Moja walka z nerwicą, czyli jak ja sobie z tym radzę!

napisał/a: Jigggi 2012-01-15 17:19
Witam

Postanowiłem napisać ten esej o mojej walce z nerwicą mając za sobą lekkie doświadczenie w walce z przypadłością która wielu z nas zatruwa życie. Może zanim zacznę o moich metodach walki z tą przypadłością przypomnę jak u mnie się ona objawiła.
Co prawda pisałem o tym w tym wątku
http://commed.pl/topic64816.html
wrócę jednak do czasów wcześniejszych.
Patrząc na moje życie do czasu czerwca 2011 roku widzę za sobą pasmo przeżyć które nie raz powodowały załamania, brak sensu życia, łzy po prostu gehenna. Najciekawsze w tym wszystkim jednak jest to, że takie problemy ma każdy z nas bo życie jak wiadomo bajką nie jest. Jednakże do tej pory umiałem sobie ze wszystkim radzić a w okresie kiedy zacząłem odczuwać w sobie niebezpieczne symptomy żyłem na wcale niezłej stopie.
Dostałem bowiem wymarzoną pracę i dostawałem za nią godziwe wynagrodzenie. Praca za kółkiem, całe dnie w trasie, mało snu ale przecież robiłem to już 5 rok, połykając tysiące kilometrów. Bywały okresy kiedy pracy nie było, wtedy poświęcałem się swoim pasjom czyli muzyce. Gram na instrumentach, uczęszczam do orkiestry dętej ale przede wszystkim słucham dużo muzyki i zajmuję się nie zawodowo dziennikarstwem muzycznym pisząc recenzje, felietony itp. Ogólnie mój świat odkąd pamiętam kręcił się wokół muzyki i transportu.
Kiedy jeździłem po Polsce w samochodzie połykałem całe dyskografie różnych wykonawców, słuchałem audiobooków oraz nałogowo śledziłem różne stacje radiowe.
Wszystko wydawało się być w porządku, jednak coś zaczęło się ze mną dziać nie tak. Myślałem że mam początki astmy ponieważ odczuwałem problemy z oddychaniem. Czasem pomagały większe ilości silnie miętowych gum do żucia. Potem brałem Glucardiamid na rozszerzenie naczyń krwionośnych. Problemy z oddychaniem tłumaczyłem sobie tym, że ostatnio zacząłem palić papierosy. Czemu zacząłem palić? Powód prozaiczny, coraz bardziej wnerwiał mnie szef. Dziś mogę stwierdzić z czystym przekonaniem, że do tej pory nie spotkałem większego gbura i prostaka. Zwykłego „wieśniaka” który dorwał się do stanowiska i tym samym wywyższał się traktując ludzi gorzej niż gówno. Dla przykładu bywały dni kiedy robiłem trasy po 800km jadąc 18 godzin. Wracałem do domu już daleko po północy kładąc się spać bez kąpieli i kolacji, kiedy dzwonił o 6 rano pytając jakim prawem jeszcze śpię. Kilka razy tłumaczyłem mu, że czasami trzeba się przespać chociaż 6 godzin by bezpiecznie prowadzić auto. Na nic się to jednak zdało bo jak zawsze tłumaczył, jest sezon to jest intensywna jazda potem się wszystko uspokoi. Rozumiałem to bo rzeczywiście jeździłem dla niego rok wcześniej tylko, że pracując u innego przewoźnika.
Nie chcę w żaden sposób oczerniać tego człowieka, nie to jest moim celem. On jest nawet nieświadomy tego jakim jest prostakiem. To co o nim piszę ma pokazać czynniki powstania u mnie nerwicy. Kolejnym przykładem było to jak wróciłem kiedyś z trasy która dała mi nieźle w kość i prawie otarłem się o śmierć z powodu awarii hamulców.
Rankiem ledwo wstałem z łóżka i pojechałem na załadunek. Kiedy mu powiedziałem o wszystkim powiedział mniej więcej tak: Oj myślę, że nic by się nie stało jakbyś zginął w drodze, nie masz żony, dzieci nie płaczą, mała strata.
Odpowiedziałem, że mam rodzinę, rodziców którzy się martwią, na co usłyszałem: Myślę, że gdybyś zginął na drodze Twoi rodzice poczuli by raczej ulgę bo mieliby Cię z głowy.
No cóż wtedy jako że byłem wyczerpany po trudnym poprzednim dniu i kilku godzinach snu nie dotarło do mnie to co ten człowiek do mnie powiedział. Potem dopiero stwierdziłem w myślach „skurwysyn jak mógł coś takiego powiedzieć komukolwiek”.
Innym razem zgadało się coś o moich urodzinach, na co on stwierdził: Zrobiłeś wielką przykrość swoim rodzicom kiedy się urodziłeś zapewniam Cię.
Z politowaniem tylko poszedłem do auta i już mnie nie było. To jednak co mówił wtedy to małe piwo. W aucie miałem nadajnik GPS z lokalizatorem oraz czujnikiem pracy silnika. Nigdy nie robiłem lewizn, nie spuszczałem też nigdy paliwa. Ale ten nadajnik był moim przekleństwem. Kiedy tylko stanąłem na toaletę bądź do sklepu zaraz dzwonił z opieprzem czemu silnik nie pracuje bo przecież trzeba jechać. Bywało tak, że musiałem stać poprawiając towar na pace, wtedy oburzony dzwonił, że są prze ze mnie opóźnienia a rano o 6 załadunek. Tak więc jak chciałem się wysikać stawałem na włączonym silniku udając że stoją w korku lub, że czekam aż posprzątają wypadek.
Tak to trwało i trwało co ogólnie nie wydawało się dla mnie osobiście aż tak stresogenne. Moja psychika zdawała się mieć inne zdanie. Jeszcze rok wcześniej żyłem w toksycznym związku z dziewczyną która wręcz nienawidziła mojej pracy. Wyznała kiedyś, że co to za facet co go ciągle nie ma, że zasługuje na kogoś lepszego. I co ważniejsze nie mam prawa być zły kiedy dzwoni i mnie opieprza bo w końcu ona zostaje sama kiedy ja jadę w trasy......
Zapominała przy tym, że kiedy w weekend jej koleżanki siedziały w domu ja zabierałem ją do kina, na pizzę, kebab itp. Choć nie zarabiałem wtedy wiele nie żałowałem na nic bo ja sam przecież miałem z tego radość. Iść do kina po całym tygodniu pracy to nie lada rozrywka.
Skończyło się na tym, że opuściłem ten związek po tym jak pasmo pretensji i żalów dotyczących mojej osoby było zbyt długie. Ale jeszcze bardziej wkurzało mnie to, że jej „przyjaciel” pochłaniał jej więcej czasu niż ja. Raz tylko widziałem tego gościa i nie wiem co tam między nimi było ale w sumie to już nie moja sprawa.
Do tego wszystkiego dochodzi dość nieciekawa sytuacja w domu. Nie chcę się na ten temat rozpisywać, ale jeśli chodzi o wartości rodzinne to odkąd pamiętam nie było w tej kwestii dobrze.
Problemy z oddychaniem jakie pojawiły się w drodze to nie jedyny problem. Działo się coś jeszcze. Zawsze kiedy słuchałem muzyki w głowie już pisałem słowa recenzji którą potem umieszczałem na swojej stronie. Tym razem docierało do mnie, że....nie wiem co sądzę o danej płycie. Po prostu czułem się wypalony. Jeździłem jak warzywo które wie, że ma dostarczyć towar i dojechać do domu w nadziei że uda mi się przespać choć raz 8 pełnych godzin.
