POLECAMY

Pytania o sens

Wiele razy w życiu zadajemy pytania. Jakże częstym jest wśród nich pytanie: „dlaczego?” Pytamy innych ludzi, siebie, Boga …
Wiele razy w życiu zadajemy pytania. Jakże częstym jest wśród nich pytanie: „dlaczego?” Pytamy innych ludzi, siebie, Boga …

Dlaczego …? Słowo to towarzyszy nam szczególnie w chwilach zwątpienia. Gdy czujemy się szczęśliwi, nie pytamy, dlaczego tak jest – przyjmujemy to jako coś oczywistego. I jest to nawet uzasadnione – przecież normalną rzeczą jest stan szczęścia, spokoju, wzrastania. Doświadczamy tego, co dobre, nie zastanawiając się najczęściej, czy jest w tym nasza zasługa. Miłość i całe dobro otrzymujemy przecież od Boga jako Jego dzieci – za darmo! Pięknie ujmuje to Antoine de Saint-Exupéry, pisząc: „studnia żywej wody wśród pustyni jest jak dar, nigdy w pełni nieopłacony”. Lecz nie można od daru oddzielić powinności, byśmy o niego dbali. Dlatego właśnie Ojciec poprzez przykazania ukryte w sercach każe nam zadawać sobie trudne pytania wtedy, gdy błądzimy, gdy poszukujemy. Przypomina też, że dary, które otrzymaliśmy, powinniśmy pomnażać i przekazywać innym.

Serce człowieka potrzebuje miłości. Jeśli zapominamy o tym choćby przez chwilę, jeśli grzeszymy, jeśli nasze czyny lub myśli spychają miłość w kąt, Bóg płacze. Płacz ten i ból odsuniętej miłości czujemy w sercach. To dlatego tak nam jest wtedy źle. Czujemy ciężar grzechu i wiemy, że tracimy to, co najważniejsze. I właśnie wtedy zaczynamy zadawać pytania.
– Dlaczego miłość tak szybko odchodzi? Dlaczego tak boli? Dlaczego tak trudno …?
Czy możemy oczekiwać odpowiedzi na takie pytania? Być może jest to niemożliwe. Może, zamiast pytać, trzeba jak najszybciej starać się powracać do Boga i przyjmować do serca taką miłość, jaka jest możliwa – chociażby zawartą w jasności poranka, uśmiechu stokrotki lub wzlatywaniu gołębi. I starać się czynić tak, by wywołać w sercach innych dobre uczucia, by dziecko się uśmiechnęło, a kot otarł pyszczkiem o dłoń. Czujemy wtedy, że Bóg cieszy się i radość ta wypełnia nasze serca. Od razu jesteśmy mocniejsi, spokojniejsi, mniej się boimy – miłość dodaje siły, tak bardzo potrzebnej w życiu, a źródłem tej siły jest sam Stwórca.
W całym życiu zmagamy się z wieloma problemami. Często boimy się i równie często walczymy o coś, co wydaje się nam ważne, bronimy swojej pracy, majątku, swoich przekonań … I ciągle wiele z tego tracimy. Jakże często buntujemy się wtedy, gdy coś stracimy – nie potrafimy się z tym pogodzić. O ileż łatwiej byłoby w życiu, gdybyśmy kierowali się przekonaniem, że jeśli trzeba będzie coś utracić, to można wszystko oprócz miłości – tę trzeba chronić. Ona jest cudownym darem Boga, który powierza ją nam i prosi, by ją wzbogacać. Zawsze mamy ten dar. Nawet, jeśli miłość w nas umrze, możemy ją odzyskać. I ciągle mamy szansę, aby uczyć się ufać miłości.
Kiedy będzie ci źle, kiedy będziesz się czegoś obawiać, powtarzaj słowa: „UFAM MIŁOŚCI”. I znajdź sposób, by przekazać je innym. Być może ktoś na nie czeka, a jego życie zależy właśnie od ciebie. Bo człowiekowi potrzebne są słowa, które dadzą mu pewność, że zawsze na pustyni znajdzie studnię.

