Życie z seksem

Porucznik Starowicz był ekspertem prymasa do spraw homoseksualizmu, a przyszłemu papieżowi wyjaśniał, jaka masturbacja nie jest grzechem.
Jestem wierzący, ale nie włożą mnie w szufladkę kościelnej ortodoksji, która widzi w seksie zło. Seks to jedna z najpiękniejszych rzeczy, jakie dał nam Stwórca. Seks nie był złem w początkach chrześcijaństwa. Biblia jest pełna seksu i miłości. A mistycyzm erotyczny? Święta Teresa miała orgazm, a nie jakieś "uniesienie duchowe".



"Prawiczki i dziewice ręka w górę". Tak powitał nas profesor Lew-Starowicz na swoich pierwszych zajęciach – opowiada Anna, teraz studentka III roku psychologii – Gdy nikt z nas się nie zgłosił, stwierdził, że i tak część oszukuje.
Dziś i ja poszłam na wykład.
– Wczoraj była u mnie para – mówi profesor – Siedem lat razem, półtora roku po ślubie, a związek nieskonsumowany – opowiada, a na sali w Wyższej Szkole Finansów i Zarządzania rozlega się jęk zdziwienia – Oni przekonani, że mnie szokują, a ja taki przypadek mam co tydzień.
W gabinecie profesora Zbigniewa Lwa-Starowicza nie potykałam się o wibratory, nie zobaczyłam rycin z Kamasutry. Od biedy seksualne skojarzenia może we mnie budzić kolekcja fajek gospodarza. Poza fajkami kozetka, dwa skórzane fotele i ogromna płytoteka. Jazzem, bluesem i klasyką profesor w godzinach pracy uspokaja pacjentów, a po godzinach zabawia znajomych.
W kącie gabinetu stoi komputer, na którym profesor pisze swoje książki. Najnowsza – "On i ona o seksie" – to historie ludzi zgłaszających się na terapię. Na przykład męża, który nie chciał kochać się z żoną, gdy dowiedział się, że była zakonnicą. Albo bliźniaków, którzy na jedną noc zamienili się żonami.
– Bohaterowie książki wydają się sobie wyjątkowi, jak poligamista od 20 lat z dwoma rodzinami na krańcach Polski. U mnie to jednak reguła – śmieje się profesor.
– Żadna szkoła ani minister nie zrobili tyle dla uświadomienia seksualnego – ocenia doktor Alicja Długołęcka, seksuolog z Wydziału Rehabilitacji warszawskiej Akademii Wychowania Fizycznego. AWF od 1989 roku jest głównym miejscem pracy Lwa-Starowicza, tam otrzymał tytuł profesora. Doktor Długołęcka wspomina, że gdy jako młoda dziewczyna, ledwo po magisterium, przyszła do profesora na rozmowę w sprawie doktoratu, na dzień dobry usłyszała pytanie: czy lubi pani seks?

Porucznik ogląda blondynę
Na ścianach gabinetu Lwa-Starowicza wiszą też fotografie. Jego zdjęcie z siostrą z czasów dzieciństwa. Ojciec i stryj w mundurach legionistów.
– Dziadek walczył w powstaniu styczniowym, ojciec w wojnie w 1920 roku – mówi profesor. Jego ojciec uczył polskiego w gimnazjum w Sieradzu, matka zajmowała się domem. To tam w 1943 roku urodził się Zbigniew.
Po wojnie dom Starowiczów znów zapełnił się wojskowymi – ojciec szykował do matury oficerów pobliskiej Szkoły Łączności. W 1960 roku Zbyszek włożył mundur i zaczął studia w Wojskowej Akademii Medycznej w Łodzi.
Profesor Stanisław Ilnicki, kolega z roku i z pokoju w koszarach: – Nie uwierzyłbym, że dewotki będą dziś widzieć w nim szatana. My znaliśmy go z głębokiej religijności. Co nie przeszkadzało nam podziwiać opalającą się na tarasie budynku oficerów blondwłosą sekretarkę rektora. Tego widoku z okna zazdrościli nam inni koledzy.
Zbigniew zresztą wolał dziewczyny z pobliskiego duszpasterstwa akademickiego "Węzeł" przy kościele Świętej Teresy, gdzie chadzał na spotkania i ostro dyskutował. O seksie, filozofii, teologii. O nietypowym, bo z teologicznym zacięciem, studencie WAM szybko doniesiono arcybiskupowi łódzkiemu Michałowi Klepaczowi.
– Zaczął mnie zapraszać na dyskusje o filozofii – mówi Lew-Starowicz – Namawiał mnie na studia filozoficzne we Fryburgu.
– Zbyszek rozważał wstąpienie do zakonu – dodaje profesor Ilnicki.
– Oj, tylko tak żartowałem z tym zakonem – Lew-Starowicz wybucha śmiechem – To musiałby być zakon pełen kobiet.
Jakich kobiet? Dla Lwa-Starowicza seksbomby to Jennifer Lopez, Salma Hayek czy Monica Bellucci – Nie Marilyn, bo to tylko słodka blondynka, całkiem beztemperamentna – zastrzega.
– Profesor otacza się kobietami, bo ceni ich lojalność – odpowiada doktor Alicja Długołęcka na pytanie o plotki o jego licznych kochankach. Sama słyszała plotki o swym romansie z szefem – Tak naprawdę zawsze mogłam na niego liczyć, na przykład gdy miałam operację kręgosłupa. W pracy wolę być miło traktowana, nawet jeśli to budzi dziwne uśmieszki.