Potem stało się coś jeszcze, nagle wszystko zaczęło mnie irytować, wkurzać do szewskiej pasji, a bluzgałem przy tym jak szewc. Lampka alarmowa zapaliła mi się wtedy kiedy poczułem, że nie dość że rośnie we mnie napięcie nerwowe, to czułem, że ujście znajdę w destrukcji czyli w tym przypadku fizycznej krzywdy komuś bliskiemu. Tego było już za wiele, wiedziałem że takie myśli nie pochodzą ode mnie bo w życiu nikogo bym nie skrzywdził. Tak więc wiedziałem, że potrzebna jest mi pomoc. W głowie tłukło się wiele myśli, strachu i niewiedzy. Mięśnie na klatce piersiowej bolały mnie od zakwasów które powstały od wiecznych nerwowych skurczy. Było tak źle, że dzień przed wizytą u lekarza wymiotowałem a rano obudziłem się z wielkim bólem mięśni podbrzusza.
Rozdygotany poszedłem do lekarza, opowiedziałem mu o objawach. Zbadał mi najpierw płuca i stwierdził, że są czyste jak u niemowlaka. A potem zbadał ciśnienie i spojrzał na mnie przerażony. Jednak potem spokojnie powiedział: Wiem co Ci jest, masz nerwicę i potrzebujesz pomocy psychiatrycznej.
NERWICĘ? Jestem świrem? Zapytałem lecz w odpowiedzi uspokoił mnie że nie, z moim rozumem jest ok tylko mam silne stany nerwowe spowodowane stresem, może fobią. Psychiatra mi pomoże znaleźć źródło tej dolegliwości. Potem dodał, że najważniejsze jest, że zgłosiłem się po pomoc, to bardzo ważne bo wielu ludzi tego nie robi. Ja miałem świadomość, że coś jest nie tak i poszedłem do niego chociaż się panicznie bałem.
Zanim jednak uda mi się skontaktować ze specjalistą przepisał mi Coaxil. Znany pewnie większości lek. Zacząłem go zażywać jednak nim zaczął działać trochę czasu minęło a ja żyłem w gehennie. Nie wiedziałem co się ze mną dzieje. Chciałem by ktoś mnie zamknął w odosobnieniu gdzie mógłbym się tarzać i wrzeszczeć. Na szczęście mam silną samoświadomość i walczyłem z tym jak mogłem postanawiając sobie, że jak najszybciej znajdę pomoc.
I tutaj zaczęły się problemy. Umówić się do psychiatry prywatnie graniczyło z cudem o normalnej wizycie w ramach NFZ mogłem zapomnieć. Tłumaczyłem każdemu doktorkowi i pani doktorek do których dzwoniłem, że chyba nie ma świadomości, że potrzebuję pomocy teraz już a pieniądze nie mają znaczenia bo byłem gotowy wydać na leczenie wszystko co zarobiłem. Za każdym razem słyszałem, że najwcześniej za 2 tygodnie i, że wszystko będzie dobrze.
Tym razem wkurzałem się nie z nerwicy a z tego jak traktuje się człowieka który nie wie co może być dalej. Walczyłem tylko w myślach o to by nie dopuścić nerwicy do przejęcia na de mną kontroli. W pracy akurat była mała przerwa więc zabrałem się za prace ręczne (ogródek, małe remonty)by jak coś zajęło mi czas i odciągało od świadomości tego co się dzieje. Teraz myślę, że czy cokolwiek bym robił czy nie to co tłukło się w mojej głowie nie dawało by mi spokoju tak czy inaczej. W końcu udało mi się umówić do lekarza na termin tygodnia. W tym czasie Coaxil zaczął lekko działać. Skurcze mięśni odpuściły i trochę się uspokoiłem z nadzieją na lepsze jutro.
Nadszedł dzień wizyty u lekarza. Przyjechałem 10 min przed umówioną godziną i wszedłem do prywatnej przychodni, gdzie w wejściu była masa ludzi. Pomyślałem, że przyszli do innego specjalisty więc zapytałem kto z nich jest do tego lekarza co ja. Chóralnie odpowiedzieli wszyscy że do niego. Zaraz zaraz przecież umawiałem się na tą konkretnie godzinę, oni też na tę samą byli umówieni.......Nie mogłem uwierzyć, prze de mną czekało do gabinetu przynajmniej 20 pacjentów a za mną przybyło jeszcze paru. Najpierw postanowiłem, że poczekam chociaż szanse na wizytę spadały z każdą minutą bo jak się okazało lekarz przyjmuje tylko 2 lub 3 godziny a każdy pacjent siedział u niego co najmniej 20 minut. W czasie kiedy czekałem i moja wiara w lekarzy i system leczenia prywatnego słabła, robiłem mały wywiad środowiskowy z ludźmi w poczekalni. Z wielkim oporem powiedziałem, że mam nerwicę. Jak się okazało wszyscy czekający przyszli z tym samym a co jeszcze ciekawsze choć wizyta była na 17:30 niektórzy okupowali ośrodek już od kilku ładnych godzin by być pierwsi przy drzwiach. Poszedłem wtedy do rejestracji i z całkowitą powagą powiedziałem, że czegoś tutaj nie rozumiem. Dzwonię do nich i umawiam się prywatnie do lekarza specjalisty płacąc 200 zł i mając nadzieję, że mając informacje o której godzinie mam przyjść upoważnia mnie to do tego, że przychodzę i po prostu wchodzę bo jestem umówiony i oczywiście płacę. Pani z recepcji popatrzyła na mnie z politowaniem. Tłumaczyła mi, że mnóstwo ludzi potrzebuje pomocy nie tylko ja. Wtedy zapytałem jej czy ma mnie za głupca? Mam świadomość że Ci wszyscy ludzie chcą pomocy, tylko że błąd polega na tym, że to lekarz przyjmuje raz w tygodniu po 2 godziny a nie że ludzi jest za dużo. Jako że jestem człowiekiem zdrowo myślącym nie widzę innej opcji jak płacę – wymagam. W takim systemie to bym poszedł publicznie na jedno by wyszło. Umówiłem się więc przezornie na za tydzień (z czego nie skorzystałem) z dobrą radą by kręcić się tutaj od 14 jeśli mi bardzo zależy.
Wyszedłem załamany ale...z nutą doświadczenia. Nagle dotarło do mnie ilu ludzi na to choruje. Od tamtej pory zacząłem obserwować otoczenie, ludzi z problemami i do dziś widzę coraz większą rzesze ludzi z nerwicą. Niestety większość z nich nie wie że to przypadłość i szukają ucieczki w alkoholu, w przemocy w rodzinie itp.
Jak więc zacząłem z nerwicą walczyć? O pomocy medycznej już nie marzyłem bo to tylko wydanie pieniędzy na próżno skoro sama przychodnia jest stresogenna.
Kiedy Coaxil zaczął działać i po raz pierwszy od tygodni poczułem radość życia, dotarła do mnie przełomowa myśl która do dziś pomaga mi przetrwać najtrudniejsze chwile.
Otóż najpierw uświadomiłem sobie, że proszki nic nie pomogą. Jak pójdę do lekarza przepisze mi następne, jak już te następne przestaną działać to przepisze inne i tak w kółko powodując jeszcze większe zniszczenia w psychice, że wszystko na marne.
Kiedy jednak mój stan po Coaxilu się poprawił do tego stopnia, że znowu byłem człowiekiem sprzed lat uświadomiłem sobie co jest tak naprawdę moim ja a co powoduje nerwy i stres. Ogólnie rzecz biorąc doszedłem do wniosków jakie wysnuł główny bohater filmu „Piękny Umysł” który uświadomił sobie swoją chorobę.
Tak więc wiedziałem już, że jeśli nastąpi nawrót dolegliwości i zacznę się niekontrolowanie oburzać, denerwować, bać, nie pochodzi to ode mnie. Odstawiłem więc Coaxil i czekałem aż nerwica przyjdzie stoczyć ze mną pojedynek.
Tymczasem wróciłem do pracy gdzie już inaczej patrzyłem na to co się dzieje. Każdy dzień przynosił mi wiele odpowiedzi na to dlaczego moja psychika doprowadzona była do takiej sytuacji. Przemierzając Polskę rozmyślałem nad swoim życiem co chwila odkrywając kolejne sytuacje mające na mnie stresogenny wpływ i przyczyniające się do stanu nerwicy.
W tym samym czasie poznałem moją obecną dziewczynę. Od początku wszystko wiedziała a jednak nie opuściła mnie i stała się dla mnie oparciem jakiego potrzebowałem. Teraz wiem, że bez niej nie dałbym rady, za co do końca życia będę jej wdzięczny.