Człowiek chce żyć. Człowiek musi żyć, bo to jego prawo i obowiązek. Jednak zdarza się, że tracimy wiarę w sens wszystkiego. Dzieje się tak zwłaszcza wtedy, gdy brakuje nam oparcia i wiary w to, że każde cierpienie przemija i że w najgorszym nawet nieszczęściu nie jesteśmy sami. Cierpienie ma swoje tajemnice.
Wielką tragedią naszych czasów są samobójstwa. Można pytać, czy słuszne jest, że człowiek otrzymał aż taką wolność, która pozwala na odebranie sobie życia? Przecież bardzo często problem ten dotyka ludzi, którzy są skrzywdzeni przez innych. Cóż powiedzieć o samobójstwie poniżanej i prześladowanej nastoletniej dziewczyny? Jak bardzo ona musiała cierpieć! Dlaczego nikogo przy niej nie było? Dlaczego nikogo nie prosiła o pomoc? A może prosiła? …
Zdarza się, że człowiek prosi Boga o śmierć, bo czuje, że nie uniesie dalej swego cierpienia. Jak go wtedy przekonać, że nie ma racji? Wydaje się, że wyjściem może być prośba do Pana o łaskę ofiarowania swojego życia za kogoś innego. To już nie będzie prośba o śmierć! Dramatyczne chwile zagrożeń pokazują, iż człowiek jest gotowy do poświęceń dla drugiej istoty. Dużo trudniej jest pojąć, że także w codziennym życiu mamy szansę ofiarowywać wszystko to, co może służyć drugiemu człowiekowi – pracę, modlitwę, rozmowę. To może być nasze uświęcenie. Jeżeli bardzo cierpimy, jeżeli czujemy, że życie traci dla nas sens, to możemy ten sens odnaleźć w działaniu dla innych. Może być to ważne szczególnie wtedy, gdy człowiek jest obarczony świadomością popełnionych przez siebie grzechów, które go przytłaczają. Nawet, gdy czujemy, że Ojciec nam je wybaczył, one są w pamięci i obciążają sumienie. Wtedy ofiarowanie komuś innemu swojego życia może być zadośćuczynieniem dla tych, wobec których czujemy się winni, może też stać się wyzwoleniem dla naszego sumienia. Możemy prosić Stwórcę o tę łaskę, nie wiedząc nawet, za kogo chcemy się ofiarować. I mieć nadzieję, że dowiemy się, jakie mamy w życiu zadanie, jaką misję. Niepodobna przecież, by celem było tylko to, żeby jakoś przeżyć. Życie nie może polegać tylko na tym, żeby każdego dnia budzić się, jadać posiłki, chodzić do szkoły czy do pracy, potem odpoczywać i wieczorem kłaść się spać, nie zastanawiając się, po co to wszystko robimy.

Nikt z nas nie uniknie pytań: „Jak żyć? Co czynić? Jakie mamy zadanie?”
Nie bójmy się stawiać Bogu pytań. Myślę, że On tego od nas oczekuje, że będziemy z Nim rozmawiać, a nie zamykać się we własnych, tak często błędnych przemyśleniach, w których łatwo o ślepą uliczkę. W naszych problemach musimy też mieć odwagę zwrócenia się do innych ludzi. Jakże to trudne – poprosić o pomoc! Tak często wstydzimy się naszych wątpliwości i problemów, zapominając, że każdy z nas je ma. A przecież Bóg działa przede wszystkim poprzez ludzi i chce, żebyśmy sobie wzajemnie pomagali. Miejmy więc odwagę zadawać pytania, prosić o pomoc. Miejmy także oczy i uszy otwarte na problemy naszych sióstr i braci.
Powinniśmy ciągle mieć nadzieję, że nasze życie nie jest przypadkiem – ono jest misją. Trzeba tylko poszukiwać swojej drogi. Wiedzmy też, że ciągle jesteśmy wystawieni na działanie zła, którego czasem nie jesteśmy w stanie w porę rozpoznać. Dlatego musimy bardzo uważać i być zawsze gotowi do obrony. Pocieszające jest jednak, że zło można pokonać miłością.

