Wyjątkowo zdrowi psychicznie?

Naprawdę zdrowi ludzie są życzliwi bez wyrachowania. Mają tyle dobrego samopoczucia i radości, że mogą sobie pozwolić na rozrzutność.
 
Przedstawiamy najnowszą książkę słynnego brytyjskiego duetu pisarskiego Robina Skynnera i Johna Cleese pt. " Żyć w tym świecie i przetrwać". Jest to kontynuacja tematu z poprzedniej książki o podobnym tytule, która zdobyła ogromną popularność również i w Polsce.

John:
Kiedy pisaliśmy książkę (...), wspomniałeś kilka razy o badaniach nad rodzinami wyjątkowo zdrowymi psychicznie.
Robin: Zgadza się. Są one niezwykłe, można by je porównać do zdobywców złotych medali olimpijskich.
John: To intrygujące, nigdy nie słyszałem, żeby ktoś inny o tym wspominał.
Robin: Tak, rzadko się o tym mówi.
John: Wydawać by się mogło, że to ciekawy temat dla psychiatrów, ale tak nie jest. W ogóle dziwne jest to, że psychiatria interesuje się tylko osobami, które sobie nie radzą: ludźmi z problemami. Gdybyś chciał napisać książkę o tym, jak malować, grać w tenisa albo jak być dobrym menedżerem, zacząłbyś się przyglądać ludziom, którzy są w tym dobrzy. Nie oczekiwałbyś, że bestsellerem zostanie na przykład książka "Jak zostać mistrzem golfa, poznając tajniki gry dwudziestu najgorszych graczy świata".
(...)
Robin
: Owe szczególnie zdrowe rodziny mają niezwykle pozytywny stosunek do życia i innych ludzi. Ogólnie rzecz biorąc, ma się wrażenie, że ich członkowie lubią siebie samych i lubią się nawzajem, a przede wszystkim są otwarci i przyjaźni wobec otoczenia.
John
: Są mili. Ależ to rozczaruje prasę brytyjską!
(...)
John
: Czy to aby nie oznacza, że łatwo ich naciągnąć? Wiesz, świat bywa brutalny. Zbytnia otwartość, zbytni optymizm wobec innych mogą przynieść opłakane skutki.
Robin: Optymizm nie jest tu najlepszym słowem. Optymista lub pesymista to ktoś, kto widzi świat jednostronnie, natomiast jedną z miar zdrowia jest stopień widzenia świata takim, jaki jest, bez żadnych zniekształceń i naginania do własnych wyobrażeń. Osoby ze zdrowych rodzin okazują się trzeźwymi realistami. Wiedząc, że ludzie mogą być dobrzy albo i źli, niełatwo dają się oszukać. Przyjmują ludzi takimi, jacy są, z ich łagodnością i brutalnością i najczęściej nie zrażają się, jeśli ktoś z początku sprawia wrażenie nieprzyjaznego. Otwierają się na nieznajomych i akceptują ich ale nie wycofują się od razu w odpowiedzi na chłodne przyjęcie.
John: Jeśli więc pozornie nieprzyjazny sąsiad jest po prostu trochę nieśmiały albo ostrożny, gdyż miał w przeszłości złe doświadczenia, oni potrafią przezwyciężyć jego dystans swoją przyjazną postawą.