Nerwica oczywiście wróciła kiedy wszelkie pozostałości Coaxilu w organizmie przestały istnieć. Tym razem byłem gotowy na atak. I kiedy zaczęły się pierwsze skurcze cały czas oddzielałem w głowie to co jest moją wolą i to co sprawia, że się denerwuję. Poza tym już wcześniej nabrałem większego dystansu do wielu spraw.
Ujmę to tak, nie było łatwo i nie jest. Dowiedziałem się, że nerwica jest ponoć nie wyleczalna. Tak więc trzeba nauczyć się z nią żyć. Kiedy puszczają nam nerwy nie można bać się głośno mówić na głos, to nie ja to nerwica, muszę się uspokoić bo inaczej będzie jeszcze gorzej. Kiedy kłócicie się z kimś nawet w najbardziej zaciekłej krzyczance uświadamiajcie drugą stronę że macie nerwicę i może to doprowadzić do niekontrolowanego wybuchu agresji. Zawsze trzeba sobie jak mantrę powtarzać, to nie ja to nerwica, dolegliwość z którą muszę sobie poradzić. Ona chce mi zniszczyć moje piękne życie ale nie dam się.
Co jest jeszcze ważniejsze, nie można o nerwicy zapominać. To nie masochizm ale życie w świadomości tego, że jej silne objawy mogą powrócić. Dla przykładu powiem, że moja walka okazała się zwycięska. Ciężka, długa, wykańczająca ale zwycięska. Swoimi własnymi siłami wróciłem do normalnego życia. Udało mi się nawet odzyskać wenę i po pół roku napisać pierwszą recenzję. Rzuciłem też pracę, z powodu przemęczenia. Jeździłem parę dni po 900km i ponad 20 godzin. Z jednej trasy ledwo wróciłem prawie zasypiając za kierownicą choć miałem już okulary do jazdy nocnej które nic nie pomagały. Wiedziałem, że jak tak dalej pójdzie zasnę w końcu na dobre za kierownicą i zabiję może nie tylko siebie ale i innych...
Nie mogłem ryzykować, i położyłem temu gburowi kluczyki na stół.
Po tym maratonie jazdy w domu organizm odreagowywał 2 tygodnie. Dopadła mnie gorączka, mięśnie miałem ponaciągane. To efekt tego, że w samochodzie spędziłem pół roku. W samochodzie się leczyłem kiedy dopadało mnie przeziębienie, w samochodzie cały czas siedziałem. Trudno się dziwić, że później musiało minąć trochę czasu zanim doszedłem do siebie.
Kiedy sytuacja zaczęła się układać pojawiły się problemy w domu z racji mojego stanu bezrobocia. Czułem, że zaczynam gasnąć, że zbliża się depresja. Gdy nagle uświadomiłem sobie, że to nerwica wraca wraz z kolejnym czynnikiem stresogennym jakim są ciągłe wypominki że nie pracuję. Wtedy głośno zaoponowałem, że jeśli dalej tak będzie to mnie wszyscy w domu wykończą. Podziałało a wtedy ja sam zrozumiałem, że walka z nerwicą to nie tylko walka z jej atakami kiedy chce nas wyprowadzić z równowagi i wyniszczyć naszą psychikę. Walka z nerwicą to także unikanie czynników silnie stresogennych. Jeśli nie da się ich wyeliminować, to trzeba tym czynnikom czyli ludziom którzy to powodują ciągle uświadamiać że tak to na nas działa.
Dziś po ponad pół roku od diagnozy żyję w miarę normalnie. Unikam stresów jak mogę ale nie zawsze jest to możliwe. Uprawiam sport (rowerek po 30km dziennie jak jest okazja). Dużo czytam książek. Jest to moja recepta na skutek uboczny nerwicy czyli dziury w pamięci. Dlatego staram się trenować ciało i umysł. Dzięki temu obecnie piszę recenzje płyt tak jak dawniej a nawet bardziej obszerne. Szukam pracy choć nie wiem czy jestem już gotowy ponownie wejść do samochodu i jechać bez ryzyka silnego nawrotu dolegliwości.
Unikam też oglądania często horrorów i thrillerów jak robiłem to kiedyś. Człowiek z nerwicą często bierze wszystko za mocno do siebie. Więc można robić to co kiedyś ale rzadziej choć nie ukrywam, że te gatunki filmów lubię najbardziej. Jak dotąd nie powróciły do mnie tak silne objawy jak w czerwcu. Poza tym znowu uwierzyłem w siebie, szczególnie po przeczytaniu kilku ciekawych książek w których przedstawione były historie ludzi którzy najpierw przeżyli ciężki okres a potem wyszli na prostą. To wspaniała motywacja, że komuś też się udało więc mimo wszystko nie należy się poddawać. Choć o mojej dolegliwości najpierw wiedzieli tyko rodzice i moja dziewczyna, potem opowiedziałem o tym moim dziadkom którzy chyba nie zrozumieli co to jest, oraz bratu i bratowej. Okazało się, że parę osób w moim otoczeniu też na to cierpi, śmiem twierdzić że niektórzy mają silne stany nerwicy i nie są świadomi tego, że to choroba tłumacząc się tym że ciągle ktoś ich denerwuje.
Tekst ten piszę kiedy jestem w stanie bardzo dobrym, nie mam jednak gwarancji, że na przykład za tydzień nie dopadnie mnie znowu stres, nerwy i stany depresyjne.
A jak wiadomo nerwica z depresją jest najgorsza. Kiedy jest ze mną źle, staram się odnaleźć to co sprawia mi radość. Oglądam wtedy zdjęcia które uwielbiam robić (też taka mała pasja) i patrzę jak robiłem je kiedyś. Gram na gitarze a kiedy mi nie idzie słucham moich wcześniejszych nagrań.
W zasadzie jak przy każdej chorobie człowiek dowiaduje się sporo o sobie. Smuci mnie fakt, że nerwica jest niewyleczalna, jednak cieszy że można z nią żyć i radzić sobie. Chociaż żyję z świadomością tej dolegliwości to walka z nią uświadomiła mi to kim jestem. A mianowicie człowiekiem pasji i ideałów, który ma swoje marzenia i chce je zrealizować. I realizuję je jeśli mam możliwość. Cieszę się, że wróciła mi wena i potrafię znowu pisać. A to dzięki książkom.
Nie wiem czy komuś mój tekst pomoże. Jeśli chociaż da promień nadziei będzie to dla mnie ogromna radość. Kiedy napisałem na tym forum o mojej nerwicy po raz pierwszy zasmuciło mnie to, że podobno nie udzielają się tutaj lekarze specjaliści. Dlatego postanowiłem napisać o tym jak ja sam radzę sobie z nerwicą. Mam świadomość, że wielu z was żyje innym trybem życia w innym środowisku. Jednak każdy może znaleźć swój sposób na walkę z tą jakże uprzykrzającą życie dolegliwością.
I co ważne piszę te słowa do ludzi którzy dopiero się dowiedzieli o tym, że mają nerwicę. Wiem że może się to Wam wydawać niemożliwe ale naprawdę można to zwalczać. Szukajcie oparcia w rodzinie, mówcie na głos co wam dolega, co was denerwuje, co się z wami dzieje. I walczcie do końca całym swoim jestestwem. Chociaż może się to wydawać teraz bzdurą to naprawdę potrzeba na to czasu. Ludzki organizm w tej sferze jest specyficznie zbudowany. Nerwica to nie jest niestrawność. Bo tak naprawdę ciężko jest pozbyć się problematycznej dolegliwości której objawy nasilały się przez kilka lat.
Życzę wam wszystkim zdrowia i dużo, dużo spokoju. Każdy może dać sobie radę z tą męczyduszą, trzeba tylko chcieć. Jeśli macie jakieś podobne doświadczenia też chętnie o nich poczytam poniżej.