Słyszałem kiedyś słowa o kwiatku, na który człowiek patrzy i bezskutecznie próbuje go zerwać, bo nie wie, że kwiatek jest tylko namalowany na murze i że jego wysiłki są daremne. Bardzo mnie to zasmuciło. Jeśli tak jest, czy znaczy to, że mam wyrzec się swoich dążeń, jeżeli napotykam trudności? Człowiek pokładający ufność
w Bogu powinien wiedzieć, czy to, czego pragnie, jest dobre. A jeśli do końca nie jest tego pewien? Jeśli ma wątpliwości? Jeśli, powtarzając próby zerwania kwiatka, będzie męczył siebie i innych, czynił szkody w imię przegranej sprawy? A z drugiej strony, jeśli zbyt wcześnie zaniecha tych prób, a później okaże się, że źle wszystko ocenił i po prostu okazał się mało wytrwały?
Przeczytałem kiedyś powieść o Henryku Sandomierskim. Będąc księciem, nie był panem nawet własnych losów, nie potrafił obronić przed złem ukochanej kobiety. Długo nie wiedział, co powinien robić, a gdy wreszcie zdecydował się na działanie, poniósł klęskę. I na krótko przed śmiercią cisnął w nurty Wisły złotą obręcz korony, która była dla niego tak ważna w poszukiwaniu sensu i celu życiowej drogi. I znowu nasuwa się pytanie:
– Kiedy przychodzi czas, aby wrzucić swoją koronę w głębinę i poddać się, pogodzić z losem?
Z pewnością w słusznej sprawie nie wolno zdezerterować, choćby na tym własnym Westerplatte nie było już żadnej amunicji. Problem pojawia się, gdy mamy wątpliwości, czy walczymy w słusznej sprawie. Zwłaszcza, gdy nic się nie udaje i gdy zadajemy sobie pytanie: „Po co to komu potrzebne?”. Tak trudno znaleźć drugiego człowieka, a jeszcze trudniej nauczyć się miłować. Nawet gdy przyjdzie łaska i wielki dar miłości, kiedy chciałoby się ofiarować samego siebie, najłatwiej jest zepsuć wszystko i zamiast pomóc, sprowadzić na ukochaną osobę jeszcze większe cierpienie.
Czy podejmując bezskuteczne wysiłki, przypominające próby zerwania owego namalowanego kwiatka, czynimy dobrze? Bo przecież, być może, walczymy przeciwko Bogu, zwłaszcza jeśli w sercu czujemy niepewność, czy słusznie postępujemy. A jeśli Bóg właśnie wymaga tego wysiłku, jeśli każe nam ciężko pokonywać piętrzące się przeszkody, by tym większa była nagroda? Jeśli zaniechanie wysiłków okazałoby się błędem? Podobne pytania można zadawać w nieskończoność. Sądzę, że wtedy, gdy nie znajdujemy jednoznacznej odpowiedzi na nasze wątpliwości, powinniśmy poszukać jej w działaniu, oddając się woli Pana i prosząc, by pozwolił na to, co okaże się dobre. Nie próbując bynajmniej usprawiedliwiać siebie, pamiętajmy, że nie myli się tylko ten z ludzi, który nic nie robi. Pamiętajmy jednakże, aby postawić sobie bardzo mocne zastrzeżenie – musimy mieć dobre intencje!