Robin: Oczywiście. Te rodziny zawsze spotykają się z pozytywną reakcją, bo ich zachowanie ujawnia w innych ludziach najlepsze cechy charakteru.
John: Ależ to nic nadzwyczajnego. Wszyscy wiemy, że jeśli jesteśmy dobrze nastawieni do innych, to najprawdopodobniej i oni zareagują na nas przyjaźnie. Przecież tak właśnie brzmi złota zasada książki "Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi".
Robin: To prawda. Ważne jest jednak nie to, że te zdrowe rodziny robią coś szczególnego, lecz że są w stanie czynić to dobrze i konsekwentnie. Niezwykła jest wielka otwartość i życzliwość tych ludzi oraz to, iż taka postawa wydaje im się całkowicie naturalna.
John: Mówisz, że nie starają się wcale być tak niesamowicie serdeczni i dobrze wychowani?
Robin: O to właśnie chodzi. Obserwując ich zachowanie nie odnosi się wrażenia, że odgrywają jakąś rolę, by w nagrodę spotkać się z pozytywną reakcją. Tak właśnie dzieje się czasami z ludźmi, którzy ukończyli kursy podobne prowadzonym przez Dale'a Carnegiego, albo z tymi, którzy są religijni i przestrzegają reguł swego wyznania. Naprawdę zdrowi ludzie ofiarują swoją życzliwość bez żadnego wyrachowania, choć oczywiście otrzymują ją z powrotem. Wygląda to raczej tak, jakby mieli tyle dobrego samopoczucia i radości, by móc pozwolić sobie na rozrzutność. Taką postawą przypominają niektórych bogaczy, wydających duże sumy na cele dobroczynne. Oni wiedzą, że dla nich i tak zawsze starczy, więc nic się nie stanie, jeśli rozdadzą część swoich bogactw. Można to nazwać "filozofią dostatku".
John: Zwykle naturalną przyczyną dobrego zachowania jest pragnienie zdobycia aprobaty. Ci ludzie natomiast czują się tak dobrze, ponieważ nie muszą za wszelką cenę szukać czyjejś akceptacji - ich życzliwość nie jest więc fałszywa.
Robin: Owszem, ta postawa jest spontaniczna. Będą się oczywiście cieszyć z okazywanego im uznania, ale nie muszą o nie zabiegać.
John: Jak więc można porównać tę otwartą, spontaniczną i życzliwą postawę z zachowaniem większości z nas?
Robin: Cóż, weźmy najgorszy przypadek. W bardzo niezdrowych rodzinach kontakty z innymi ludźmi mogą być naprawdę koszmarne. Moje doświadczenie podpowiada, że wystarczy gdy ktoś z rodziny niedomaga na tle psychicznym, aby jego najbliższym udzielił się ów wysoki poziom negatywnych emocji, zarówno w stosunku do siebie, jak i osób z zewnątrz. Myślę, że z tym zdaniem zgodziłaby się większość moich, zwłaszcza tych dociekliwych i sceptycznych kolegów.
John: A gdzie jest w tym wszystkim miejsce przeciętnych ludzi, do których obydwaj należymy?
Robin: Patrząc na tak zwaną przeciętną rodzinę, czyli ogromną większość ludzi pośrodku skali, w przeciwieństwie do niewielu osób na jej "bardzo zdrowym" albo "bardzo niezdrowym" końcu, nie zobaczymy - może z wyjątkiem rzadkich chwil - skrajnie negatywnych emocji pod wpływem silnego stresu albo prowokacji, które właśnie opisałem. Nie znajdziemy też jakiejś nadzwyczaj pozytywnej postawy bardzo zdrowych rodzin - chociaż zwykłe rodziny czasami mogą takie być, zwłaszcza kiedy są w dobrym nastroju albo mają jakiś szczególny dzień, gdy wszystko układa się dobrze, lub gdy w nagłej potrzebie potrafią stanąć na wysokości zadania.
John: Więc co to oznacza? Jakie naprawdę są przeciętne rodziny?
Robin: Ich stosunek do natury ludzkiej jest z gruntu trochę nieufny. Oczywiście najczęściej maskują to swoim zachowaniem, jednak pod zewnętrznym wyrazem uprzejmości lub życzliwości ukryta jest prawie zawsze postawa trochę ostrożna, nieufna i wyrachowana; tak jakbyśmy sądzili, że zapasy dobra są trochę ograniczone i musimy ciągle pilnować, żeby ktoś inny nie zabrał należnej nam części. Panuje tu raczej postawa "co może mi się przydać?", nawet w kontakcie ze współmałżonkiem lub dzieckiem, nie mówiąc już o sąsiadach czy nieznajomych. Takie osoby traktują związki międzyludzkie jak układy w interesach: obserwują uważnie, czy dostają dokładnie tyle, ile włożyli, mając nawet nadzieję na trochę więcej, czyli na osiągnięcie zysku.