Marcin
napisał/a: czarusia81 2012-01-21 19:27
Witaj.Przeczytałam o Twoich zmaganiach nerwicowych i wszystko rozumiem ,a to czemu?No właśnie nikt tak nie zrozumie nerwicowca jak drugi nerwicowiec chociaż dolegliwości potrafią różne .Ja przez swoją nerwice straciłam wiele szans na niezależne życie.Tak właśnie kiedy miałam możliwość mieszkać w Holandii ,dobrze zarabiać ,tak wszystko legło w gruzach.Dostałam takich stanów nerwicowych a przy tym lękowych ,że o normalnym funkcjonowaniu mogłam tylko pomarzyć.Co się ze mną działo to ciągle wstyd mi się przyznać .Ale musiałam to wydobyć z siebie .Najpierw opowiadziałam o tym mojemu chłopakowi ,który jakos zrozumiał pewnie dlatego że mnie kocha to został ze mną ,nie odszedł.Może napisze co mnie tak przytłaczało ,były to natrętne myśli które nakręcały mnie bym zrobiła komuś krzywde ,przykładowo nakłaniało mnie na wzięcie noża i dzganie nim w kogoś ,niestety miałam na myśli nawet mojego chłopaka a także osoby z którymi wynajmowaliśmy .Myślałam o przypaleniu kogos papierosem na przerwie w pracy ,wylanie gorącej kawy na kogoś ot tak bez uzasadnienia TO BYŁ HORROR bo ja to czułam że moge że chce to zrobić,przy tym miałam takie stany lękowe że myślałam że się wykończe ,myślałam nie boje się już tak tych bardzo przyspieszonych bić serca ,czy zawrotów głowy jak tych myśli.Bo te myśli zabierały mi moje człowieczeństwo a przy tym nie mogłam się ani zrelaksować ani cieszyć ani skupić na niczym .Czułam się jak morderca ,nie wiedziałam kim jestem.Pojechałam wreszcie do psychiatry który zapisał mi leki które nie od razu były trafione ,dopiero po sprawdzeniu kilku rodzaji zaprzestałam na ''clomipramine".Zaczełam też chodzić na psychoterapie.Za niedługi czas straciłam prace bo szef wyczuł ,że jestem jakaś dziwna ,sztywna ,zestresowana .Taka zresztą czułam sie w środku myślałam nawet że podczas pracy trzepne kogoś czymś ciężkim ,jak brałam maszynke do zaklejania kartonów to na mysli najpierw miałam że za chwile pierdolne nią kogoś w głowe ,a ofiar miałam co rusz to nową ,nikogo nie oszczędzałam w myślach.Na szczęście nikogo nie zabiłam baa nawet nie uderzyłam .Najbardziej skrzywdziłam siebie bo wygasłam ,straciłam wiare w siebie ,w swoje dobro ,w swoją ludzkość .Na bezrobociu długo dochodziłam do siebie ,ostatecznie wróciłam do Polski tak do tej szarej rzeczywistości .Wszystko to złe działo się w 2011 roku.Teraz jest 2012 i czuję się troszke lepiej ,nawet zaprzestałam brać"clomipramine "ze względu na to że próbuje rzucic palenie ,a przy tym biore "tabex"wspomagający rzucanie palenia.Nie chciałam łączyć tych leków .Wiem że to co się ze mna działo i to co może sie jeszcze dziać to nerwica .Pomogły mi leki pomogły mi wizyty u psychologa ,czuje że nadal te mysli są chociaż w mniejszym a nawet dużo mniejszym natężeniu jak na razie .Siedze teraz na bezrobociu .Mam nadal duży brak pewności siebie bo nie mam siły znaleść i iść do pracy ,zwyczajnie boje sie że to powróci że dam palme przed ludzmi.Że znowu mnie zwolnią bo nie bede mogła sie starać przez te myśli .Czekam aż wspomnienia się zatrą ,może zdąrze je zatrzeć zanim znowu napadnie mnie nerwica.Niestety jestem teraz sama bez chłopaka bo on chociaz wrócil ze mną z Holandii to mieszka w innym mieście .Przyjeżdza do mnie czasem ,ale większośc czasu musi pracować bo ma potężne długi finansowe;( A ja tak bardzo chciałam pracować być odpowiedzialna iu układać sobie powoli z nim życie .Mam uraz do losu do Boga który pozwolił mi miec tą chorobe.Często chciałam skończyc ze sobą ,ale to też tylko wyobraznia raczej nie jestem do tego zdolna.Jednak odczuwam to bardzo że moje życie jest męczące dla mnie na tyle że się już nie chce żyć.Nie potrafie miec przyjaciół na dłuższą mete bo jestem często zamknieta w sobie ,albo zwyczajnie zbyt szara ,mało pewna siebie.A wiem że jest we mnie utracony blask ,fajna kobieta ,urocza,zabawna i lubiaca dobrze się bawić ,rozmawiać .Widze małą iskierke nadzieji ,że jeszcze się podniosę że jeszcze będe szczęśliwa ze swoim facetem .Że znajde swoje miesce w życiu ,prace w której będe czuła się spełniona ,dom o który będe dbała itp.itd. Pozdrawiam ! M.
napisał/a: czarusia81 2012-01-21 19:38
Ps.jeszcze chciałam dodać oczywiście bez urazy ,wręcz przeciwnie z całym szacunkiem,że tak jak poczytałam co napisałeś to w wielu miejscach aż mnie rozbawiłeś ,poprostu fajnie ujmujesz słowa i fakty )) Dzięki za to rozbawienie
Teraz moge się pośmiać z tej nerwicy jak czuje sie lepiej Ale nigdy nie chce się wysmiewać z tego bo to prawdziwy krzyż pański!
napisał/a: logic 2013-04-23 16:11
Świetny wpis. Bardzo szybko to wszystko odkryłeś w sobie, mi dojście do podobnych wniosków zajęło kilka lat. Najpierw była ciężka depresja, nazwałbym ten stan nawet melancholią, bo był to po prostu totalny dół, bezruch, choroba ciała i umysłu. Jakoś się z tego wygrzebałem, nie wiem który czynnik mi w tym najbardziej pomógł, a było ich wiele. Następnie przez krótki okres było trochę lepiej a potem znów wkraczała depresja. Jednak epizody depresyjne były coraz krótsze, a stopniowo zaczęła ujawniać się nerwica.