Przy wszystkich swoich wątpliwościach powinniśmy pamiętać, że Pan wskazał nam już kierunek, wyrył przykazania w naszych sercach. Poprzez Jezusa zapewnił nas, że pomoże nam pokonać zło. Czy zatem możemy mieć niewzruszoną pewność, a przynajmniej mocną nadzieję na to, iż pokonamy wreszcie nasze lęki i będziemy coraz częściej czynić dobro? Bo przecież historia ludzkości i nasze osobiste doświadczenia mówią co innego. Ciągle ponosimy klęski zarówno na polu życia rodzinnego, w którym przecież chcemy realizować ogromną potrzebę miłości, jak i w życiu całych społeczeństw, gdzie brakuje poczucia bezpieczeństwa, a szczęście jest coraz częściej pojęciem konsumenckim. Jak przekonać tych, którzy w każdej chwili mają dla nas setki przykładów świadczących jakoby o upadku człowieka i ciemnej przyszłości? Zasypią nas takimi argumentami, których nie będziemy w stanie odeprzeć. Jak zatem zaszczepić optymizm i nadzieję? Mnożą się pytania … I zadając je, chyba w pewnym momencie trzeba powiedzieć sobie, że rozum nie da na nie odpowiedzi. Dobrze zrobimy, jeżeli przypomnimy sobie słowa wypowiedziane przez pisarza w przepięknej opowieści „Mały Książę”: „Widzieć można tylko poprzez serce. Najważniejsze jest niedostrzegalne dla oczu”.
Trzeba sięgnąć po jedyny argument – po wiarę, że Bóg stwarzając świat i powołując do życia biliony żywych istot, uczynił to w określonym celu, a na pewno nie na zasadzie eksperymentu, który mógłby się nie udać dlatego, że istnieje zło. Nieważne, jaką zło ma naturę. Pan ciągle nam przypomina, że można i trzeba je zwyciężać. Realizując ten nakaz, pomagamy przecież samemu Bogu, a przede wszystkim odnajdujemy cel i sens życia – zarówno życia każdego człowieka, jak i całej naszej społeczności, obejmującej przecież nie tylko ludzi, ale wszystkie żyjące istoty – zwierzęta, rośliny, jak również wszystko, co nas otacza – powietrze, wodę, skały. Musimy poczuć się współodpowiedzialni za kontynuację dzieła stworzenia.
Przyznajmy się szczerze, że najbardziej potrzebujemy osobistego szczęścia. Świadomi tego zadajmy sobie pytanie: kiedy tak naprawdę jesteśmy szczęśliwi? Jeśli będziemy szczerzy aż do bólu, musimy dojść do wniosku, że wtedy, gdy możemy szczęście przekazać innym. Nie można bowiem szczęścia zmierzyć obfitością zjedzonych obiadów, ilością posiadanych samochodów, wygranych gier, czy też zaliczonych romansów. Szczęście to dar, którego nie można kupić, a które za darmo otrzymujemy od Ojca. I musimy uwierzyć, że je mamy – uwierzyć tak, jak usłyszeliśmy od Chrystusa – z dziecinną wiarą. Uwierzymy zaś wówczas, gdy zaczniemy obdarzać szczęściem innych. Wtedy uzyskamy odpowiedzi na wszystkie pytania.

Jezus powiedział, że kto chce iść za Nim, powinien zaprzeć się samego siebie, wziąć swój krzyż i ponieść go. To bardzo znamienne słowa, wręcz prowokujące. Co to znaczy zaprzeć się samego siebie? Odpowiedź na to pytanie jest pozornie bardzo trudna. Przecież każdy z nas jest indywidualnością. Czy zatem Bóg żąda od nas, żebyśmy przestali się liczyć jako jednostki i wszystkie swoje działania podporządkowali dobru ogółu? Mamy przecież w historii ludzkości tak wiele przykładów, gdy w imię różnie rozumianego interesu ogółu niszczy się indywidualności, tłamsi ich rozwój, a nawet zabija człowieka fizycznie i psychicznie. Przecież wszystkie systemy totalitarne opierają się na podporządkowaniu człowieka jakiejś władzy, czy to będzie władza dyktatora, czy też grupy ludzi albo klasy społecznej.
Z pewnością nie to Bóg miał na myśli. Przecież wiemy, że Ojciec dał każdemu z nas różne talenty, które ujawniają się na ogół w zwyczajnym, codziennym życiu, choć niekiedy w sytuacjach wyjątkowych, dramatycznych, wymagających poświęceń. Przypowieść Jezusa o talentach pokazuje, jak bardzo liczy się dla Boga każda osobowość, jak ważna jest niepowtarzalność jednostki. Każdy bez wyjątku człowiek pragnie, aby on sam i jego życie było wartościowe. My tak naprawdę na ogół okłamujemy innych i próbujemy oszukać samych siebie, mówiąc, że potrzeba nam majątku, władzy, spokoju, wolności. W rzeczywistości wszyscy potrzebujemy przekonania, że jesteśmy potrzebni, że jesteśmy wyjątkowi. Oczekujemy miłości nie dla jakichś mniej lub bardziej wyszukanych przyjemności, a po to, abyśmy wiedzieli, że jesteśmy bardzo ważni. Bóg wskazuje nam, byśmy swoje talenty pomnażali. Zatem wniosek z tego, że Ojciec uświęca każdą indywidualność, która służy dobru każdego z nas.