Bezeceństwa w kole gospodyń
Starowicz podczas studiów na tyle nie krył się ze swą wiarą, że polityczny oficer próbował nie dopuścić go do dyplomu.
– Wypunktował mi te dysputy, szlacheckie pochodzenie, o którym myślałem, że nikt nie wiedział, bo używałem nazwiska Starowicz bez nazwy herbu, czyli bez Lwa. Wypomniał mi "moje wojskowe tradycje rodzinne", które sprowadzały się do "walki z Rosjanami". Doszedł jeszcze dziadek fabrykant, czyli współwłaściciel przedwojennej łódzkiej fabryki Leonhardta – wylicza profesor.
Po studiach i stażu w warszawskim szpitalu MON Zbigniew z dopiero co poślubioną żoną trafił do jednostki wojskowej w Siedlcach. Jednocześnie na Uniwersytecie Warszawskim studiował psychologię.
W jednostce Starowicz rozpoczął badania nad seksualnością żołnierzy, choć poborowi miewali kłopoty z niektórymi pojęciami z ankiet.
– Obok słowa "masturbacja" trzeba było dopisać zrozumiałe "walenie konia", podobnie z chorobami wenerycznymi, gdzie obok "kiły" wyjaśniałem, że chodzi o popularną "francę".
Gdy podjął się udzielania porad w warszawskim Towarzystwie Rozwoju Rodziny, zaczął palić fajkę.
– By dodać sobie powagi – wyjaśnia seksuolog, który jeździł też do kół gospodyń wiejskich z pogadankami o seksie i antykoncepcji – Ich mężowie wychodzili wzburzeni, a często zawstydzeni bezeceństwami, o jakich ich żony chciały zawzięcie dyskutować. Ciekawe, że podobnie na takie pogadanki reagowała inteligencja.
– W jednostce Zbyszek założył poradnię dla żon oficerów – opowiada profesor Ilnicki – Po wykładzie z zaawansowanych technik seksualnych dostał burę od przełożonego, któremu żona w łóżku wytknęła nudę i brak fantazji.
Pracując w Siedlcach, studiując i radząc w Warszawie, Starowicz jeździł też do Lublina, gdzie wykładał seksuologię na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Zwrócił tam uwagę kardynała Stefana Wyszyńskiego, na którego prośbę dokonał kilku ekspertyz związanych z niepewną orientacją seksualną studentów seminarium.
– Osoba o skłonnościach homoseksualnych nie była wtedy dopuszczana do święceń – wyjaśnia Starowicz. Seksuolodzy, w tym on sam, próbowali wtedy leczyć homoseksualistów.
– Pokazywaliśmy pacjentom na przemian akty męskie i żeńskie, podczas pokazywania męskich podając negatywny bodziec, który miał utrwalić niechęć do osobnika tej samej płci. Bodźcem negatywnym były elektrowstrząsy.
Znajomość z Wyszyńskim zaprowadziła Starowicza do kardynała Karola Wojtyły. Przyszły profesor wyjaśniał przyszłemu papieżowi na przykład różnicę między naturalną masturbacją w okresie dojrzewania a formą uzależnienia u osoby dorosłej. Na tej podstawie Karol Wojtyła formułował pouczenia dla spowiedników, jak mają traktować ten czy inny grzech.
– Późniejszy papież często zapraszał przedstawicieli środowiska medycznego – potwierdza Krzysztof Kozłowski, szef działu krajowego "Tygodnika Powszechnego" – Bywało u niego wielu lekarzy, także Starowicz, wtedy już znany ekspert seksuologii, który artykuły z tej dziedziny publikował w latach 70. także w "Tygodniku".
Przełożeni coraz niechętniej patrzyli na takie kontakty lekarza wojskowego.
Lew-Starowicz – Złożono mi propozycję nie do odrzucenia: albo garnizon pod Szczecinem, albo do cywila. Na wypadek, gdybym się chciał wypierać moich znajomości, pokazano mi moją teczkę. Miał taką, rzecz jasna, każdy oficer, ale ta była wyjątkowo pokaźna. Były tam zdjęcia, na przykład jak ze Stefanem Wyszyńskim wysiadam z samochodu. Przeżyłem szok, gdy zobaczyłem, kto donosił. Osoby mi bliskie, przyjaciele. Opowiadali o najdrobniejszych szczegółach mojego życia, na przykład, że w pociągu do Siedlec czytałem oprawną w skórę Biblię. Mniejsza o to, że był to akurat "Pan Tadeusz", prezent od ojca.
Czy chciałby znów obejrzeć swoją teczkę?
– Nie. I nie potrafię zrozumieć podniecenia, jakie budzą archiwa IPN. Ja tym, którzy na mnie donosili, wybaczyłem – mówi Lew-Starowicz.
W roku 1971 odszedł z wojska i przeprowadził się do Ząbek pod Warszawą, gdzie podjął pracę w pobliskim szpitalu psychiatrycznym w Drewnicy.