Moje sposoby walki z nerwicą to działanie na wielkim spokoju, powoli, bez pośpiechu - oczywiście w miare możliwości bo wiadomo że nerwica atakuje cichcem - czasem zdaje się mi że wszystko mam pod kontrolą a nagle okazuje się, że od kilku dni jestem
w stresie i on ciągle rośnie.

O swojej chorobie powiedziałem tylko rodzicom, niby starali się pomóc ale to są ludzie z innej epoki i nie za bardzo potrafią zrozumieć, nawet jeśli by chcieli. Skutek jest taki że obecnie jestem w dość kiepskim stanie i przez ostatnie miesiące, choć naprawdę ostro walczyłem to raczej przegrywałem walkę z nerwicą. Od pół roku z pewnych względów znów mieszkam z rodzicami
i jest to bardzo stresogenne środowisko.Wiem że mnie niszczy ale niestety jeszcze przez około pół roku muszę tu mieszkać.
U mnie jest tak, że gdy mieszkam sam, poza domem rodzinnym, mam prace, jakieś hobby i ogólnie wszystko zaczyna się prostować - to nerwica powoli ale sukcesywnie odpuszcza. Nie ma łatwych sposobów na walkę z nią. Prawdą jest że trzeba się nauczyć z nią żyć. Ja nazywam to dążeniem do harmonii, w której wreszcie wszystkie moje plany, marzenia i działania które podjąłem aby te plany i marzenia zrealizować.. kiedy one zaczną się układać, przynosić przewidywane korzyści i będę mógł wreszcie pozwolić sobie na życie spokojniejsze i o wiele mnie stresogenne. Wierze że wtedy, w tej harmonii odnajdę spokój
i szczęście i zapomne o nerwicy.

Jako ciekawostkę dodam, że spotkałem się z ciekawym podejściem do tematu, otóż ludzie zajmujący się światem duchowym określają nerwice mianem istoty/pasożyta która się w nas zasiedliła, a metodą na zwalczenie jej w sobie jest podnoszenie swojego poziomu świadomości, abyśmy byli od niej silniejsi. Ma to sens i muszę przyznać że jest to jeden z czynników które pomagają mi w walce. Uczyć się, obserwować siebie, innych, ogólnie otoczenie. Inspirować, motywować i rozwijać. Nie ma łatwego sposobu, jest tylko długa i wytrwała walka, która wierzcie mi że przynosi efekty. Ale jednak najbardziej podstawowym sposobem jest moim zdaniem unikanie i ogólnie eliminowanie ze swojego życia sytuacji stresowych i wszelkich stresogennych czynników. A jeśli środowisko w którym żyjemy nas niszczy, bo jest ich pełne, to dla własnego zdrowia i szczęścia musimy je opuścić. Ważne jest też aby nie przeceniać swoich sił ponad zamiary, bo wiąże się to oczywiście z wytężoną pracą, stresem i wszystko się nakręca od nowa.