Czego zatem mamy się zaprzeć? Czego ja mam się zaprzeć? Myślę, że powinienem walczyć ze swoimi słabościami. Jestem dobry, ale mam skłonność do grzechu, do ulegania złu. Jeśli potrafię się złu przeciwstawić, to jakbym likwidował tę swoją słabą stronę. Myślę również o takich słabościach, które nie ocierają się bezpośrednio o grzech, ale których przezwyciężanie jest tak bardzo potrzebne dla każdego z nas. Czyż nie jest wspaniałe, gdy 15-letnia Monika Chojnacka zdobywa złoty medal w Mistrzostwach Świata Tańca na Wózku Inwalidzkim lub gdy pozbawiony ręki i nogi Jan Mela zdobywa oba bieguny Ziemi? A co powiedzieliby – Ludwig van Beethoven, który, mimo że ogłuchł, komponował, czy niewidomy od urodzenia Stevie Wonder? Historie tych ludzi i tysięcy innych, którzy pokonali swoje słabości, powinny być dla nas zachętą.
Pokonywanie kolejnych trudności sprawia, że mamy poczucie zwyciężania. Bardzo trafnie ujął to James Michener w barwnej opowieści „Centennial”, pisząc: „Człowiek musi wspinać się na każde urwisko, które stanie mu na drodze”. Jakże to pięknie współbrzmi z Chrystusowym wezwaniem do niesienia krzyża! Nie próbuj obchodzić urwisk pomimo, że mogłoby być łatwiej. Przecież właśnie chodzi o to, żeby było trudno! Antoine de Saint-Exupéry w swoim traktacie „Twierdza” wspaniale używa słowa „święto” dla nazwania nagrody za trud wspinania się na górę, za trud życia. Czyż inaczej docenialibyśmy piękno nagrody, jeśli nie byłaby ona okupiona wysiłkiem i łzami? Czy cenilibyśmy to, co przyszło nam łatwo, bez naszego poważniejszego udziału? Nie! Dlatego nie powinniśmy bać się dźwigania krzyża, mimo że na swoich drogach popełniamy tak wiele błędów.
Chrystus mówi, że możemy być zbawieni niezależnie od tego, co złego uczyniliśmy. Nie jest i nie może to być zachętą do łatwego wybaczania sobie, ale szansą, którą mamy niezależnie od tego, w jaki gąszcz zabrnęliśmy. I nie bójmy się naiwności – jeśli Jezus mówi nam, że mamy być jak dzieci, to jak dzieci oczekujmy wybaczenia nam tego, co zrobimy źle. Wniosek z tego jest jeden: starajmy się żyć według Bożych przykazań i nie bójmy się, bo jako dzieci Boga jesteśmy w naszych błędach usprawiedliwieni. Jaka szkoda, że dorastając, zapominamy o tym. Dlatego myślę, że nie powinniśmy starać się być zbytnio dorosłymi. Ernest Hemingway, który wcale nie miał łatwego życia i nie był też wzorem cnót, powiedział kiedyś: „Mężczyzna musi zachować się jak mężczyzna… Lecz nigdy nie jest rzeczą wstydliwą to, że zachował serce dziecka, prawość dziecka oraz świeżość uczuć i szlachetność dziecka”.
Jeśli już staniemy się dziećmi na tyle, aby przyznać się, że potrzebujemy miłości, nie bójmy się jej przyjmować i nie obawiajmy się kochać – nawet, jeśli będzie się to wiązać z cierpieniem. Bowiem ona jest najważniejsza. Bóg i miłość to jedno!
A jeśli będziemy czuć, że cierpimy, przypomnijmy sobie film „Pasja”. Poetycki obraz spadającej z Nieba łzy pokazuje nam, czyje cierpienie jest warte łez …
Uśmiechnij się!

Robert Karwat

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Pamiętaj, że w przypadku problemów ze zdrowiem należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem!

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/7 lat temu
Są tacy ludzie co wierzą że cierpienie ma sens,uważają że Bóg zsyłając na nich nieszczęście,pragnie sprawdzić ich trwałość,dlatego znoszą cierpienie.Problem cierpienia jest poruszony w Piśmie Świetym,w literaturze w piosenkach,jak to jest naprawdę,to można w odniesieniu to tematu różnie to interpretować.