Oczy z dziewictwem
Jeszcze w 1967 roku do Towarzystwa Rozwoju Rodziny zatelefonował Piotr Wierzbicki ze studenckiego pisma "ITD" (potem twórca "Gazety Polskiej", autor słynnego "Traktatu o gnidach").
– Potrzebowałem młodego, wygadanego seksuologa, który pisałby felietony i odpowiadał na intymne pytania czytelników. Z miejsca polecono mi Starowicza – wspomina Wierzbicki.
Lew-Starowicz – Dziewczyny pytały w listach, czy przez pocałunek można zajść w ciążę lub czy seks przed ślubem to grzech. Chłopców interesowało: "Czy w oczach mojej dziewczyny mogę dostrzec, że jest dziewicą?".
– Nie propagował seksu przedmałżeńskiego i zachęcał do naturalnych metod antykoncepcji – wspomina Wierzbicki – Ale dzięki niemu młodzież dowiedziała się, co to jest gra wstępna, miłość francuska. Jego wadą był wtedy fatalny styl. Wiele godzin poświęcałem, by to, co napisał, stało się lekkie i czytelne.
Cenzura w porady seksualne ingerowała sporadycznie. Lew-Starowicz – Raz, gdy we wrześniu 1967 roku przyjechał do Polski Charles de Gaulle, zdjęli mi felieton o miłości francuskiej. Drugi zdjęty tekst to "Władza i seks".
Jako publicysta "ITD" prowadził też seksualne pogadanki w duszpasterstwach.
– Zapraszali mnie warszawscy dominikanie, redemptoryści z Karolkowej i łódzcy salezjanie z mojego studenckiego duszpasterstwa "Węzeł" – wspomina Lew-Starowicz.
– Ale powtarzałem: Zbyszku, z umiarem, ma być nie tylko o seksie, ale i o miłości, partnerstwie. I było – opowiada ksiądz Jan Palusiński, wtedy duszpasterz "Węzła".
– Kościół był wtedy bardziej otwarty, teraz nikt by mnie chyba do duszpasterstwa nie zaprosił – ocenia Lew-Starowicz.
Jak pogodzić jego religijność z obiegowym obrazem osoby głęboko wierzącej, która wpada w dewocję, uważając seks za diabelską pokusę?
– Jestem wierzący, ale nie włożą mnie w szufladkę kościelnej ortodoksji, która widzi w seksie tylko zło – odpowiada profesor – Seks to jedna z najpiękniejszych rzeczy, jakie Stwórca dał człowiekowi. Seks nie był złem w początkach chrześcijaństwa, celibat przyszedł później. Do dziś część Kościołów, jak choćby wschodni, nie zagląda wiernym do alkowy. Biblia jest pełna seksu i miłości, "Pieśń nad pieśniami" to jeden z najcudowniejszych tekstów erotycznych w literaturze. A mistycyzm erotyczny? Święta Teresa miała orgazm, a nie, jak chcieliby niektórzy teolodzy, "uniesienie duchowe".