Niestety jeśli tej walki nie podejmiemy to drugim wyjściem jest tylko przemoc, alkohol lub narkotyki i ogólnie równia pochyła w ramiona patologii. Choć przyznam że marihuana w niedużych ilościach i używana raz na jakiś czas często mi pomagała, gdy bywało naprawdę ciężko. Najważniejsze to nie przyjąć przekonania że właśnie "zioło", alkohol, twarde narkotyki, czy choćby leki psychotropowe lub jakiś inny destrukcyjny sposób odreagowania jak np. obżeranie się czy seksoholizm są odpowiedzią na nasze problemy. Wtedy można wpaść w błędne koło beznadziei i autodestrukcji, a z niego już naprawdę ciężko się wyrwać.

Co do tematu "nerwica a depresja" - to jak dla mnie są one nierozerwalnie związane. Jest coś takiego jak "choroba afektywna dwubiegunowa" - która objawia się na przemian stanami niskiego i bardzo wysokiego nastroju. Przez pewien czas tak to nawet
u mnie wyglądało. Każdy człowiek to osobny przypadek, wychowójemy się w różnych środowiskach, otrzymujemy różne wychowanie, przekazywane są nam różne wartości, co innego ma zakodowane w głowie. Czasem nachodzi mnie nawet myśl
że moja nerwica dopadła mnie tak jakby w ramach pomocy przeciw depresji. Ponieważ u mnie depresja często objawiała się stanem melancholii (moim zdaniem depresja to choroba, ale melancholia to STAN, skrajny stan depresji). I żeby się z tej melancholii wydostać zaprzedałem niejako nieświadomie dusze nerwicy, aby mnie z niej wyciągneła. Jakkolwiek komicznie by
to nie brzmiało - zawsze jest to jakiś inny punkt widzenia na ten problem, a jak wiadomo każdy punkt widzenia poszerza naszą
świadomość.

Bardzo trafnie ująłeś to że walka z nerwicą uświadamia nam kim jesteśmy. Pewnie bierze się to z obserwacji i analizy siebie, swoich reakcji i zachowań. Dużo jest tego wszystkiego ale najważniejsze to zachować we wszystkim spokój i umiar - jednocześnie nie stojąc w miejscu i rozwijając się, bo wraz ze stagnacją czai się depresja, a z nią z kolei nerwica. Błędne koło, ale z czasem gdy uczymy się z tym żyć, staje się to normalne, my stajemy się silniejsi i mądrzejsi, cwańsi o doświadczenia. Myślę że każde załamanie, wiąże się z jakąś nauką i mądrością, a w mądrości tkwi siła. To że ktoś powiedział, że nerwica jest nieuleczalna,
to nie znaczy że musi to być prawda. Ogólnie nerwica to jakieś zaburzenie psychiczne, i od nas najbardziej zależy czy damy sie temu zaburzeniu rozwijać i nas niszczyć czy postaramy się to w sobie zwalczać i dązyć do spokoju i harmonii. Zawsze można doprowadzić do sytuacji w której stany bez nerwicy będą wielokrotnie dłuższe od tych "z nerwicą" :) U mnie to tak wygląda
"w lepszych okresach". Trzeba tylko się nie poddawać i ciągle poznawać tego "wroga".

Właśnie dziś mnie naszło żeby wpisać w google: "jak sobie radzić z nerwicą", tak natrafiłem na ten temat i na kilka innych. m.in. na ten artykuł http://www.ezosfera.pl/leszek/artykul/40 który też przedstawia nerwice w ciekawy sposób. jako wewnętrzny
konflikt, musze przyznać że zawsze pod skórą czułem że ten cały szit który mi się przytrafia ma przyczynę w jakimś konflikcie
we mnie, niemalże czułem jak ten konflikt wewnętrznych interesów tworzy napięcie.

Dodam jeszcze że też widzę, dosłownie wszędzie, znerwicowanych ludzi, którzy nie mają pojęcia co im dolega i jak z tym walczyć, to jest dosłownie plaga. Bardzo dobrze że napisałeś tego szczerego posta, bo może komuś pomóc. Ja od razu poczułem się lepiej, bo bardzo dokładnie i rzeczowo to wszystko ująłeś, czarnusia81 też mądrze i świadomie pisze o swojej chorobie. pozdrawiam was i życzę dużo zdrowia i siły. Na pewno będzie lepiej, pzdr
napisał/a: czarusia81 2013-04-23 20:27
Witam.Dzięki logic za miłe słowa.Ja chciałam napisać ,że pracując nad sobą i wertując internet po to aby znaleść pomoc znalazłam strone pana Grzegorza Szaffera i jego"Historia pewnej nerwicy" to co tam przeczytałam bardzo mi pomogło m.in.temat :"Poddaj swój skarb"i jeszcze jedno pan Grzegorz napisał książkę "Pokonałem nerwicę"-poradnik praktyczny.O tym jak on wyszedł z nerwicy bardzo ją polecam !!!Ja ją mam i kieruję się nią z pozytywnymi wynikami .Jadę bez leków chociaż bywają stany około kryzysowe albo kryzysowe ale nigdy nie są straszniejsze niż to było zanim nie znałam natręctw nerwicowych.Polecam Tobie logic i wszystkim którzy jadą na tym samym wózku.

I jeszcze specjalne wyróżnienie i pochwała dla Ciebie logic za Twój tekst poniżej...Jest to złoty tekst... Pozdrawiam.
CYTUJĘ:
"Bardzo trafnie ująłeś to że walka z nerwicą uświadamia nam kim jesteśmy. Pewnie bierze się to z obserwacji i analizy siebie, swoich reakcji i zachowań. Dużo jest tego wszystkiego ale najważniejsze to zachować we wszystkim spokój i umiar - jednocześnie nie stojąc w miejscu i rozwijając się, bo wraz ze stagnacją czai się depresja, a z nią z kolei nerwica. Błędne koło, ale z czasem gdy uczymy się z tym żyć, staje się to normalne, my stajemy się silniejsi i mądrzejsi, cwańsi o doświadczenia. Myślę że każde załamanie, wiąże się z jakąś nauką i mądrością, a w mądrości tkwi siła. To że ktoś powiedział, że nerwica jest nieuleczalna,
to nie znaczy że musi to być prawda. Ogólnie nerwica to jakieś zaburzenie psychiczne, i od nas najbardziej zależy czy damy sie temu zaburzeniu rozwijać i nas niszczyć czy postaramy się to w sobie zwalczać i dązyć do spokoju i harmonii. Zawsze można doprowadzić do sytuacji w której stany bez nerwicy będą wielokrotnie dłuższe od tych "z nerwicą" :) U mnie to tak wygląda
"w lepszych okresach". Trzeba tylko się nie poddawać i ciągle poznawać tego "wroga"."

