić stanie się „lepszymi, żywszymi, bardziej spełnionymi” osobami. „Gwiazdy [...], nieważne jak skandaliczne i szalone staje się ich życie, dają nam nadzieję, że może się to nam przytrafić”.

Leo Braudy również zwraca uwagę na tę terapeutyczną funkcję famy: Mimo iż żądza sławy pierwotnie była pragnieniem życia po śmierci, w słowach i myślach społeczeństwa, z biegiem wieków wyewoluowała ku żądzy sławy osiąganej za życia, [...] stanowiącej psychiczne lekarstwo na wszechobecne poczucie straty i osobistej porażki – pisze. Występowanie, pokazywanie się innym czy zdobywanie rozgłosu stało się sposobem łagodzenia bólu wywoływanego życiowymi niepowodzeniami. Nic dziwnego, zauważa, że skoro wciąż jesteśmy na diecie złożonej z różnego rodzaju sław, w końcu pytamy samych siebie: dlaczego i my nie mielibyśmy tacy być – i w ten sposób radzić sobie z życiem?

Czy każdy może odnieść sukces?

Niestety, sława nie leży na ulicy i nie czeka, aż się po nią schylimy.

Amerykański indywidualizm (oraz nauczanie poczucia własnej wartości) pozwolił nam podtrzymać mit merytokracji. Sprzedajemy młodym ludziom ideę, iż każdy może odnieść sukces – mówi Danah Boyd. – [...] Ignorujemy fakt, że dzieci z klasy robotniczej dostają pracę w klasie robotniczej.

Początki w szkole aktorskiej

Jake Halpern opisuje w swojej Fame Junkies drogę, jaką przebyć musi przeciętne amerykańskie dziecko lub nastolatek, aby mieć szansę zagrania w filmie i przez to spełnienia swoich wielkich marzeń o sławie. Wszystko zaczyna się w małych, funkcjonujących na zasadzie franchisingu szkółkach aktorskich rozsianych po całym kraju – takich jak Barbizon, Personal Best czy John Robert Powers. Kilkutygodniowy kurs w jednej z nich to koszt rzędu 1,8 tysiąca dolarów, ale wciąż pojawiają się nowi chętni, wabieni kolejnymi wariacjami tej samej obietnicy – „To ty możesz być następną gwiazdą!”.

Zobacz też: Psychoterapia na scenie

Łowy agentów

Po ukończeniu cyklu lekcji (i przeważnie tylko wtedy) młodzi ludzie dostają możliwość wzięcia udziału w jednym ze specjalnych konwentów, organizowanych np. przez IMTA (International Modeling and Talent Association), odbywających się regularnie w Nowym Jorku czy Los Angeles. Na tych „Wal-Martach talentów” mają szansę na zaprezentowanie się przed profesjonalnymi agentami poszukującymi nowych twarzy. Cała „przyjemność” wiąże się oczywiście z dodatkowymi kosztami: od trzech tysięcy dolarów w górę. Po dodaniu kosztów zakwaterowania rodziców, obowiązkowych sesji zdjęciowych, makijażu oraz stroju kwota ta nierzadko przekracza nawet 10 tysięcy dolarów. „Nie wiem, jak te rodziny to robią” – wyznaje Halpernowi Nancy Mancuso, dyrektorka IMTA do spraw operacyjnych. Marchewka na kiju jest jednak wyjątkowo atrakcyjna: to właśnie na prowadzonych przez tę organizację imprezach wyłowiono takie (dziś) gwiazdy, jak Katie Holmes, Eva Longoria, Ashton Kutcher czy Elijah Wood. Większość spośród setek uczestników wróci jednak do domów z niczym. „Organizacja takiego konwentu niesie ze sobą ogromne koszta” – tłumaczy Halpernowi Cal Merlander, jeden z agentów obecnych na konwencie. Wskazując jakąś dziewczynkę, mówi: [...] ona nie zdaje sobie z tego sprawy, ale płaci za to, żeby pięć procent najlepszych mogło po niej przedeptać. Jest tylko kozłem ofiarnym.

Czy gwiazdą jesteśmy na całe życie?

Gdy jednak uda się komuś, w ten czy w inny sposób, znaleźć agenta i wydawać by mu się mogło, że jest już tylko o krok od zdobycia popularności – myli się. Halpern opisuje swoją wizytę w Oakwood Toluca Hills, „domu sławnych i prawie sławnych”, położonym na wzgórzach Los Angeles kompleksie mieszkalnym, słynącym z tego, że zatrzymują się w nim rodzice (czy też babcie lub dziadkowie) z dziećmi startującymi w castingach do filmów czy seriali. Za 3,5 tysiąca dolarów miesięcznie można wynająć sobie umeblowany apartament i jest to o tyle wygodne, że, po pierwsze, Oakwood Toluca Hills jest samowystarczalne – są tam sklepy, wypożyczalnia samochodów, pralnia, a nawet gabinet kosmetyczny. Po drugie, kompleks znajduje się rzut kamieniem od wielkich studiów filmowych: ABC, NBC, Universal, Disney, DreamWorks i Warner Brothers. Halpern pisze, że w przejrzyste noce rodzice z dziećmi wychodzą na balkony swoich apartamentów – lub wyglądają przez okna – i patrzą w stronę legendarnej, już prawie na wyciągnięcie ręki, wieży ciśnień z logiem „WB". Większość tych osób zostawiła resztę rodziny na drugim końcu kraju i zaciągnęła poważne pożyczki, nie zdając sobie sprawy, jak wielkie rozczarowanie ich spotka. „[...] żyją w błędnym mniemaniu o realiach tego biznesu” – mówi cytowany Paul Petersen, dyrektor non-profitowej organizacji A Minor Consideration, pomagającej dzieciom pracującym w branży rozrywkowej. Największe złudzenie wiąże się z tym, że nawet jeśli któremuś z tych młodych ludzi uda się zdobyć jakąś większą rolę, szansa, że z gwiazdy - dziecka przemieni się w przyszłości w dorosłą gwiazdę są nikłe. Szacunkowo spotka to, niestety, tylko jeden procent z nich...

Fragment pochodzi z książki „CeWEBryci – sława w sieci” Michała Janczewskiego (wydawnictwo Impuls, 2011). Publikacja za zgodą wydawcy.

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)