John: Hm, wstyd się przyznać, ale zacząłem sobie uświadamiać, że najczęściej tak właśnie funkcjonuję - chyba że jestem w świetnym humorze. Zwykle staram się być życzliwie nastawiony do ludzi, ale jeśli nie dość szybko spotkam się z pozytywnym oddźwiękiem, nie chce mi się dłużej być miłym. Po prostu wyłączam się i zachowuję się tylko poprawnie. A kiedy, tak jak opisujesz, jestem zestresowany, zauważam, że robię się bardzo interesowny w kontaktach z innymi. "No, dobrze, zrobiłem to i to, i jeszcze tamto, a co ty dla mnie zrobiłeś?". Przypuszczam, że takie postawy przekazuje się z pokolenia na pokolenie. Większość ludzi, których znam, pamięta, jak rodzice mówili im: "Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłem..." albo "Docenisz mnie, kiedy już umrę". Ty jednak twierdzisz, że zdrowe rodziny tak nie robią.
Robin: Wręcz przeciwnie. Odnosisz wrażenie, że nie zapisują wyników, nie pilnują rozliczeń ani nie prowadzą starannie emocjonalnej buchalterii, by upewnić się, że bilans im się zgadza. Jak już wspomniałem, rodziny te zachowują się jakby miały taką obfitość życzliwości i radości życia, że mogą je hojnie rozdawać po prostu dlatego, że mają na to ochotę.
John: Oto więc mamy pierwszą cechę charakteryzującą niezwykle zdrowe rodziny. Następna?
Robin: Następna jest bardziej zaskakująca. Pamiętam, że kiedy pierwszy raz o tym przeczytałem, odrobinę mnie to zaszokowało i dopiero po jakimś czasie przywykłem się do tej myśli. Miłość, której zdrowe rodziny mają pod dostatkiem, jest czymś trochę innym niż to, co my wszyscy rozumiemy przez to słowo.
John: Jak to?
Robin: Cóż, jedno znaczenie słowa miłość to pragnienie bliskości. Bliskość jednak może oznaczać dwie rzeczy: albo radość z intymności, albo zależność, czyli tak silne uczucie przywiązania do innej osoby, że trudno nam sobie bez niej radzić. Dla niektórych może nawet oznaczać kurczowe trzymanie się kogoś drugiego, ogromną potrzebę bycia razem przez cały czas i straszne cierpienie, kiedy tej drugiej osoby nie ma w pobliżu - co oczywiście prowadzi do zaborczości i zazdrości.
John: Co wiec jest takiego zadziwiającego w miłości zdrowych rodzin?
Robin: To zarazem bliskość i oddalenie. Ci ludzie są oczywiście zdolni do wielkiej intymności i przywiązania, ale czują się też samowystarczalni, pewni siebie i wolni, więc nie potrzebują siebie nawzajem tak rozpaczliwie. Kiedy są osobno, doskonale dają sobie radę, nawet potrafią się świetnie bawić.
John: Nie brakuje im siebie?
Robin: Cóż, wszystko zależy od tego, co rozumiesz przez słowo "brakować". Z pewnością ciepło wspominają swojego partnera, lubią o nim myśleć i przynosi im to wiele radości. Nie brakuje im jednak partnera w tym znaczeniu, że czują się nieszczęśliwi, że nie umieją cieszyć się innymi dobrymi rzeczami, które akurat mają pod ręką.
John: Czy naprawdę są aż tak bardzo niezależni emocjonalnie?
Robin: Szczęście, które płynie z takiego związku, jest luksusem, premią od losu. To powoduje, że reszty życia nie zatruwa im strach przed rozstaniem, nie zamartwiają się, jak by sobie dali radę po utracie partnera. I oczywiście, im bardziej umiesz sam cieszyć się życiem i być pewnym siebie, tym ciekawszą osobą się stajesz i tym większą ilością rzeczy możesz podzielić się z partnerem, kiedy znów będziecie razem.

Skróty i podkreślenia pochodzą od redakcji.

 
Robin Skynner, John Cleese, Żyć w tym świecie i przetrwać, Wyd. Jacek Santorski & Co, 2005


Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Pamiętaj, że w przypadku problemów ze zdrowiem należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem!

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)