I od siebie chcę dodać ,że dla nas -porażonych nerwicą (nn) jak i dla dotkniętych każdą innego rodzaju nerwicą bardzo ważne jest żebyśmy nie czuli się gorsi .Bynajmniej ja nad tym pracuję bo z tym ogromny kłopot miałam ale już jest lepiej ...Jesteśmy fajnymi ludźmi i tego się trzymajmy ,a to że nerwica nas przysypała to nie znaczy że siłą woli się z niej nie odkopiemy i znów poczujemy się ,że przecież tak naprawdę przecież cały czas jesteśmy tymi fajnymi ludźmi którymi byliśmy z empatią z szacunkiem dla życia innych z chęcią miłości ,przyjaźni itp.uczuciami ,które pod zwałami gruzu nerwicowego na chwile zostały zawalone ...Odkopujmy je dążąc do zdrowia psychicznego ,nigdy nie zapominając o własnej wartości .
Ps .Ludzie bez nerwicy całkiem zdrowi też miewają głupie myśli -tyle ,że akurat inaczej je postrzegają albo wcale się tymi myślami nie przejmują dlatego nie są natrętne.I dlatego nie są chorzy na nn.
napisał/a: Jigggi 2013-05-11 18:18
Minął jakiś czas i chyba pora by coś opowiedzieć skoro w temacie się coś ruszyło.

A więc za namową lekarza rodzinnego poszedłem do psychiatry. Nie było to jednak łatwe, jak pokazała nasza polska rzeczywistość kolejki są pozajmowane na conajmniej rok. Wszędzie w sumie podobnie, problemy życiowe i bezradność w stosunku co do nich. Utrata pracy, gnój jaki czasem robią byli partnerzy czy partnerki, sprawy sądowe etc.
Na szczęście udało mi się "wbić" na wizytę w lokalnej przychodni. Czekałem miesiąc i byłem jednym z 25 osób którym się poszczęściło.
Co ciekawe większość to starsze babcie albo faceci po 40 i jedna młoda matka którą prawie roznosiło w kolejce. Zdałem sobie sprawę patrząc na nią, że ze mną chyba nie jest tak źle skoro ja potrafię to kontrolować a ona po prostu nie umie się opanować.
Wizyta w gabinecie trwała niecałe 5 min. Tak jak zapowiadał mój lekarz rodziny, ta lekarka przyjeżdża raz na miesiąc i podchodzi do sprawy trochę taśmowo....No ale lepsze to niż nic. Opowiedziałem w skrócie moje objawy, diagnozę lekarza rodzinnego i wyszedłem z receptą.
Zasadniczo udałem się tak w porę bo zaczęły się u mnie pojawiać stany lękowe. To był akurat ciężki dla mnie czas więc walka z tą przypadłością też była trudniejsza. W sumie wyszło że mam zespół nerwicowo-depresyjny.
Od ponad pół roku biorę te zapisane leki i cóż mogę powiedzieć? Mój stan poprawił się zasadniczo w 80%!

Leki zaczęły pomagać po jakichś dwóch miesiącach ale efekty są widoczne. Pewnego dnia poczułem, że mój umysł się "uwolnił". Tak jakby do tej pory był z jakimś więzieniu. A to efekt tego, że całą świadomość była skupiona na walce a nie na rzeczach ważniejszych. Z dnia na dzień było coraz lepiej, spowrotem zacząłem hurtowo pisać artykuły, oceniać płyty itp. Znowu poczułem, że żyję, będąc w szpitalu na pewnym zabiegu nie czułem strachu jak to było dawniej. Nie telepie mnie już a przynajmniej zdarza sięt o bardzo rzadko kiedy ktoś mnie konkretnie wkurzy, ale jeśli sobie uświadomię od czego to, zaraz to mija.

Wszystkie objawy takie jak chęć zrobienia komuś krzywdy, wrażliwość na kolory, przedmioty odeszły. Przy okazji zabiegu w szpitalu porobiono mi szereg badań jak to zwykle przed operacją. Kiedy zobaczyłem moje wyniki RTG, krwi, moczu i EKG, świat też mi się pozmieniał. Wyniki super, więc odeszły fobie związane ze strachem przed chorobami takimi jak rak płuc czy HIV. Każdemy to polecam chociaż raz do roku!. Od razu rzuciłem całkowicie papierosy! CO prawda paliłem je naprawdę sporadycznie, ale stwierdziłem, że skoro płuca mam ok to nie będę się truł na własne życzenie i sam sobie fundował kolejną porcję stresu przed chorobą nowotworową.

Leki które biorę mają tylko jedną wadę! Nie można w czasie ich brania pić alkoholu - W OGÓLE! Tak więc nawet małe piwko czy kieliszek szampana w sylwestrową noc odpada! Jednak nie ma tego złego, w sklepach dostępne jest piwo LECH Free, które jest zasadniczo bezalkoholowe. Lekarz pozwolił mi je pić od czasu do czasu. Tak więc kiedy jestem na imprezie i widzę, że inni zalewają się zimnym żubrem czy kasztelanem a mnie aż nosi by przechylić jeden kufel, to właśnie wtedy kupuję tego Lecha. Smakuje jak sikacz, ale zawsze to coś.

Zresztą nie pijąc od pół roku powoli zauważam, że nawet jeśli w przyszłości będę mógł odstawić leki, to zostanę chyba świadomym abstynentem. Byłem na kilku imprezach mocno zakrapianych, nie piłem a bawiłem się super i mogłem się dogadać z każdym. W dodatku potem zarobiłem jako kierowca odwożąc ludzi po domach a rano wstałem rześki i bez kaca. I naprawdę mi się to spodobało.

Kiedy przyszedł czas, że doszedłem do siebie udało mi się nawet nabrać wagi. Wcześniej nawet nie miałem apetytu, teraz jem sporo. Uprawiam aktywnie sport robiąc co drugi dzień killkadziesiąt kilometrów rowerem. Ćwiczę kalistenikę i ogólnie czasem zapominam o tym co jeszcze niedawno nie dawało mi żyć.

Rodzina też się trochę zmieniła, wiedzą że nie można mnie denerwować za mocno, skądinąd to oni dają mi pieniądze na leki więc raczej nie chcą by się marnowały.

Zauważyłem tylko jedną zasadniczą rzecz. Mianowicie depresja odeszła ale nerwica czasem jeszcze pokazuje, że tak łatwo nie będzie. Na szczęście jak wspominałem są to sporadyczne akcje, zdarzają się najczęściej kiedy ktoś czegoś ode mnie chce a ja jestem zajęty innymi sprawami a nie mam podzielnej uwagi.