Nie mam nic do bielizny
Pierwszy poradnik "Eros, natura i kultura" Starowicza opublikowany w 1974 roku rozszedł się w znacznym nakładzie 80 tysięcy egzemplarzy. W tym czasie Lew-Starowicz rozwiódł się i ożenił z Danutą, lekarzem pediatrą. Do trójki dzieci z poprzedniego związku dołączył w 1979 syn Michał, dziś także seksuolog.
Popularność Lwa-Starowicza znacznie wzrosła po wydaniu w latach 1984–1988 serii poradników. "Seks dla każdego", "Seks partnerski" i "Seks dojrzały" uczyły nie tylko technik i pozycji, ale i zasad komunikowania się w związku. Starowicz wspomina, że w latach 80. Polaków bardziej niż antykoncepcja interesowała pozycja 69, seks sado-maso oraz techniki pozwalające powstrzymać przedwczesny wytrysk.
Gdy w 1988 roku Jacek Bromski nakręcił "Sztukę kochania" – komedię o problemach znanego seksuologa – publiczność była powszechnie przekonana, że chodzi o Lwa-Starowicza.
– Profesor film widział i podobieństw się nie dopatrzył, poza jednym: że status gwiazdy, jaki miał mój bohater, faktycznie miał wtedy on sam – tłumaczy Bromski.
Teraz pod autorytet profesora starają się podczepić rozmaite firmy, ale on nie przyjmuje propozycji.
– Zawsze chcą mnie zaangażować do reklamy produktu, z którym chyba niezbyt się kojarzę. Raz podpaski, raz bielizna erotyczna, a ostatnio bank – wylicza – Skoro zaczynam się marketingowcom kojarzyć z oszczędzaniem i emeryturą, to znaczy, że źle ze mną.

Chemii się poddaję
W 1992 roku Starowicz przeprowadził badania seksualności Polek i Polaków. Raport pokazywał zmiany obyczajowe w kraju, w którym stosuje się antykoncepcję, pozwala na kontakty seksualne przed ślubem, obniża się wiek inicjacji seksualnej. Jego autor został naczelnym medialnym ekspertem. Pisywał felietony, oceniał, jakimi kochankami są Polacy, i martwił się wysokim procentem osób uważających, że stosunek przerywany to skuteczna antykoncepcja. Środowiska katolickie nazywały go erotomanem.
- Nie wiem, czy doczekam chwili, gdy na targach książki ludzie będą się nieskrępowanie tłoczyć w kolejce po mój autograf, a politycy na pytanie o wizytę u terapeuty nie będą krzyczeć z obrzydzeniem: "Nie jestem zboczony!" – zastanawia się Starowicz, który miewa znanych z mediów pacjentów (zwykle zapisują się na wizytę pod fałszywym nazwiskiem).
Wizyta u profesora Starowicza kosztuje od 100 do 180 złotych. W poczekalni przeważają mężczyźni.
– Gdyby wizyty były bezpłatne, kobiet byłoby dwa razy więcej – ocenia Starowicz – Męskie problemy trudniej ukryć, na przykład brak wzwodu. Kobieta zwali problem na histerię, zamiast viagry kupi kieckę, a wieczorem będzie znów udawać orgazm.
Pytany o własne życie seksualne uśmiecha się, po czym wyjaśnia, że zdradzanie sekretów alkowy terapeuty może obrócić się przeciw niemu.
– Taka ciekawość może też zaszkodzić moim pacjentom – tłumaczy – Mogą się do mnie niepotrzebnie porównywać, gdy się dowiedzą, kiedy przeszedłem inicjację seksualną lub ile razy w tygodniu uprawiam seks.
Wyjaśnia, że pacjent w chwili agresji potrafi uderzyć w słaby punkt terapeuty. Wspomina terapeutkę, której pacjent zarzucił, że nikt jej nie chce i że jest dziewicą. Ta rozszlochała się histerycznie, bo to była prawda.
Czy po tylu latach wyjaśniania Polakom mechanizmów seksu sam profesor potrafi czerpać z niego satysfakcję? Starowicz tłumaczy, że własnego łóżka nie poddaje analizie – Myślę sobie wtedy: "Już cię ta chemia bierze". A potem jej się poddaję.

Agnieszka Jędrzejczak/ Przekrój
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/12 lat temu
bardzo ciekawy i mądry artykuł,oby takich osób było w Polsce więcej.... niestety w XXI wieku wciąż wiele dorosłych osób traktuje seks jak temat tabu...