Stałem się też niepoprawnym optymistą. Kiedy wstaję rano mówię sobie "Każdy dzień to dar, wykorzystaj go" i kiedy nawet są jakieś życiowe problemy powtarzam sobie, że jestem zdrowy, mam obydwie ręce i nogi i mogę wszystko. Więc skupiam się na tym co dobre a nie na tym co złe.

Aha ważna rada, jak ktoś chce walczyć z nerwicą bez leków, to w pierwszej kolejności niech wyniesie z domu telewizor. To włąśnie media nakręcają nas tak byśmy się bali i denerwowali. Bez telewizji nie ma tego problemu bo nie słyszy się codziennie o tragedniach. A świat jest piękniejszy kiedy wyjdzie się z domu, co polecam każdemu. Rower, spacery, rybki nad jeziorem a sami zauważycie, że wasze serce zwolni tempo a słońce zacznie się uśmiechać.

Jestem otwarty na wszelkie pytania. Jak coś pisać, zaznaczam jednak że jestem osobą która to przechodzi a nie lekarzem, który jest specjalistą w tej dziedzinie.

Pozdrawiam
napisał/a: adriana4 2013-05-12 19:35
Witam, ja cierpię na depresję i nerwicę lękową od ok 8 lat. A zaczęło się od tego, że zupełnie nieświadoma tych chorób dostałam ataku duszności które utrzymywały się kilka dni. Wkoncu poszłam do poradni świątecznej i takiej która jest czynna po 18 (bo to było późnym wieczorem) i dowiedziałam się po zbadaniu że te okropne duszności są na tle nerwowym. Pani doktor przepisala mi Hydroksyzyne w syropie,i poleciła wizytę u psychologa. Powiem wam że po tym syropie który raz zażyłam duszności minęły "jak ręką odjął"....ale wróciły po ok pół roku. Wtedy poszłam do psychologa ale terapia mi nie pomogła. Wiec poszłam też do Psychiatry. Antydepresant Nexpram pomógł mi na tyle że znalazłam pracę i chodziłam do niej 4
miesiące. W tym czasie lek odstawiłam bo praca bardzo mi pomogła. Nie siedziałam w domu zalękniona, tylko wyszłam do ludzi. Bylo super! tak jak przed choroba. Ale kiedy się zwolniłam (w styczniu i do dziś nie pracuje) to znów wszystko wróciło. A przedewszystkim duszności. teraz znów szukam pracy
napisał/a: Claudina 2013-06-24 22:46
Jigggi!
Przeczytałam Twój post jednym tchem i jestem pod wielkim wrażeniem! Bardzo brakuje tego typu postów - ja sama gdy zmagałam się z nerwicą beznadziejnie poszukiwałam jakichś pozytywnych wpisów, a niestety na forach są same negatywne, przepełnione paniką i licytowaniem się kto ma jakie objawy. Czytając je czułam się jeszcze gorzej, oczywiście zaczynałam odczuwać też wszystkie objawy, które inni opisywali.
A w nerwicy trzeba myśleć pozytywnie, karmić swój zmęczony chorobą umysł dobrymi myślami, kluczem jest akceptacja nerwicy a nie walka z nią. Długo nie mogłam zrozumieć na czym to polega, jak mam się pogodzić i zaakceptować nerwicę, która zabrała mi moje szczęśliwe życie. Ja też miałam swój przełomowy moment - pomyślałam, że gdybym miała wypadek i straciłabym nogę to nie miałabym wyjścia, musiałabym nauczyć się żyć bez nogi, bo jak niby z tym walczyć? Przecież mi nie odrośnie. Zrozumiałam, że mam nerwicę i będę miała, muszę się nauczyć z nią żyć tak, aby móc robić wszystko to co robiłam przed nią. Lekko nie było! W najgorszym okresie nie byłam w stanie wyjść z domu i byłam sparaliżowana myślą, że zaraz z jakiegoś powodu coś mi się stanie i nikt mi nie pomoże i umrę. Myślę, że każdy nerwicowiec to zna. A minął ponad rok, żyję i mam się dobrze!
Dla mnie największą pomocą był ten blog, założony przez byłego nerwicowca: http://szaffer.pl/
Zawdzięczam mu powrót do normalności.
Dziś czuję się dobrze, żyję normalnie. Nie mam napadów paniki, a nawet gdybym miała mieć to nie robi to na mnie wrażenia bo zupełnie je oswoiłam i wtedy mi przeszły. Nie czuje lęku. Czuję czasem większe napięcie i pozostało mi troche nerwicowych nawyków ale nie mam nerwicy - chociaż wiem, że jeśli znów moje życie będzie pełne nerwów, chaosu i napięcia to ona do mnie wróci. Nerwica pokazuje nam, że z naszym życiem jest coś nie tak, że coś musimy zmienić. Nerwica pokazuje to w bardzo dotkliwy sposób, ale wg mnie tylko wtedy to do nas dociera!
Ja jestem teraz dużo spokojniejsza i unikam napięcia. Bardzo pomaga medytacja i sport i ogólnie zajęcie się czymś, zaangażowanie się, w miarę możliwości, małymi kroczkami. Podczas nerwicy, nawet najgorszej fazy nigdy nie brałam leków uspokajających (m.in. dlatego, że panicznie bałam się że będę miała jakieś straszne, nieznane dotąd medycynie skutki uboczne).

Życzę wszystkim wytrwałości, pracy nad sobą, optymizmu i spokoju. Będzie dobrze :)
napisał/a: tosia34 2018-03-13 22:08
Z nerwicą czy też depresją jest naprawdę ciężko sobie samemu poradzić. Polecam w takim przypadku klinikę https://psychomedic.pl/ zajmującą się właśnie leczeniem zaburzeń psychologiczno-psychiatrycznych. Mają kadrę wykwalifikowanych pracowników którzy indywidualnie każdemu starają się pomóc.
napisał/a: justyna.zyzak1 2018-08-01 12:56
Wizyta u specjalisty to najlepsza metoda, żeby pozbyć się problemy.. przynajmniej teraz to wiem odkąd regularnie chodzę na wizyty do Pani Ewy z Ośrodka Rozwoju Osobistego Przystań.
napisał/a: camilla0 2018-11-29 21:08
Dzięki za tę historię! Uświadamia, że trzeba walczyć z tym, co ciągnie nas w dół. Widzę, że niektórzy polecają osoby i miejsca, w których znalazły pomoc i zrozumienie. Dla mojej bliskiej koleżanki takim miejscem okazało się Mind Story. Życzę każdemu wytrwałości w walce z chorobą i powodzenia.